Łacina Siostry Klary

Autorka: Elżbieta Jastrzębowska

Praca na konkurs W łączności do Wieczności.

DSC07509Rzymem i antykiem interesuję i zajmuję się już od wielu lat zawodowo, ale fascynację kulturą klasyczną zawdzięczam przede wszystkim Siostrze Klarze z Szymanowa. W tamtejszym liceum przebywałam w latach 1960-1964, zakończywszy tę szkołę maturą, zdawaną jeszcze na starych zasadach z pięciu przedmiotów i wobec obcej komisji egzaminacyjnej, przysłanej  przez kuratorium oświatowe, jako że w Polsce Ludowej żadna prywatna (a tym bardziej katolicka) szkoła nie miała uprawnień do przyjmowania samodzielnie egzaminów dojrzałości. Na maturze wówczas, poza czterema przedmiotami obowiązkowymi (język polski, matematyka, historia oraz wiedza o Polsce i świecie współczesnym) był do wyboru piąty przedmiot, który jako jedyna w szkole w 1964 r. postanowiłam zdawać z łaciny. Nigdy nie zapomnę tamtych przedmaturalnych „korepetycji” z Siostrą Klarą. Bowiem po przepytywaniu mnie z gramatyki, której nie cierpiałam, Siostra rozkładała fotografie z Rzymu i z innych miejsc Europy, Azji i Afryki północnej z zabytkami architektury i sztuki antycznej i opowiadała o nich z takim zapałem, że o niczym innym nie marzyłam, jak tam pojechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Jednak na początku liceum lekcje łaciny, zwłaszcza w VIII klasie, nie były tak pasjonujące.

Siostra Klara była bardzo surowa i wymagała po prostu wykucia się gramatyki łacińskiej. Zatem bałyśmy się bardzo, kiedy biegając po klasie wyrywała nas po kolei pytając o czasowniki: „ ago, agere, coniunctuvus praesens, druga osoba liczby pojedynczej?” lub „cognosco, cognoscere, indicativus plusquamperfectum, trzecia osoba liczby mnogiej?”. Z deklinacjami rzeczowników i przymiotników było trochę łatwiej, więc wtedy przestawałyśmy umierać ze strachu. Na szczęście w IX klasie program obejmował już ciekawsze teksty antyczne, z których fragmenty dostawałyśmy też do tłumaczenia na klasówkach.

Do dziś mam jedną z takich „kartkówek” z 1962 r., która teraz mnie wzrusza, ale wówczas wiele z nas przyprawiła o łzy rozpaczy, zaś Siostrę Klarę podobno o szaleńczy śmiech podczas sprawdzania naszych prób translatorskich. Chodziło o opis Pliniusza pewnego wydarzenia z wyprawy niejakiego Elpidesa (Elpisa) Samnijczyka statkiem do Afryki. Spotkał on tam lwa i uciekł przed nim ze strachu na drzewo. Tymczasem lew wcale go nie chciał atakować, tylko rozdziawiwszy paszczę prosił najwyraźniej o pomoc, jako że kość, która utkwiła między zębami, sprawiała mu duży ból. Elpides zszedł z drzewa i wyjął lwu kość z paszczy, zaś wdzięczny drapieżnik przez cały czas pobytu Samnijczyka w Afryce przynosił mu upolowane zwierzęta. A oto jaki był wynik naszych zmagań z tekstem Pliniusza. Mój tytuł: „Wdzięczny lew” Siostra zaopatrzyła znakiem zapytania, ale ktoś inny zatytułował jeszcze lepiej ten tekst:

„Mam miłego lwa”. Moje zdania: „I nie na uciekającego, chociaż mógł, lew dokonał napadu lecz pod drzewem otwierający paszczę (podkreślone zostało na czerwono) pomocy szukał. Kość bowiem umieszczona była w zębach i dręczyła go, patrzącego jakby niemymi prośbami mówiącego”.

Siostra to z oporami zaakceptowała, bo dostałam w sumie „tróję”. Ale kilka innych wersji naszych tłumaczeń zostało zdyskwalifikowanych, ale je zacytuję, bo są bardzo zabawne:

„Kość jego boli, w zębach dręczy go patrzenie i jak gdyby zamierał z prośby mówca”;

„a nie uciekając, chociaż mógł, lecz pod drzewem leżąc przez otwór pomocy szukał, lew czynił impet”;

„Kość bowiem miał w zębach i gryząc ją oglądał, wyciągnął kość przysunąwszy się do otworu”;

„lecz pod drzewem leżąc przy pomocy paszczy zapytał”;

„Kość jego między zębami męczył i spoglądając jak gdyby w prośbę się zamienił mówiąc”;

„Skoro lwa widzi na drzewo ucieczkę kontynuuje i bogów wzywa. I nie chowając się jakkolwiek mógłby, lew napad czyni, lecz pod drzewem leży z otwartą paszczą i szuka możliwości. Kości jego i zęby męczą się widokiem”;

„Schodzi na końcu Elipides z drzewa i kość przysuwa do paszczy”.

Na szczęście taki humor z klasówek szkolnych zdarzał się nam stosunkowo rzadko, a Siostra Klara była chyba częściej zadowolona z naszych postępów w nauce łaciny, bo nikt nie musiał klasy z tego powodu powtarzać, zaś za recytowanie metrycznej poezji Horacego i Owidiusza bywałyśmy nawet czasem chwalone.

DSC06722Największym naszym osiągnięciem było jednak przedstawienie, które Siostra z nami przygotowała dla całej szkoły. Było to wesele rzymskie odegrane po łacinie wraz z wszystkimi tradycyjnymi obrzędami, towarzyszącymi w antycznym Rzymie ceremonii zaślubin. Wyznaczono mnie do roli kapłana-augura, którego obecność podczas takiej uroczystości i sprawdzenie przez niego z lotu ptaków, czy wróżby są pomyślne, były gwarancją przyszłego szczęścia młodej pary. Wkraczałam zatem na scenę na początku przedstawienia, udrapowana przez Siostrę Klarę w prześcieradło jak w togę, mówiłam: Aves video, oracula bona sunt! (widzę ptaki, wróżby są dobre). Potem przybywała młoda para i wszyscy goście weselni. Następowało dextrarum iunctio, czyli łączenie prawic małżonków, który to rzymski zwyczaj pogański przetrwał po dziś dzień w kościelnych ceremoniach zaślubin, poczym całe Towarzystwo układało się przed publicznością na biesiadnych łożach, ustawionych w podkowę, jak w prawdziwym rzymskim triclinium.

Podczas uczty weselnej umilały nam czas tancerki i wokalistki, zaś potrawy i napoje, przynosiły niewolnice. Słowem wesele bardzo się udało, a publiczność, sądząc z rzęsistych brawach, dobrze się bawiła, aczkolwiek nie zawsze rozumiejąc antyczne kwestie, gdyż większa część uczennic uczyła się wówczas w liceum angielskiego zamiast łaciny.

Siostra Klara była szczęśliwa i na pewno bardzo zmęczona, bo przecież była nie tylko autorką wystawionej przez nas sztuki, ale również jej scenografem, specem od kostiumów, charakteryzatorką i suflerem. Kiedy później zdawałam maturę, która mi poszła w zasadzie bezbłędnie, otrzymałam od Siostry tylko „czwórkę” z następującym wyjaśnieniem: „Dżeta, wiesz sama, że z gramatyką bywasz czasami na bakier i na „piątkę” nie zasługujesz”. Mimo to na sali zrobiła się absolutna pełna zainteresowania cisza, kiedy recytowałam wiersz Horacego:

Nunc est bibendum, nunc pede libero pulsanda tellus, nunc Saliaribus ornare pulvinar deorum tempus erat dapibus, sodales

Teraz wypijmy, teraz w takt wolnego tańca niech ziemia zadrży, teraz, przyjaciele, należy składać ofiary salijskie i wieńczyć bóstw wezgłowie

Kochana Siostro Klaro, bardzo dziękuję, bo do dziś zbieram owoce tamtejszej nauki.

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s