Siostra Marta szuka pomocy dla 9 rodzin

008Siostra Marta od lat wycina z listów i kartek pocztowych znaczki. Sprzedaje je filatelistom i za uzbierane w ten sposób pieniądze pomaga małej grupie potrzebujących rodzin. (więc podeślijcie Siostrze kartki, listy jakie otrzymujecie- będzie miała do kolejnych wycinanekJ)Tym razem te Jak co roku podczas Adwentu Siostra  Marta szykuje paczki na Święta Bożego Narodzenia. Dawniej Adwent był okresem modlitwy, skupienia, myślenia o najbliższych. Teraz coraz częściej festiwal konsumpcjonizmu. Została jednak tradycja jednego wolnego nakrycia na wigilijnym stole. Czy pamiętamy jaki jest tego sens? Może to oczekiwanie, że zagości w naszym domu Ten Najlepszy i Najbardziej Miłosierny? A może sami go poszukajmy? Może w tych najcichszych, najuboższych? Jest szansa! Szukać daleko nie trzeba. Poniżej znajdziecie opis 9 rodzin, których niełatwe życie warto choć trochę poprawić za sprawą Świątecznej Paczki. Potrzebują na pewno jedzenia, które oczywiście nie popsuje się w paczce, ale jak są dzieci to może jakieś zabawki i słodycze, bo przecież każde dziecko lubi słodycze. Jeśli  ktoś będzie chciał przekazać paczkę dla konkretnej rodziny proszę zadzwonić do mnie 604080990 lub napisać mailanaszkzj@gmail.com. Przekażę adres na jaki trzeba wysłać paczkę.

Rodzina nr 1 Mąż pracuje dorywczo, żona chora na nowotwór. 6 dzieci: chłopiec 7 lat, chłopiec 6 lat, chłopiec 5 lat, dziewczynka 4 lata, chłopiec 3 lata, niemowlę 6 miesięcy. Potrzebna żywność, pampersy, kaszka ryżowa. Buty dla kobiety, rozmiar 38/39 (Bartoszyce)

Rodzina nr 2 Kobieta samotnie wychowuje dzieci w wynajętym mieszkaniu, mąż odszedł. 3 dzieci: dziewczynka 5,5 lat, dziewczynka 3 lata, dziewczynka 6 miesięcy. Potrzebna żywność, pampersy.  (Opole)

Rodzina nr 3 Matka z 6 dzieci: chłopiec 11 lat, dziewczynka 10 lat, chłopiec 8 lat, dziewczynka 7 lat, chłopiec 5,5 lat, chłopiec 2,5 lat. Potrzebna żywność. (Karczew nad Bugiem)

Rodzina nr 4 Ojciec po wypadku zwolniony z pracy, matka nie pracuje, zajmuje się niepełnosprawnym 17-letnim synem, jest też córka 16 lat i córka 2 lata. Potrzebna żywność.  (Gostynin)

Rodzina 5 Matka, z dorosłym niepełnosprawnym synem. Żyją z jego renty. Potrzebne buty damskie 38 rozmiar, dla mężczyzny rozmiar 40. (Kraków)

Rodzina Samotna rencistka- trudna sytuacja materialna, długi za mieszkanie. Potrzebne buty rozmiar 38 (osoba tęga) i wszelka pomoc żywnościowa. (Sejny)

Rodzina 7 Samotny mężczyzna chory na epilepsję. Potrzebna żywność, balsam kapucyński. (Grzmiąca woj. zachodniopomorskie)

Rodzina 8 Chora kobieta żyje w ciężkich warunkach ze staruszką matką (88 lat). Potrzebna każda pomoc. (Włoszczowa)

Rodzina 9 Chora kobieta po amputacji nóg, potrzebna każda pomoc. (Milanówek)

Beata Śmigiera, Wiceprezeska KZJ

Reklamy

PRZEPRASZAM…czyli wypominki o Siostrze Germanie

Praca na konkurs W łączności do Wieczności.

Autorka: Grażyna Gorecka Szymanów (1965-1969)

brewiarzSiostra GERMANA była i nadal jest bliska mojemu sercu. Połaczyły nas wspólne zainteresowania literaturą, a później wspólny uniwersytet – Katolicki Uniwersytet Lubelski.

Lubiłam lekcje języka polskiego, tym bardziej, ze byłam siostry ulubienicą i zbierałam dobre stopnie. W ósmej klasie siostra Germana była naszą wychowawczynią. Poza lekcjami, w internacie wymagała od nas wiele. Dziwnym trafem, mimo wzajemnej sympatii, wciąż jej podpadałam i obrywałam bury.

Siostra miała gwaltowne usposobienie, jak się zdenerwowała, to mocno podnosiła głos. Bardzo przeżywałam takie incydenty. Kiedyś nakrzyczała na mnie – moim zdaniem – niesłusznie (dziś już nawet nie pamiętam o co poszło). Siedziałam w klasie smutna, przygnębiona. Siostra podeszła do mnie i łagodnym, pokornym głosem powiedziała :

„Grażynko, PRZEPRASZAM – NIE MIAŁAM RACJI”.

Byłam oszołomiona ze zdumienia : moja nauczycielka – mnie, smarkulę – przeprasza… Nie mieściło się to w mojej dziecinnej jeszcze głowie. Siostra Germana urosła w moich oczach ! I nigdy tego nie zapomnę.

Nie każdy dorosły potrafi przeprosic dziecko…

Siostrze zawdzieczam bardzo wiele. Po maturze poświeciła mi dużo czasu na przygotowanie z jęz. polskiego do egzaminów wstępnych. Później serdecznie interesowała się moim studenckim, a później dorosłym życiem. Korespondowałyśmy, cieszyłyśmy się spotkaniami w Szymanowie czy w Sączu. Poznała moich rodziców, odwiedziła mój  dom rodzinny w Kielcach. Mama do konca życia wspominała i była  wdzięczna siostrze za zrozumienie  trudnej i skomplikowanej drogi życia, za dobre rady i podtrzymywanie na duchu.

Z bólem przyjęłam wiadomośc o odejściu drogiej siostry Germany. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym.

Amen.

Obejrzyj 2 min filmik i pomóż dzieciom z Wałbrzycha

iza12 grudnia – w piątek – oglądamy 2-minutowy film na You Tube. Wideo bierze udział w ogólnoświatowej akcji pozyskiwania datków: Project for Awesome. 12 grudnia ludzie z całego świata wrzucają na You Tube filmy z prośbą o wsparcie charytatywnych inicjatyw.

Oglądając nasz filmik pomożesz 30 dzieci z  Wałbrzycha. Tymi, którymi opiekuje się fundacja Siostry Garczyńskiej, czyli Siostra Daniela.

Co istotne, im więcej osób obejrzy ten filmik, tym częściej będzie on promowany przez You Tube. Z każdym obejrzeniem filmu rośnie szansa na wsparcie w każdej formie, również pieniężnej.   Dołączcie do wydarzenia na FB i zaproście znajomych, rodziny, przyjaciół:

Przede wszystkim wstawię tam 12.12 link do  filmiku. Link będzie także tutaj:

Nastaw sobie powiadomienie w telefonie na 12 grudnia, zapisz w kalendarzu, przylep kartkę na lodówce! Obejrzyj 2 min. filmik i pomóż dzieciom wyrwać się z biedy. Daj im kilka dobrych chwil w dzieciństwie!

Powiadom o tej akcji jak najwięcej znajomych. Proszę! Daj także im szansę na zrobienie czegoś dobrego! Jeśli chcesz- mam też wersje tego listu i www po angielsku.

Beata Rudnicka, (matura Szymanów 1986), beatar077@gmail.com, 535 41 22 97

Słodki „grzech” siostry Ireny

Praca na konkurs W łączności do Wieczności.

Autorka: Grażyna Gorecka Szymanów (1965-1969)

napoleonkaNiezapomniana siostra Irena była częstym gościem w moim domu. Znienacka dawała znac, że właśnie jutro będzie w Lublinie i chce się spotkac z naszym Kołem. Zwykle ciężko nam się zebrac, bo jesteśmy trochę „od sasa do lasa” (jest nas mało, jestesmy w różnym wieku, mieszkamy w różnych stronach miasta…) ale przyjazd siostry Ireny to była niesłychana mobilizacja, nie było już żadnych przeszkód, kto żyw przychodził na ul. Stefana Okrzei.

    Te spotkania były  radosne, siostra Irena zawsze miała coś ważnego do powiedzenia, wspólnie modliłyśmy się, rozmawiałyśmy, no i oczywiście częstowałyśmy składkowymi smakołykami. Pewnego razu  Ania Bielińska (sądecczanka) przyniosła ogromną blachę upieczonych własnoręcznie napoleonek. Było też inne jedzenie, ale napoleonki, to był prawdziwy hit (najlepsze na świecie !). Cieszyłyśmy się, że jesteśmy razem, że mamy sobie tyle do powiedzenia, że jest nam ze sobą tak dobrze. Czas szybko mijał, zrobiło się późno i goście rozeszli się do domów. Zostałysmy we dwie z siostrą Ireną.

– Siostro, co podac na kolację ? na co ma siostra ochotę ?

– Grażynko, zostały jeszcze napoleonki ?… (zostały !)

Następnego dnia rano przygotowuję śniadanie. Siostra popatrzyła i… z pewną nieśmiałością zapytała : ” a napoleonki ? ”

Po sniadaniu siostra nagle zasępiła się, posmutniała. – Siostro, co się stało ?

– Wiesz Grażynko, zgrzeszyłam grzechem obżarstwa (napoleonkowego oczywiście !)…..

No cóż Jan Paweł II wspominał kremówki, a siostra po prostu przepadała za napoleonkami (może to też był smak dzieciństwa ?).

O śmierci i pogrzebie siostry Ireny dowiedziałam się po powrocie z urlopu. Żałowałam bardzo, że nie mogłam pożegnac się z Nią w Szymanowie. Ale siostra Irena… sama przyszła się pożegnac. Weszłam do mieszkania z listem o siostry odejściu i nagle poczułam jej obecnośc, stała z tyłu za mną, jej obecnośc była tak mocno wyczuwalna, że odruchowo obejrzałam się… i zmówiłam „Wieczny odpoczynek racz jej dac Panie”.

 

 






Pozdrawiam,
Ewa

 

Akcja ‚Baza’

Kochani!

086

Zapisz się do naszej ogólnopolskiej bazy wychowanek, wychowanków i sympatyków Sióstr Niepokalanek.

Razem jest łatwiej. Możesz zrobić to, czego ja nie potrafię. Ja mogę zrobić to, co tobie się nie udaje. Wspólnie możemy dokonać czegoś wspaniałego.

 Kliknij więc tutaj:  http://bazakzj.ankietaplus.pl, 

Naprawdę warto! Dzięki temu będziesz:

  • wiedzieć co robią dawne koleżanki z klasy
  • dowiadywać się co nowego robią Niepokalanki
  • mieć informacje co słychać u dzieciaków Siostry Danieli
  • wiedzieć o tym co robi KZJ, np. różnorodne spotkania i akcje.

Obiecujemy, że nikomu nie udostępnimy Twojego adresu i że nie będziemy spamować.

W każdej chwili będziesz mogła wypisać się z bazy. Wystarczy, że napiszesz do nas maila i po sprawie.

Kliknij więc tutaj:  http://bazakzj.ankietaplus.pl, Naprawdę warto!

Beata Śmigiera w imieniu Zarządu KZJ

Lekcja gościnności (niezamierzona)

Praca na konkurs W łączności do Wieczności.

Autorka: Grażyna Gorecka Szymanów (1965-1969)

smichalinaW czasach szymanowskich lubiłam i szanowałam siostrę Michalinę, ale nie zawsze rozumiałam jej wypowiedzi.

Szczególnie lekcje religii były dla mnie za trudne. Talk naprawdę zaprzyjaźniłam się z siostrą kiedy byłam już studentką filologii polskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przyjeżdżałam do siostry do Wrzosowa na długie rozmowy. Siostra umiała słuchać, a potem delikatnie doradzić, ustawić wszystko w Bożym Świetle.

Przyjechałam kiedyś wiosną. Pamiętam, że był to piątek. Zanim zaczęłyśmy rozmawiać siostra zadbała o poczęstunek. Czego tam nie było na stole… same „postne” smakołyki – kluseczki, śmietana, owoce, ciasteczka…Siostra nie ustawała w przynoszeniu coraz to nowych dań. „jedz dziecko, wy studenci to zawsze jesteście głodni”.

Częstowała z taką serdecznością, że aż ogarniało mnie wzruszenie.

A potem rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy i tym rozmowom nie było końca. Balsam dla skołatanej młodzieńczej duszy.

Nastał czas pożegnania gościnnego niepokalańskiego domu. Przybiega do mnie  rozpromieniona siostra Michalina. Jest tak czymś zaaferowana, że aż nie może mówić i złapać tchu. – Siostro, co się stało?

– Grażynko, stał się CUD !!! Zdumiona słucham w napięciu. – Nie miałyśmy dziś w klasztorze ani grosza i żadnych widoków na jakiekolwiek pieniądze i wyobraź sobie przyszedł listonosz i przyniósł przekaz z pokaźną sumą. Zupełnie się tego nie spodziewałyśmy…

Łzy stanęły mi w oczach,  siostra karmiła mnie tak, jakby dom płynął mlekiem i miodem…

Nigdy nie zapomnę tej niezamierzonej lekcji gościnności…

Z siostrą Michaliną korespondowałam długie lata, do dziś przechowuję jej piękne, serdeczne listy. Spotkałam się z nią po raz ostatni w Nowym Sączu, kiedy już nie poznała mnie, ale i tak obdarzyła serdecznością.

Pamiętam też siostrę w sądeckiej kaplicy, modlącą się z niesłychaną gorliwością, wpatrzoną w postać Pani Jazłowieckiej, promieniowało od niej niesłychane uduchowienie. To była dla mnie kolejna lekcja jak należy się modlić, żeby ta modlitwa emanowała na innych.

Odpoczywaj w pokoju droga siostro Michalino !

 

 

Klasa „setnej matury” u Sióstr Niepokalanek

Praca na konkurs W łączności do Wieczności.

Autorka: Maria (Marychna) Baraniecka Witkowska

Przebywałyśmy w Szymanowie w latach 1960-64. W kraju trwał okres beznadziei gomułkowskiej. Nie działo się nic, co mogłoby nieść jakakolwiek nadzieję: z jednej strony było już definitywnie po odwilży roku 56, z drugiej nie narodziła się jeszcze bledziutka zapowiedz opozycji zapoczątkowanej dopiero w 64 r. listem Kuronia i Modzelewskiego. Nie było innego pomysłu na życie poza przetrwaniem.

 

Siostry Niepokalanki robiły to samo. Ich dwie średnie szkoły, w Wałbrzychu i Szymanowie nie miały praw publicznych (dostawały je co roku na parę dni przed maturą), tym samym maturzystkom groziła matura z 10 przedmiotów. Wizytatorzy, ze sławnym panem Nitką na czele, siali postrach wśród bohaterskich dyrektorek, a były nimi ss. Matea i Ancilla, stale przebąkiwało się o likwidacji szkoły, a jednak…..? Na egzamin wstępny w czerwcu 60 r. przyjechała taka masa kandydatek, ze Siostry nie miały wyjścia poza przyjęciem 70 wrzaskliwych, w miarę nieznośnych 14 latek. Ponoć zdominowałyśmy cały internat, w którym było niewiele ponad 150 dziewcząt. Starsze mówiły potem z wyrzutem, ze już potem nic nie było jak dawniej. Naturalnie wyrzut był skierowany do nas.

 

janinaKlasową obu klas, tej z angielskim i tej z łaciną, została malutka i niebywale dzielna s. Janina, chodząca w białych sandałkach o numeracji dla 5 letniej dziewczynki. Akurat kończyła na uniwersytecie geografię i doprawdy zagadką jest jak podołała obowiązkom, spełnianym zresztą z całą niepokalańską sumiennością. Siostra jest dla nas do dziś nie tylko przyjacielem sprawdzonym w chwilach trudnym, ale i wzorem postawy, że gdy człowiek chce, dużo może.

 

Nauka w szkole stała się dla nas ciężkim życiowym doświadczeniem. Nie było żadnej lipy, naciąganych stopni z litości, ulgowej taryfy dla córek dawnych wychowanek  (co solennie poświadczam, bo sama byłam trzecim niepokalańskim pokoleniem). Lekcje odrabiałyśmy długo, błagałyśmy o przedłużenie studium wieczorowego, tego już po myciu się. Doszło do tego że zazdrościłyśmy koleżankom niedowidzącym ze starszych klas, ze znają  alfabet Braille’ a i mogą się uczyć pod kołdrą!!! Pamiętam wysoką, szczupłą, bardzo s-paulazgrabną S. Paulę na matematyce. Uczyła poważnie, spokojnie, czasami tylko rozkładała ręce mówiąc: „to jest już obezwładniające”. Zapewne było to skierowywane do mnie, bo gdy przychodziła zapowiedziana klasówka zazdrościłam Siostrom staruszeczkom wizji bliskiej śmierci. Mnie to nie dotyczyło, ja miałam klasówkę z matematyki!!!

 

Siostra Matea uczyła polskiego. Bardzo często opuszczała lekcje, jak to u dyrektorek bywa zawsze, ale gdy już okrągłą kuleczka wtaczała się do klasy, była to zapowiedź uczty duchowej. Czasami nawet zdarzało mi się w niej brać udział, ale był to Parnas zarezerwowany dla prawdziwych polonistek, Ewy Michalskiej, czy rok później, Basi Syrzyckiej. Nie do wszystkich przedmiotów miały wtedy Siostry swoje specjalistki. I tak chemii uczyła wytworna pani Jadwiga Kierzkowska, rezydentka, która chyba u Sióstr zakończyła życie, historii- Krysia Górska, tez już nieżyjąca, rusycystki zmieniały się co roku, a my najmilej wspominamy panią Hanię, z Krakowa, która prześlicznie śpiewała. Trudno się dziwić tym młodym dziewczynom, że nie chciały spędzać życia na odludziu, wprawdzie w pięknym klasztorze, ale zawsze klasztorze, gdzie rytm dnia wyznaczał dzwon. Na WF dojeżdżała pani Krzysztofa zwana od zawsze „Kolumbą” z racji męskiego sposobu bycia, a na muzykę pani Irena Kubica. Z zaciekawieniem podglądałyśmy flakony perfum, które wypełniały jej elegancką torebkę. Dla nas, dziewczyn w pończochach „w prążki”, to była frajda nie lada.

 

idaInne przedmioty były już prowadzone przez Siostry. I tak angielskiego uczyła niezapomniana s. Ida (po 4 latach nauki miałyśmy znakomicie utrwaloną gramatykę i początkową swobodę w mówieniu, to bardzo dużo zważywszy nas-idaukę w całej klasie bez podziału na grupy),

 

 

łaciny równie niezapomniana s. Klara, fizyki — s. Gizela, geografii- S. Janina, a biologii- s. Zita. Religia była z S. Anuncjatą, która uczyła po swojemu, ciekawie. emocjonalnie, choć wcale nie łagodnie. Właściwie każda lekcja była swoistym, osobistym świadectwem. To jest świetna metoda.

Czekałyśmy na te lekcje. S. Gizela powinna być autorką podręcznika dydaktyki, choć podejrzewam ze nigdy tego już nie zrobi. Nawet prawdziwe antytalenty matematyczne słuchały jej z zachwytem i doprawdy umiały potem rozwiązać jakieś upiorne zadania najeżone symbolami ciężaru, masy, drogi czy energii. Sama, jako nauczycielka, wiem jak trudno jest zainteresować ucznia, że nie wspomnę o zachwycie dla przedmiotu. Nie ja jedna dziwię się, że mając taką fizyczkę, przełożone nie wykorzystały jej dostatecznie. Ale i nie dziwię się również, ze kochana, niezastąpiona Soeur Edith, uczyła do bardzo, bardzo sędziwych lat. Oddana dzieciom Francuzka, do śmierci mówiła fatalną polszczyzną, tylko po to, aby nie móc się z uczniami porozumieć po polsku. „dłu vas tu?” — to liturgiczne wręcz pytanie skierowywała do nas, grzecznie ustępujących drogi starszym siostrom wracającym z kaplicy. Zapytywana nieszczęśnica skierowywała do mnie błagalny szept: „Marychno, co mam Siostrze odpowiedzieć?”. Odpowiadałam podpowiadając na chybił trafił: „Je vais en classe, ma soeur”. Staruszeczka rozpromieniała się na mój widok, bo wiedziała ze jestem córka jej kochanej Margueritte z Jazłowca i znam język niejako od niej, od Soeur Edith.

 

Dziwna była nauka w tamtych czasach, dla dzisiejszego pokolenia wręcz śmiesznie zafałszowana- to historia, okrojona jak  j. polski i upiornie nudna. Gdy porównam dzisiejsze podręczniki do tamtych!!! Mój Boże!! Siostry jednak ani myślały aby ja nam uzupełnić. Nie miałyśmy pojęcia o 17 września 39 roku, o Gombrowiczu, o Kulturze Paryskiej. Paraliżujący strach przed upiorną, bezwzględną władzą był wszechobecny. Siostry obawiały się wizytacji i pytań, a do konspiracyjnych zdolności swoich uczennic nie miały zaufania. Pamiętam irytację s. Matei, szkolącej samorząd szkolny na wypadek różnych pytań spodziewanego wizytatora: „Co odpowiecie, gdy zapytają, dlaczego nie ma u nas ZMS?”. Naturalnie siedziałyśmy struchlałe, milczące. Siostra zirytowała się nie na żarty: „Myślcie trochę, gimnastykujcie umysły na wszelkie okoliczności. Mamy przecież organizację samorządu szkolnego. Czy to nie wystarczy w jednej szkole?”. Ale takie rozmowy to była rzadkość. Szkolono nas na okoliczność świadczenia swoja wiarą, postawą chrześcijanina w sytuacjach wymagających odwagi, zwłaszcza cywilnej, przytaczano piękne karty odwagi Sióstr z dawnych czasów, sprzed I wojny – ale od polityki, dokładnie krytycznego spojrzenia na nią, trzymano nas z daleka.

 

Niestety uważam to za błąd, po maturze przedstawiałyśmy opłakany wygląd naiwnych gąsek z trudnością szukających swego miejsca we wcale nie idealnym świecie. Ale co do historii wieku XIX nie stosowano żadnych ograniczeń. Będąc w klasie X obchodziłyśmy nadzwyczaj uroczyście 100 rocznicę powstania styczniowego. Wspólnie z Siostrami, na sali rekreacyjnej urządziłyśmy wspaniałą wystawę „z tamtych lat” o muzealnej wręcz wartości. Skąd były eksponaty? Co teraz z nimi? Nie wiem. Urządzałyśmy parokrotnie akademie z tej okazji. Były one wysmakowane, zwłaszcza muzycznie. Do dziś umiem każdą z pieśni powstaniowych do ostatniej zwrotki. Monodram o Annie Henryce Pustowójtównie, z Magdą Skaradzińską, znakomitą w tej roli. wyciskał nam dosłownie łzy, gdy słyszałyśmy pełne żaru słowa: „wpław przepływałam rzeki” (aby dodać odwagi partyzantom Langiewicza – dop. mój), lub widok Magdy w półkożuszku, w barankowej czapce, wołającej „czołem Matko generalna, czołem drogie Siostry”.

 

W karnawale był kostiumowy bal. Siostra Zofia otwierała szafy na korytarzu i wdychałyśmy zapach historii ze starych sukien. O każdej Siostra umiała coś opowiedzieć. Potem przebierałyśmy się i z zapałem tańczyłyśmy ze sobą do…. 22giej. Chyba w VIII klasie byli i rodzice. Mam w oczach poloneza, na którego czele kroczy postawny pan Ziemięcki, ojciec Ewy, z piękną panią Michalską, mamą innej Ewy. Nie było mowy o chłopcach, ale co ciekawe, wcale się przeciw temu nie buntowałyśmy. (Potem już na studiach, niektóre z nas nie umiały w ogóle po damsku tańczyć). Sala rekreacyjna pełna dziewczyn tańczących wirującego rock and rolla pozostała zapewne każdej z nas w pamięci. W IX klasie, a było nas już wtedy zdecydowanie mniej (wysoki poziom wymagań wiele uczennic wypłoszył), przebrałyśmy się za pensję „Pani Latter” z Emancypantek. Gabi Zamoyska była Madame czyli damą klasową, a my, reszta, w kapelusikach wiązanych pod brodą, pensjonarkami. W posłuszeństwie Gabi wykazałyśmy wyjątkową subordynację. Niestety rzeczywistość była znacznie gorsza. Podziwiam cierpliwość S. Janiny wobec nas, czyli klasy A i nowej, młodziutkiej wychowawczyni koleżanek z B. S. Zity. Życie kulturalne, płynące obok głównego, właściwie arcynudnego rytmu szkoły, było w klasztorze ogromnie ożywione. Chwała Siostrom za to. To rekompensowało braki edukacyjne, narzucone przez komunistyczny reżim.

W 1961 wypadła 100 rocznica śmierci Matki Józef); Karskiej. Zorganizowano wspaniałą sesję naukową prowadzoną przez ks. Zdzisława Obertyńskiego. Wciśnięta pomiędzy różne dostojne postacie (pamiętam z nich tylko Matkę Asumptę, Siostry Honorynę, Magdalenę i Antonię, a także ks. Deskowskiego), chłonęłam każde jego słowo o tej wspaniałej i tragicznej postaci. (Dziękuję Bogu, ż S. Janina dała mi znać o pogrzebie jej szczątków parę lat temu. Miałam szczęście nieść parę kroków Jej trumienkę). Dekoracja sali, dzieło S. Gizeli, była wyjątkowo piękna, oszczędna w wyrazie, a jednocześnie sugestywna. Szarzyzna świata, w którym dotąd żyłyśmy, odeszła na bok. Czułyśmy się wewnętrznie przemienione. Księdza Obertyńskiego widziałam potem wiele razy przelotem. Zaglądał do kaplicy. Kulejący, niechętny młodzieży, nie lubił z nami kontaktów. Siostry, mądre jak wszystkie kobiety świata, kazały nam uciekać na jego widok, aby nie pogłębiać złego humoru tego starszego pana, mądrego historyka. Spokrewniony z Paygertami, rodziną mojej Matki, przeżywał burzliwie swoje długie życie, mi. in. kolejne nawrócenia. Pamiętam stare zdjęcie, z lat 20-tych, ze zbiorów rodzinnych, na którym z zapałem strzela do kaczek na jesiennym polowaniu. Ostatecznego nawrócenia dokonała praca nad monografiami niepokalańskich Założycielek. Dlatego resztę życia był wierny ich Spadkobierczyniom i w ich szymanowskim grobowcu spoczywa na wieki.

 

AnuncjataPrzez dwa pierwsze lata naszą mistrzynią internatu była S. Anuncjata. Znała nasze imiona już pierwszego wieczoru, wszędzie jej było pełno, decydowała o wszystkim, a jej silna osobowość wywierała pozytywne piętno na życiu każdej z nas. Do głowy nam nie przychodziło, ze kiedyś to może ulec zmianie., że ta kobieta, mądra i bogata wewnętrznie może być potrzebna Zgromadzeniu inaczej, a nie tylko walczyć z bałaganiarstwem nastolatek. Wróciłyśmy po wakacjach do klasy X- tej. W tym roku miałyśmy objąć samorząd szkolny, zadanie trudne i odpowiedzialne, naturalnie pod okiem dobrze już znanej S. Anuncjaty. A tu niespodzianka: s-anuncjatapo raz pierwszy od wieków, internatem zajmuje się S. Gizela, doprawdy chyba niewiele starsza od nas, znana dotychczas jako wymagająca nauczycielka fizyki, artystka, piękna indywidualistka i naszym, powszechnym wtedy zdaniem „marnująca się w klasztorze, że strach”. Do dziś wspominamy Siostrę jako naszego

 

Doprawdy przypomniała nam o tym dopiero na spotkaniu świątecznym w tym roku, 2004, u Zosi Morzyckiej- Baranskiej, Malina Stasiak-Rajska  jak bardzo buntowałyśmy się, dokuczały Siostrze, wręcz strajkowałyśmy. Zostałam wybrana prezeską samorządu. Moimi „ministrami-o odpowiednich tekach- były: Magda Skaradzinska, Justyna Niewodniczanska, Dżeta Jastrzębowska, chyba i Krystyna. Krzeczkowska i Ewa Michalska. Rządy indywidualistów nie rokują dobrze. Nasze, dominował też wrzask. Biedna, biedna Siostra Gizeła z roku 1963!!!

 

Na szczęście sprawę wzięła w swoje ręce nowa przełożona, S. Hieronima, która nastąpiła po ukochanej s. Magdalenie. Była to mądra wychowawczyni. Zaczęła konspiracyjnie: w tajnym pokoiku, gdzieś w zakamarkach za infirmerią, mądrze przemówiła nam do umysłu i serca. Niestety nie pamiętam jej rozsądnych, przemyślanych argumentów. Wiem tylko, że byłyśmy zachwycone, zaciekawione nowymi spotkaniami, które potem były częste. Siostra, jako historyczka mądrze uzupełniała naszą wiedzę. Rozmawiałyśmy i o masonerii, i XVIII wiecznych racjonalistach, i życiu bez Boga wśród młodopolskiej bohemy. Fascynowało nas to wszystko, chłonęłyśmy każde słowo tej wykształconej, trzeźwo patrzącej na świat kobiety. A dla S. Gizeli stałyśmy się podporą i chyba, później już nienajgorszym samorządem. Siostra była inspiratorką wielu naszych pomysłów. m. .in. wydawania pisma „Baobaby„, które przetrwało chyba ze dwa lata.

 

Co roku, podczas matur, wyjeżdżałyśmy na ogromne, świetnie zorganizowane wycieczki. Pamiętam objazd szlaku piastowskiego w Wielkopolsce, czy zwiedzanie Dolnego Śląska z Wrocławiem na czele. Spałyśmy tam w internacie SS. Urszulanek, porównując warunki na korzyść Szymanowa. Ostatnią był wyjazd w Bieszczady, z zahaczeniem o klasztor w Jarosławiu, gdzie mieszkały Siostry staruszeczki, emerytki. Zapoznałyśmy się i przypadłyśmy sobie do serca. Każda staruszka obiecała modlić się za maturę jednej z nas. Potem pisałyśmy do siebie, informowałyśmy o sukcesach maturalnych. Z niektórymi ten kontakt trwał i dłużej ( min mój z S. Emilią, wychowawczynią mojej Mamy z Jazłowca, przekochaną Milunią ).

 

Nie pamiętam już okazji, ale zorganizowano konkurs wiedzy o historii wszystkich niepokalańskich domów. Choć było ich o ileż mniej niż dziś, trzeba było dużo wykuć o nieznanym nam Wirowie, Maciejowie, czy Słonimiu, o losach bohaterskiego domu przy Kazimierzowskiej w Warszawie, że nie wspomnę już o Jazłowcu i Niżniowie. Niestety już z tej wiedzy pozostało mi w głowie, ale wiem jedno: nasza klasa, zadziorna, wrzaskliwa, wygrała!!! Czułyśmy się w oczach starszyzny Zgromadzenia dowartościowane. Wtedy Matka Asumpta powiedziała, że jesteśmy klasą jubileuszowa, klasą setnej matury w Zgromadzeniu, że na to zasługujemy. Obiecałyśmy stanąć na wysokości zadania

 

Co roku, w W. Poście były rekolekcje. Zawieszano lekcje, przestawałyśmy paplać, była okazja do rozmyślań, dobrej lektury, spowiedzi u innego niż Ks. Kapelan, księdza, oraz możliwość wysłuchania nauk nie lada: raz rekolekcjonista, był ks. Maliński., innym razem Fedorowicz z Lasek. Nie zapomnę z nim spotkania, takiego przy kominku, na górnym holu. Opowiadał o Syberii i o tym, że nie może zapomnieć Mszy SW. odprawianej na pieńku drzewa, gdzieś w krzakach, gdy za patenę służył mu talerzyk z wymalowanym czerwonym kogucikiem. Takie rekolekcje to była uczta duchowa, po której te urządzane teraz przez publiczne szkoły wydają się karykaturą tego czym powinny być. Naturalnie poprzeczka wymagań przerastała nas, byłyśmy właściwie dziećmi i jeżeli nie następowało silne wzmocnieni poprzez dom i jego oddziaływanie, trafiała. ona w próżnię. Może lepiej należałoby je obniżyć  Jako wieloletnia nauczycielka wielokrotnie się nad tym zastanawiałam.

 

Trudno było nie zauważyć braku kontynuacji wychowania niepokalańskiego u dużej liczby wychowanek w życiu dorosłym.

 

W klasie maturalnej było nas już tylko 26 osób w jednej klasie i naturalnie jedna wychowawczyni. Została nią nieoceniona S. Augustyna. Wiedziałyśmy, że wstąpiła jako wdowa, że pochowała córeczkę. Imponowało nam to, zaciekawiało. W tym okresie dom Sióstr był już i naszym Domem, identyfikowałyśmy się z całym systemem wartości jaki nam przekazywały, nie chciałyśmy zawieść zaufania, marzyłyśmy o odwdzięczeniu się za wszystko czego od Sióstr doznałyśmy. Te osoby, które myślały inaczej, traktowały Szymanów jako więzienie, już dawno odeszły. To był bardzo miły rok, wtedy zawiązały się nasze przyjaźnie, z których wiele trwa do dziś. Z S. Augustyną miałyśmy doskonały irenakontakt, z nauczycielkami, też. Matematyki uczyła nas wtedy od dwóch lat S. Irena, koleżanka szkolna mojej Mamy z Jazłowca. Pełna pomysłów, to ona przybliżała nam Sobór Watykański II, wtajemniczała w historyczne przemiany dziejące się na naszych oczach, a raczej uszach, bo przede wszystkim słuchałyśmy radia. (Nie mogę odżałować, ze nie brałam udziału w spotkaniach starszych wychowanek, których duszą i inspiracją była właśnie ona. Niestety nadmiar obowiązków rodzinnych wyłączył minie wtedy z życia towarzyskiego).

 

Do matury przygotowywałyśmy się z 5 przedmiotów: j. polski i matematykę zdawało się i pisemnie i ustnie, a do tego ustnie jeszcze historię, tzw. „wop” czyli wiadomości o Polsce i świecie współczesnym oraz przedmiot do wyboru. Mogła to być m. in. fizyka, geografia, angielski itp. Było więc co robić. Ufałyśmy, że i tego roku władze ulitują się i dadzą nam w ostatniej chwili prawa publiczne. Bogu dzięki i tak się też stało, ale wizytator obecny non stop, twardo słuchał każdej wypowiedzi, nie opuszczając nikogo. Wzmagało to naszą tremę, której zdenerwowane, biedne Siostry, nie mogły rozproszyć. Oblanie to nie była rzadkość. Co roku przeżywałyśmy taki paskudny stres, gdyż jak wspomniałam, nie było u nas litościwego naciągania. To samo było i teraz, ponadto niektórym Siostry poradziły zdawanie egzaminu w zwykłych szkołach, gdzie na pewno nie było wizytatora. Świadectwa nie były bdb. z góry na dół. Nawet obniżano stopnie obawiając się abyśmy nie wygłupiły się na egz. wstępnych na studia. Ale było nam trochę przykro : ja nie miałam innego stopnia z historii przez 4 lata jak 5. Na maturze mam 4. To samo Dżeta Jastrzębowska z łaciny.

 

Pożegnanie szkoły było wzruszające: Siostry zrobiły prawdziwe lody, które podano na tarasie sali rekreacyjnej dla wszystkich naszych gości. Każdy, kto sam robił lody domowym sposobem, wie ile to pracy. Kochane, najmilsze Siostry!! Potrafiłyśmy i wtedy docenić serce. Dlaczego nie było wtedy kamer i porządnych aparatów!! Samego zakończenia, rozdania matur – nie pamiętam. Nie pamiętam wyjazdu, pożegnań. Zapewne „nałożyły” się na nie wspomnienia ze zjazdów, które urządzałyśmy regularnie co 5 lat ( poza 25 i 30 leciem).

 

Prawie wczoraj byłyśmy na 35 leciu, już teraz w tym roku, 11 września Hugona Wyleżyńska-Głowacka, umówiła nasz zjazd na 40 lecie. Rozgłaszamy to wszem i wobec. Zazwyczaj przyjeżdżało 15-18 osób. Ile będzie teraz? Z niektórymi koleżankami nie mamy kontaktu od matury. Danusia Breyer nie żyje od 1966 r. Te, które mieszkają w Warszawie tworzą krąg towarzysko- przyjacielski. Byłyśmy świadkami na swoich ślubach, jesteśmy rodzicami chrzestnym swoich dzieci, teraz taktownie omijamy przechwalanie się wnukami. Spotykamy się na smutnych pogrzebach najbliższych. A teraz będziemy świętowały 140 maturę w Zgromadzeniu Niepokalańskim. I na pewno jak to było dotąd: – będziemy ze łzami słuchały o wspaniałej, prężnej pracy Sióstr w III Rzeczpospolitej i podziwiały jak można nie zmarnować darowanej od Boga szansy;

-wspólnie zaniesiemy razem z Siostrami modlitwy przez ręce błogosławionych Marceliny, Ewy i Marty;

-pójdziemy ze zniczami do coraz większej ilości grobów w białym, poszerzonym niestety grobowcu, z zadumą i ściśniętym sercem; -opowiemy o pielgrzymkach Zjednoczenia Jazłowieckiego, na których było dane nam być;

-podziękujemy raz jeszcze za wychowanie i matkowanie i przyjaźń, która nie skończyła się w czerwcu 1964 roku, ale trwa do dziś i obejmuje też nasze rodziny.

 

Wiemy, że żadna z nas nie sprzeniewierzyła się wartościom wpojonym przez dobre, mądre Wychowawczynie i że Szymanów to nasz drugi Dom. Niech Dobry Bóg błogosławi za to naszym Siostrom.