Siostra Marta o szymanowskich rekolekcjach

Kochane „Dziewczyny”

Chciałabym się z Wami podzielić swoim wzruszeniem, jakiego doznałam w dniach 23-25 I 2015 r. w czasie rekolekcji dla wychowanek zorganizowanych w Szymanowie pod hasłem „Matka Marcelina – różne oblicza kobiecego geniuszu”. Przybyło na nie 15 osób, w tym kilka takich, które nie były wychowankami. Niektóre z nich przyjechały z dziećmi (od 9 miesięcy do 12 lat), którymi zajęły się  siostry organizując im zajęcia i zabawy dostosowane do wieku, by ich mamy mogły uczestniczyć w konferencjach i nabożeństwach. Konferencję „Kobiety w Biblii”, Eucharystię i posługę w konfesjonale sprawował ks. Jan Chrzanowski z diecezji poznańskiej – kapłan niesłychanie przystępny, z poczuciem humoru, znający życie, miłośnik Biblii. Jedną konferencję – prezentację miała s Rut: „Łaska bycia kobietą”, o zadaniach kobiety wg Matki Marceliny; drugą M. Wawrzyna. Jeśli pozwalały mi moje obowiązki przy furcie, dochodziłam na spotkania. Atmosfera była swobodna, kameralna, przerywana kawą, wymianą zdań i zwierzeniami. Była też praca w grupach- „Jakie przesłania M. Marceliny są szczególnie aktualne dziś”. Dla mnie najbardziej wzruszające było spotkanie podsumowujące rekolekcje, kiedy siedząc w kręgu, wypowiadały się uczestniczki rekolekcji, co im dało to spotkanie dwudniowe, jaką rolę w ich życiu spełnia M. Marcelina, co  wyniosły z wychowania wg jej zasad, z jakimi problemami spotkały się w swym życiu, jak je rozwiązywały.

Przyznam się Wam, że głębia ich wypowiedzi była dla mnie wstrząsająca – ich myśli będą dla mnie tematem dalszej refleksji. Pomyślałam sobie, że rady i wskazówki M. Marceliny, która przeszła w swym życiu wszystkie możliwe stany kobiety (panna, mężatka, matka, wdowa, zakonnica) są inaczej odbierane przez zakonnice, a inaczej przez wychowanki żyjące w świecie – dlatego wspólne rozważanie jej słów jest niesłychanie cenne i wzbogacające, zwłaszcza nas wychowawczynie, gdy wypowiadają się osoby „ścierane” przez współczesne życie w świecie!

Czekam więc następnych, podobnych rekolekcji, które ufam, że będą organizowane!

Ściskam wszystkie s Marta

Reklamy

Opowieść Anety Borkowskiej o Siostrze Irenie

Kochana Siostra Irena

Emanowała z Niej miłość do BOGA, ludzi, przyrody, Ojczyzny. Twarz Jej opromieniał miły, pełen dobroci uśmiech. Żywy temperament pobudzał do stałej, nieraz mogło się wydawać, że nadmiernej, a niekiedy ponad siły – aktywności. Miłość połączona z żywością reakcji na sprawy otaczającego świata czyniły z Niej osobę otwartą na innych ludzi, często czynnie włączającą się rozwiązywanie ich najrozmaitszych problemów. Nic dziwnego, że kiedy została opiekunką dawnych uczennic z ramienia Zgromadzenia, przyciągała jak magnes wszystkie roczniki wcześniejszych wychowanek Sióstr Niepokalanek. We wspólne nasze spotkania w Szymanowie, czy na „Idziku” w Warszawie wprowadzała ożywienie i atmosferę życzliwości, w której każdy się dobrze czuje. Nie mając zbyt silnego i donośnego głosu, a usiłując przebić się przez gwar i harmider towarzyszący nieodmiennie spotkaniom wychowanek niepokalańskich, wspomagała się dzwonkiem, wołając do nas: „dziewczynki, silentium!”, chcąc bezskutecznie uciszyć salę.  Toteż mimo upływu czasu czułyśmy si ę w Jej obecności trochę jak niesforne uczennice, chociaż wiele spośród nas było już wielokrotnymi matkami a nawet babciami. Może właśnie to, że przy s. Irenie stawałyśmy się z powrotem „dziewczynkami”, pozostawiając  za sobą swoje poważne, dorosłe role, pozwalało nam przenosić się w atmosferę dawno minionych lat pensjonarskich.

Moje pierwsze zetknięcie się z s. Ireną miało miejsce w Szymanowie w roku szkolnym 1956/1957 i na trwale pozostało w mojej pamięci. W 1956 r. zostałam przywieziona przez mamę do Szymanowa do X klasy jako niesforna nastolatka „za karę”, za złe wyniki  w nauce, byłam więc wewnętrznie zbuntowana i głęboko nieszczęśliwa. Na jednej z pierwszych rekreacji w parku Szymanowskim podeszła do mnie s. Irena, która wówczas uczyła w naszej klasie matematyki i z serdecznym uśmiechem zapytała mnie, jak w poprzedniej szkole radziłam sobie z tym przedmiotem? Moje szczere przyznanie się do niepowodzeń ujęło s. Irenę, co wówczas wyraźnie odczułam i nawiązała się między nami nić sympatii, którą Siostra okazywała mi później niejednokrotnie podczas lekcji. Niwelowało to u mnie stany napięcia związane z przedmiotem sprawiającym mi trudności. Niestety wkrótce, ku mojemu wielkiemu żalowi, s. Irena przestała uczyć w naszej klasie , gdyż została przeniesiona do Wałbrzycha. Życzliwość s. Ireny i okazane mi przez nią zainteresowanie wzbudziło we mnie prawdziwą sympatię do Jej osoby, którą  do dzisiaj w sobie noszę. Zetknęłam się z Nią po wielu latach już jako dorosła osoba.

Przyszedł rok 1991, w którym s. Irena wyjechała  z misją na Ukrainę gdyż tzw. „transformacja ustrojowa” w Polsce i przekształcenie dotychczasowej Ukraińskiej Republiki Radzieckiej w państwo ukraińskie stworzyło ku temu warunki.

W tym czasie przeżywałam bardzo starość moich Rodziców, a w szczególności chorobę Ojca, który wymagał stałej opieki i pełnej obsługi. Przyszło mi na myśl, że może taniej byłoby sprowadzić Ukrainkę, gdyż opieka nad chorym jest zawsze bardzo kosztowna. Oczywiście chodziło mi a tym przypadku o odpowiednią osobę dlatego pośrednictwo s. Ireny w jej pozyskaniu wydawało mi się bardzo cenne. Zwróciłam się więc listownie do Siostry w tej sprawie, Niestety wówczas się to nie powiodło ale s. Irena zapewniła mnie, że będzie szukała kogoś odpowiedniego. Dotrzymała swojej obietnicy już po powrocie do Polski i namówiła do podjęcia się pracy opiekuńczej przy chorym jedną z naszych koleżanek, jako że miała żywy kontakt z wieloma byłymi wychowankami, co już wcześniej zaznaczyłam. Miała szczęśliwą rękę  gdyż Ala, bo tak miała na imię owa szymanowianka, okazała się dobrą opiekunką i rehabilitantką, pozyskując pełną aprobatę mojej 86-letniej Mamy co miało duże znaczenie w całej tragicznej sytuacji związanej z chorobą mojego Taty. Będę jej za to wdzięczna do końca moich dni.

Drugi raz szukałam u Siostry wsparcia, gdy przeżywałam trudności ze swoim Synem. Czas jaki mi poświęciła żeby mnie wysłuchać i życzliwość jaką mi okazała na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Chodziło o szybkie znalezienie szkoły w trakcie trwającego roku szkolnego, która mogłaby przyjąć  ucznia II klasy licealnej , co wcale nie było łatwe. Siostra Irena skontaktowała mnie z naszą nieco starszą koleżanką – Mirką Kołodziejczyk, która będąc nauczycielką chciała mi pomóc. W rezultacie z jej pomocy nie skorzystałam, bo w międzyczasie udało mi się umieścić Syna w szkole prywatnej i uchronić go przed stratą jednego roku. Ważne jednak było wsparcie jakiego udzieliła mi  s. Irena za pośrednictwem jednej  z naszych koleżanek w trudnej dla mnie sytuacji.

Na tych przykładach chciałam pokazać jak s. Irena rozumiała i wypełniała swoją rolę opiekunki byłych wychowanek, ułatwiając im wzajemne kontakty i  ewentualne świadczenie sobie pomocy.

Ostatni mój dłuższy kontakt z Siostrą miał miejsce w sierpniu 1996 r. we Wrzosowie już w czasie jej poważnej choroby. Przywiozłam Jej wówczas preparat tzw. Medycyny niekonwencjonalnej na wzmocnienie sił obronnych organizmu. Siostra tego dnia czuła się nieco lepiej, była piękna pogoda i spędziłyśmy wspólnie niezapomniane dla mnie urocze, letnie popołudnie. „Urocze” ze względu na cechy osobowości s. Ireny, która wówczas już ciężko chora nie uskarżała się na swoją sytuację ale z charakterystyczną dla siebie żywością interesowała się dosłownie wszystkim. Przy wspólnym posiłku cieszyłam się, że tego dnia miała lepszy apetyt. Napomknęła tylko, że straciła na wadze 20 kg. Ucieszona moim przybyciem wyrażała zaskoczenie faktem, że tak wiele byłych wychowanek odwiedza Ją w chorobie okazując szczere zainteresowanie i  pomoc. Czuło się, że Jej to sprawia przyjemność a jednocześnie dziwi, jak św. Elżbietę odwiedziny Maryi: „ A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?”

Rozmawiałyśmy o wielu sprawach,  a  przede wszystkim o zbliżającej się beatyfikacji matki Marceliny Darowskiej w Rzymie, która była wyznaczona na dzień 6 października 1996 r. i którą żyło wówczas całe Zgromadzenie.  Wyczułam wyraźnie smutek s. Ireny, że choroba uniemożliwia  Jej czynny udział w tej uroczystości, ale słowa żalu czy skargi nie pojawiły się na Jej ustach. Ponieważ wybierałam się na pielgrzymkę beatyfikacyjną do Rzymu nie omieszkała mnie zapytać, co skłania mnie do wzięcia  w niej udziału.

Na spacerze w ogrodzie przyklasztornym Siostra cieszyła si e kwitnącymi wówczas i owocującymi roślinami, kazała mi zbierać napotkane po drodze drobne śmieci, co mnie radowało, gdyż żywa reakcja na wszystko co dzieje się w otoczeniu pozwalała mi widzieć w Niej tę samą ciągle s. Irenę i zapomnieć o Jej ciężkiej chorobie, o której prawie wcale nie rozmawiałyśmy , ale której złowrogi cień wyraźnie się odczuwało. Jednak styl bycia Siostry nastrajał mnie optymistycznie i z dziwną radością wypełniałam Jej polecenia.

Siostra Irena była gorącą patriotką co w połączeniu z Jej czynną naturą skłaniało Ją do żywego interesowania się przemianami tzw. transformacji zachodzącymi  w Polsce, dzieliła się też ze mną swoimi niepokojami i w sposób niezwykle subtelny wyrażała troskę o sytuację naszego kraju.

Po powrocie do klasztoru zauważyłam wyraźne zmęczenie Siostry, a nawet pewne wyczerpanie. Wyrzucałam sobie później, że zanadto przedłużyłam swoją wizytę, co mogło być zbyt męczące dla chorej. Przed naszym rozstaniem  s. Irena zaproponowała mi wspólną modlitwę w kaplicy Pani Jazłowieckiej. Polecałam Siostrę gorąco Jej macierzyńskiej opiece.

Później widziałam s. Ireną po powrocie z Rzymy, kiedy zjechałyśmy się we Wrzosowie po pielgrzymce. Obserwowałam wyraźnie i czułam , że słabnie, ale na ile Jej siły pozwalały starała się jeszcze nam udzielać i nawet zdobyła się na krótkie wystąpienie. Przyszła po raz drugi na koniec naszego spotkania, aby pożegnać się osobiście z każdą z nas.

To było moje ostatnie widzenie i pożegnanie się z s. Ireną. W pół roku później w dniu 26 lipca 1997 r. s. Irena zmarła. Odprowadzałam trumnę z Jej ciałem do grobowca Sióstr w Szymanowie razem z bardzo licznie przybyłymi na pogrzeb dawnymi wychowankami.

Jeszcze raz  udało się s. Irenie zgromadzić w Szymanowie tak liczne kilka pokoleń wychowanek niepokalańskich. Bez Niej to miejsce wydaje mi się już nie takie jak wówczas gdy s. Irena była pośród nas.

Honorata Jezierska,

w Szymanowie 1956-1958 jako Aneta Borkowska

 

Siostra Maria Pia (Konstancja Sołtan)

Wspomnienie

sPiaW połowie sierpnia i września 1946 roku do internatu Szymanowskiego przyjęłą mnie śp. Siostra Assumpta Sapieżanka za zgoda śp. Matki Generalnej, Siostry Krystyny Kosseckiej. Przyznam się, że bardzo mnie interesowało nowe otoczenie, choć już w znaznym stopniu znane mi były zasady, według których miałam się odtąd rozwijać. „Architektką” mojego rozwoju stała się nasza sąsiadka, moja chrzestna matka i nauczycielka w jednej osobie – pani Maria Ścibor – Marchocka z Odessy. To ona przekonała moją Mamę , żeby zrezygnowała z pomocy córki w prowadzeniu naszej cukierni, że znacznie korzystniejsza będzie nauka pod okiem Sióstr – co przecież bardzo utrudniało Mamie pracę.

Wkrótce przekonałam się, że uczyć się to coś wspaniałego ( oprócz matematyki!). Zachwyciłam się przedmiotami humanistycznymi. A przede wszystkim łaciną ( której jeszcze nie wyrugowano ze szkół).

Łaciny uczyła nas Siostra Maria Pia Sołtan, o której mówiono, ze włada sześcioma językami obcymi, a ona sama śmiejąc się wspomniała, że jako berbeć porozumiewała się z otoczeniem mową żmudzką.

Oprócz fenomenalnej wiedzy Siostra odznaczała się dokładnością wykładu i wielką miłością pięknych tekstów. Zdarzało się, ze w czasie przerwy w lekcjach chroniłyśmy się w jakimś kąciku aby wspólnie podziwiac piękno jakiejś średniowiecznej sekwencji mszalnej, nie wspominając strof powszechnie znanych rzymskich autorów.

Oprócz szerokiej wiedzy Siostra odznaczała się głęboką pokorą. Nigdy nie zapomnę  portfelika – czy kalendarzyka Siostry gęsto poznaczonego licznymi szwami. Na sugestie zastąpienia go nowym odpowiedziała, że ten jej wystarczy.

Dość prędko ograniczono zakres nauczania łaciny, a Siostrę przeniesiono z Szymanowa do Jarosławia, choć próbowałam się temu sprzeciwić (!). Oczywiście były po temu poważne powody, żeby Siostra pozostała w Jarosławiu, gdzie widziałyśmy się po raz ostatni i to okazjonalnie.

A teraz tak mi daleko z Warszawy do moich najserdeczniejszych nauczycielek – Pani Marchockiej w Szymanowie i Siostry Marii Pii – w Jarosławiu…

 Anna Mucharska – Gomza

 

 

Przygoda  pociągowa Siostry Ireny

Z wielką tremą i właściwie pod presją zabieram się do opisania zdarzenia o którym opowiedziała mi kiedyś Siostra Irena.  Nie będzie cytatów, bo nie pamiętam wszystkiego dosłownie, ale może mi się uda przywołać sens tej opowieści.

A było to tak: Siostra Irena wybrała się w podróż pociągiem do Krakowa a potem do Nowego Sącza. Do pociągu dostała się w ostatniej chwili.  Większość siedzących miejsc była zajęta, ale w końcu, kiedy już pociąg nieźle się rozpędził, udało się Siostrze wytropić w jakimś przedziale miejsce obok wysokiej rangi wojskowego, wyglądające na nie zajęte   przez nikogo.

Uchyliła drzwi i upewniwszy się, że miejsce jest rzeczywiście wolne pozdrowiła podróżnych mówiąc: „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to pozdrowienie natychmiast zareagował ów  wojskowy, potencjalny sąsiad w dalszej podróży Siostry.  Jego reakcja była ostra i zdecydowana. Stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu tonem pouczył Siostrę w szorstkich słowach iż nie życzy sobie takiej agitacji, nie ma zamiaru ani ochoty  więcej słyszeć żadnych tego rodzaju dewocyjnych   zwrotów, tu jest pociąg a nie kościół itp.. itd. Siostra z pochyloną głową w pokorze wysłuchała cierpliwie wszystkich pouczeń i pretensji tego pana a kiedy skończył i uszło z niego żółte od żółci powietrze, Siostra łagodnym tonem i w łagodnych słowach przyznała słuszność stawianym zarzutom,  przeprosiła tego pana i innych pasażerów i wyraziła głęboką skruchę z powodu swojego „nietaktownego”  zachowania.  Pasażerowie osłupieli. Wojskowy chrząknął kilka razy a rysy jego złagodniały.  Po pewnym czasie zagadnął do siostry ogólnikowo, jak to w podróży, ale potem ośmielony niekłamaną życzliwością Siostry, wdał się w pogawędkę z Siostrą podczas której Siostra spostrzegła dość wyraźne zakłopotanie z jego strony. Kiedy wysiadał z pociągu wyksztusił  cicho i z wielkim zażenowaniem przeprosiny.

Nie ma może nic szczególnego w tej „przygodzie” Siostry Ireny i nie pisałabym o tym, gdyby nie to, że ta opowieść towarzyszy mi cały czas i jest mi ogromnie pomocna.  Słowo „przepraszam”  zazwyczaj kończy konflikt i naprawdę skutecznie poprawia relacje. W sytuacjach  grożących wybuchem  konfliktu kojarzy mi się  z urządzeniem do rozbrajania ładunków wybuchowych.

 

PS. Zachęcona nadzieją ZIZI na „wirtualny uścisk dłoni Prezeski KZJ” ośmielam się marzyć o nagrodzie w postaci nóżki zielonej żabki pływającej w  Pisi przyznanej choćby przez   pomyłkę  przez wysokie Jury.

Krystyna Pietrzyk z d.Pestka matura 1955r.

6 styczeń 2015r.

Spotkanie Alumnatek z wychowankami

_DSC1310Obecnie alumnatkami – profeskami czasowymi są siostry, które nie były wychowankami naszych placówek, natomiast tematem ich tegorocznego zjazdu była wspólnota. Jak przekazać młodej siostrze atmosferę z czasów szkolnych, jak sprawić, by znalazła się w kręgu wspólnoty wychowanek, które tak często wracają do naszych domów, piszą listy, dzwonią.  Najlepiej, jak same spotkają się z dziewczętami! 28 grudnia 2014 r. odbyło się spotkanie sióstr i Wychowanek.

Przejęły nas ich wypowiedzi: że nasze Wychowanki przyjeżdżają do klasztoru jak do swego domu, że czują się związane z siostrami i miejscem, w którym skończyły przed laty szkołę. Ucieszyłyśmy się, że miłość Wychowanek przelewa się nie tylko na te siostry, które były wychowawczyniami, lecz także na wszystkie pokolenia sióstr. Dla rodziców Bożym błogosławieństwem są dzieci, a dla  naszego Zgromadzenia Bożym błogosławieństwem jesteście Wy – nasze Wychowanki,  które pragniecie tworzyć bliskie relacje z nami i naszym Zgromadzeniem. Wasze świadectwa bardziej zbliżyły nas do Waszego życia. Nasze Zgromadzenie jest otwarte na każdą Wychowankę, niezależnie od jej wieku, życiowej sytuacji czy stosunku do szkolnej przeszłości. Odczułyśmy ciepło, serdeczność, rodzinną bliskość, prostotę, szczerość, gotowość do współpracy z poszczególnymi siostrami i  Zgromadzeniem. Cieszymy się, że Najświętsza Panna Jazłowiecka jest dla Was kimś ważnym i bliskim, że Ją kochacie i czcicie oraz doświadczacie Jej obecności w swoim życiu.

*******************

_DSC1325 (1)Dla nas młodych sióstr spotkanie ze starszymi Wychowankami było ważne, ponieważ odkryłyśmy, że Wasze doświadczenie, mądrość i miłość są cennym skarbem, z którego pragniemy czerpać.  Jesteśmy wdzięczne Wam za każde dobro wyświadczone dla nas, naszego Zgromadzenia i dla wszystkich ludzi, wśród których żyjecie na co dzień.
*******************

Moje spotkanie z wychowankami, którym na przestrzeni lat dane było zaczerpnąć z ducha bł. Matki Marceliny, stało się swoistą pokoleniową wędrówką. Do tego niepokalańskiego albumu, w którym przechowuje się bezcenne fotografie najbliższych, zawsze mogę sięgnąć. Zaskoczyło mnie, że mimo upływu lat w sercach naszych wychowanek odnaleźć mogę tak żywą pamięć serca. Ileż w mniej wdzięczności, zaufania i nadziei na trwanie tej pokoleniowej łączności. To piękne, choć trudne zadanie…

*******************

Spotkanie z naszymi Wychowankami uświadomiło mi, że mamy podobne pragnienia, że nawet jeśli nie znamy się z czasów „szkolnych”, łączy nas szczególna więź miłości, którą całym sercem chcę pielęgnować. Cenne dla mnie było doświadczenie wzajemnej otwartości i szczerości. Przekonałam się, że autentycznie jesteśmy sobie bliskie, że tworzymy jedną Rodzinę. Ten wspólnie spędzony czas pozostawił we mnie dobre ślady i nie przesadzę stwierdzając, że były to ślady Boga:)

*******************

Dzięki szczerej i pełnej wzajemnej życzliwości rozmowie z wychowankami naszego Zgromadzenia mogę dziś nieco inaczej spojrzeć na dziewczęta, z którymi pracuje na co dzień, ale też na te które wracają do naszego wspólnego domu. Wiedziałam, że gro uważa, że Szymanów to dla nich drugi dom, ale usłyszenie tego od dziewcząt jakoś mocniej oddziałuje na świadomość. Poczułam też, że wymiar wspólnoty w Zgromadzeniu jest znacznie szerszy niż dotąd myślałam i to napawa optymizmem szczególnie patrząc na fakt, że wewnętrznie Zgromadzenie wraz z Polską przeżywa niż demograficzny.  J

*******************

Spotkanie z naszymi kochanymi Wychowankami ubogaciło mnie pod tym względem, że doświadczyłam jak bardzo są z nami związane wewnętrznie. Siostry (my również) są dla nich jak rodzina, a Szymanów jak dom, do którego chętnie wracają.  Pracuję w szkole jako westiarka i wiem, co mówią o Szymanowie w trakcie nauki, z jakimi trudnościami i przeżyciami się borykają. Osobiście dla mnie są bardzo bliskie, jak najbliższa rodzina. Cieszę się, gdy mogę im pomóc, wysłuchać, dać krzyżyk. Okazywanie miłości na różne sposoby zawsze jest dobrą inwestycją w człowieka i zawsze owocuje, jak o tym usłyszałam podczas wypowiedzi różnych Wychowanek. Tak więc postaram się inwestować w Nie całym sercem, nie tylko w obecne, ale i w dawne, i nie tylko czynem ale i modlitwą.

*******************

Oczekując na spotkanie, wyobrażałam sobie, że wszystkie Panie będą w podobnym wieku (nie wiedziałam tylko jakim) i prawdopodobnie z tej samej klasy. Kiedy drzwi się otworzyły, ku moje dziwieniu pojawiła się mieszana grupa wiekowa. Wtedy już byłam pewna, że  to spotkanie nie będzie tym, jakiego się spodziewałam. Właściwie to nawet  nie wiem czego dokładnie się spodziewałam, ale niezależnie od tego wszystko i tak zapowiadało się trochę niezwykle. I tak było. Każda z tych Pań miała przeżycia właściwe tylko sobie. Padały  imiona różnych Sióstr, które znałam tylko ze słyszenia,  dla mnie legendy: s. Ancilla, s. Alma, s. Irena… A tu proszę: przede mną siedziały Panie, które je znały, rozmawiały z nimi. Czułam się trochę jakbym wsiadła w wehikuł czasu i przeniosła się razem z naszymi Gośćmi do innego świata,  świata z ich dzieciństwa i młodości. Kiedyś jako dziewczynki biegały po szymanowskich korytarzach, a teraz w dalszym ciągu to miejsce nadal tak wiele dla nich znaczy, że są gotowe są przyjechać w niedzielny wieczór między Świętami i Nowym Rokiem, żeby nam o tym wszystkim opowiedzieć!

Zastanawiałam się, czy za 20, 30 lat znowu usiądą tu dziewczyny, które teraz są w Szymanowskiej szkole, aby odpowiedzieć o nas jakimś alumnatkom.

Wychowanki Zgromadzenia są częścią naszej historii i nie możemy stracić tego skarbu: żywego kontaktu z nimi, z tymi co były i tymi co będą. Cieszę się, że takie spotkanie miało miejsce. Może nie będzie to tylko ten jeden jedyny raz…

*******************

To są głosy naszych najmłodszych sióstr. Ja też Wam dziękuję za te przepiękne chwile wspólnoty, wspominania przeszłości i spojrzenia w przyszłość. Dzielenia się tym, co w życiu najważniejsze. Tak się tworzą więzi. O tym można przeczytać, ale dopiero ich doświadczenie, niemal dotknięcie sprawia, że stają się czymś żywym i osobistym. A chociaż była Was tylko grupa, to my w jakiś trudny do wytłumaczenia sposób widziałyśmy wszystkie nasze Wychowanki!  Dziękuję za świąteczne popołudnie pełne uroku i światła.

Matka Wawrzyna

Matki Boskiej Gromniczej- 2 lutego

Barbara Ogrodowska

 ŚWIETO OFIAROWANIA PAŃSKIEGO i OCZYSZCZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY – MATKI BOSKIEJ GROMNICZNEJ -2 lutego

 Kilka słów historii.

14211591489_1bedef251f_zŚwięto OFIAROWANIA JEZUSA W ŚWIĄTYNI i OCZYSZCZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, (czyli Jej rytualnego wywodu, obowiązującego wszystkie kobiety po odbytym porodzie), w Polsce zwane także świętem MATKI  BOSKIEJ GROMNICZNEJ ma swe początki w tradycji staro żydowskiej, zgodnie z którą każdy syn pierworodny, w czterdziestym dniu życia, winien być zaniesiony do świątyni jerozolimskiej, położony na rękach kapłana i ofiarowany Bogu.

Obrzęd ofiarowania łączył się zawsze z ceremonią wywodu czyli oczyszczenia matki z poporodowej zmazy. Był to rytuał znany i praktykowany we wszystkich czasach, w różnych kulturach i różnych miejscach świata. Także w tradycji żydowskiej, nakazującej kobietom, aby gdy upłyną czterdzieści dni od urodzeniu dziecka, udawały się do świątyni, składały tam ofiarę z baranka, a ubogie z pary gołębi lub synogarlic i poddawały się religijnej ceremonii oczyszczenia po odbytym porodzie.

Obszerny opis tej tradycji znajdujemy w ewangelii św. Łukasza:

 Gdy potem upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim:

„Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświecone Panu.”

Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic, albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Z natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

 „Teraz o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (…)  

Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach(…).Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.

(Łk 2, 36-38)

W Kościele święto Ofiarowania Jezusa w świątyni i Oczyszczenia Jego Matki, Najświętszej Maryi Panny obchodzone było b. wcześnie, bo już w IV wieku. W Jerozolimie celebrowane je jak tylko ustały prześladowania chrześcijan, a ich religia (chrześcijaństwo) zalegalizowana została przez cesarza Konstantyna Wielkiego.

(ABC chrześcijanina, s.254 i n; Zaleski,/ks/ s. 118).

W V w. święto Ofiarowania obchodzono zarówno w Kościele wschodnim, jak  i zachodnim, najpierw pod nazwą Hypapante, (Spotkania), na pamiątkę pierwszego spotkania Syna Bożego i Odkupiciela z Jego ludem, w osobach starca Symeona i prorokini Anny. Później – przez czas jakiś – nazywano je Świętem Symeona.

W VI w. utrwaliła się używana dotychczas nazwa Ofiarowania Pańskiego.

W VII w. w Rzymie do obchodów święta wprowadzone zostały procesje ze świecami.

 W X w. procesje te były już stałym elementem ceremonii religijnych w różnych prowincjach Kościoła, a niesione w nich świece stały się symbolem ofiarowanego w świątyni małego Jezusa, w którym starzec Symeon rozpoznał Syna Bożego

Płonące, pobłogosławione świece miały zastosowanie w rożnych obrzędach liturgicznych, jako znak światłości Bożej, światła wiary i światłości wiekuistej.

( Berger , s.108; Syczewski /ks/, s.281-282; ABC chrześcijanin, s.312; Zalewski /ks/, s.117-119).

Tradycje polskie

W Polsce Ofiarowanie Pańskie i Oczyszczenia Najświętszej Mary Panny  obchodzone jest przede wszystkim jako uroczystość maryjna, nazywana potocznie świętem Matki Boskiej Gromnicznej, ponieważ w tym dniu we wszystkich kościołach, podczas nabożeństw święci się świece woskowe zwane gromnicami.

W tradycji polskiej Matka Boska Gromniczna patronuje różnym ludzkim zmaganiom, w trudnym zimowym czasie, także zmaganiom z groźnymi żywiołami; zaś świecom poświeconym w kościele w dniu Jej święta, z dawien, dawna przypisywano niezwykłą moc dobroczynną i magiczną.

Ich płomień miał chronić przed uderzeniem pioruna: gromami i błyskawicami (i stąd zapewne wzięła się polska nazwa gromnica); klęskami żywiołowymi i wszelkim złem; bronić ludzi i ich trzody przed wilkami, oziminy przed wymarznięciem, domy przed pożarem, odwracać czary, złe uroki, niweczyć choroby, wspomagać konających w ich ostatnich chwilach.

Grube świece – gromnice, odlane z czystego, białego lub jasnożółtego, najlepszego i najszlachetniejszego wosku, ozdobione naklejonymi kolorowymi obrazkami z wizerunkiem Matki Boskiej, białymi, lub błękitnymi wstążeczkami oraz  zielenią, zapalone i poświecone w kościele, przynoszono więc do domu, a ich płomieniem kopcono znak krzyża na belce stropowej.

Tę pobożna praktykę w XIX w. przedstawił Michał Elwiro Andriolli na jednym ze swych sztychów, poświeconych obyczajom polskim, publikowanym w wielu książkach i ówczesnych czasopismach.

Od palącej się przyniesionej z kościoła gromnicy rozniecano – wygaszone wcześniej – wszystkie ognie domowe: w kuchni, piecu, „wiecznej” lampce oliwnej przed świętym obrazem, po to aby błogosławieństwo Boże spływało na dom i jego mieszkańców.

W tej właśnie intencji czynią tak dotychczas starsze, pobożne osoby, przywiązane do tradycji, niosąc do domu, po mszy św., płonące gromnice i rozpalając nimi domowy ogień (dzisiaj jest to już najczęściej płomyk kuchenki gazowej).

*

Niegdyś, zwłaszcza na wsi, podczas gwałtownej burzy, huraganu czy gradobicia stawiano zapaloną gromnicę na oknie, lub stole. Zbierali się przy niej i wspólnie modlili wszyscy domownicy. Niekiedy z płonąca gromnicą obchodzono całe obejście, wierząc, że chroni to przed uderzeniem pioruna, przed ogniem i zniszczeniami. Poświęcone gromnice zapalano również w czasie zarazy jak nazywano groźne epidemie chorób zakaźnych i pomory bydła, trzody i domowego ptactwa.

*

Cienkie kawałki gromnicy złożone na krzyż, lub zdjęte z niej zastygłe krople wosku (a także monety, garść zboża i rożnego poświęconego ziela) wkładano pod węgły budowanego domu i w otwory (zwane stępkami),specjalnie wydrążone w belkach, aby w nowym domostwie wszystkim dobrze się wiodło i bezpiecznie mieszkało (zwyczaj ten praktykowany bywał na Ziemi Białostockiej).

*

Gromnica miała zastosowanie w różnych tradycyjnych, domowych praktykach leczniczych. Na Podlasiu np. dzieciom chorującym na uszy płomieniem gromnicy opalano końce włosów w przekonaniu, że jest to zabieg wielce skuteczny.

Na Ziemi Rzeszowskiej natomiast pasemko lnu okręcone na gromnicy i wraz z nią poświecone w kościele, palono nad chorymi cierpiącymi na różę, ognipiór i rożne płomienice, czyli ostre stany zapalne skóry z rozległym, bolesnym i piekącym rumieniem.

Połykano, albo wdychano dym zgaszonej gromnicy, aby zapobiec psuciu się i bólowi zębów oraz chorobom gardła i była to praktyka w całej Polsce powszechna.

*

Zapaloną gromnicę wkładano w ręce umierających, aby skrócić im mękę konania i aby jej blask prowadził ich bezpiecznie na wieczny spoczynek.

Gromnicę zapalano zawsze kiedy do śmiertelnie chorego przychodził ksiądz z wiatykiem i ostatnim namaszczeniem (sakramentem chorych), czyli jak dawniej mawiano – z Panem Bogiem. Była ona bowiem ważnym, nieodzownym atrybutem godnej, chrześcijańskiej śmierci.

Gromnica towarzyszyła więc ludziom i wspomagała ich, przez całe życie, w różnych okolicznościach, w obliczu każdego zagrożenia i niebezpieczeństwa.

***

Święto Matki Boskiej Gromnicznej przypada w połowie zimy, w porze pewnego przełomu, a ludowe przysłowie powiada:

Gromnica zimy połowica.

Bo chociaż w lutym można spodziewać się jeszcze śnieżyc i tęgich mrozów, chociaż zima daje się ciągle we znaki i ludziom i zwierzętom, zwłaszcza tym dziko żyjącym, a inne przysłowie mówi:

Na Gromnice łataj, (albo szykuj) chłopie rękawice 

to jednak dzień staje się już dłuższy. Mówiono więc, że

W Gromniczną robak śpiący w ziemi obraca się na druga stronę

tzn. powoli budzi się i sposobi do opuszczenia swojej, zimowej kryjówki. Na Pomorzu powiadano:

W Gromniczną musi po raz pierwszy wzlecieć w niebo i odezwać się skowronek, chociażby mu główka miała pęknąć od mrozu.

Były to wszystko zapowiedzi zbliżającej się wiosny, chociaż nikłe jeszcze i nieśmiałe.

W święto Matki Boskiej Gromnicznej wróżono zatem o pogodzie i zależnym od niej urodzaju, obserwując niebo i same gromnice.

Powiadano więc :

Gdy z gromnicy ciecze, zima jeszcze się powlecze.

Gdy w kościele gromnica skwierczy będzie rok burzowy.

Gdy w Gromnicę mróz – szykuj chłopie wóz.

Gdy w Gromnicę miękko – szykuj sanie prędko.

Gdy w Gromnicę roztaje – będą marne urodzaje    

Gdy w Gromnicę jasno – będzie w gumnach ciasno.

Gdy w Gromnicę dzień pogodny – będzie roczek miodny.

Gdy w Gromniczna gęś z kałuży pije, to na Roztworną (25 marca)owca trawy uskubie .

***

W Polsce ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej splotły się liczne wierzenia i legendy ludowe.

Najbardziej znana i chyba najpiękniejsza opowiada o Matce Bożej, która w ciemną, mroźną noc lutową, z zapaloną gromnicą w dłoni, chodzi po leśnych i  polnych drogach, bezdrożach i miedzach, a światło niesionej przez nią świecy rozprasza groźne, zimowe ciemności.

Patrzy czy wicher nie zdmuchnął śniegu z ozimin i pilnuje żeby nie wymarzły. Oświetla drogę zbłąkanym w nocy podróżnym. Broni ludzi i ich trzody przed wygłodzonymi, drapieżnymi wilkami, zakradającymi się nocą do ludzkich zagród, ale i wilkom, tak jak wszystkim stworzeniom zabłąkanym, opuszczonym, zziębniętym i głodnym okazuje miłosierdzie i bierze je w opiekę.

Legenda ta, inspirująca artystów różnych czasów (a wśród nich Piotra Stachiewicza, malarza Matki Boskiej i polskich tradycji świątecznych oraz wielu dawnych i współczesnych twórców ludowych), stała się także natchnieniem i poetyckim tworzywem dla Kazimiery Iłłakowiczówny i jej wiersza o wilku gromnicznym, obłaskawionym przez Matkę Boską. Wiersz osnuty na tej legendzie jest najprawdziwszą opowieścią ludową poddaną niewielkiej tylko, niezwykle subtelnej, literackiej obróbce.

Przywodzi on na myśl opowieści zwane „Kwiatkami” o „Biedaczynie” – św. Franciszku z Asyżu i jego przyjaźni z groźnym „bratem wilkiem” z Gubbio.

Wiersz Iłlakowiczówny z pewnością dorównuje urodą legendom włoskim, a przy tym jest to utwór na wskroś polski, mocno zakorzeniony w naszej tradycji, obyczaju, krajobrazie i folklorze. Zachowuje bowiem język ludowego podania zwięzły i jasny, oraz prosty morał, (kiedy to Matka Boża roztrząsa sumienie zarówno groźnemu wilkowi, jak i poszkodowanym przez niego wieśniakom). Zachowuje więc całą mądrość, przesłanie i poetykę ludowej baśni.

 

Szła Najświętsza przez bór Panienka,

miała płaszcz błękitny, białą sukienkę.

I szło wilczysko chytre, przyczajone, przemarznięte

za Panną Świętą.

 

Wilka szukali z kłonicami

jak go znajdą kości mu połamią:

zeżarł zeszłej zimy ciele białe, prześliczne

W samą Gromniczną !

 

Spotykają chłopi świętą podróżną

pozdejmowali czapki, patrzą – na próżno:

„Wybacz nam Pani wspaniała

czyś wilka gdzie nie widziała?

Zjadł on sierocie Jasi jagnię chude,

zagryzł wołu w stajni i psy po budach.

Wielka Twa łaska Matko, straszna jego ohyda,

więc nam go wydaj!”

 

„Anim go szukała ani go wydam

Patrzcie lepiej po sercach, to wam się przyda,

bo tam to właśnie, a nie śród leśnych ścieżyn

wilk leży!”

 

Poszły rosłe chłopiska milcząc do chałup,

Ogląda się Panienka po śniegu białym,

ogląda się wszędzie, aż spod płaszcza Jej milczkiem

wylazł łeb wilczy.

 

„ A tuś mi dławco jagniąt bezbronnych

Katom cię wydać byłabym skłonna ,

Tylko że nad twą wilcza niedolą

serce mnie boli.

 

Skoroś sam znalazł moją opiekę

zostań już przy mnie, bo gdzie uciekniesz?!

Będziesz mi za to roztropnie służył

zimą w podróży”.

 

Odtąd chodzi wilk z Matką Najświętszą wiernie

przez śniegi puste, zawianie ściernie ,

pełniąc wśród nocy mrocznych i długich

różne posługi.

 

A kiedy jasną gromnicą świeci

Panna Przeczysta pośród zamieci,

tuż i Gromniczny Wilk za swą Panią

jarzy ślepiami.

(K.Iłłakowiczówna, Wilk Gromniczny ze zbiorku: Słowik litewski )

***

2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej, w kościołach po raz ostatni rozbrzmiewają kolędy. Jest to wspomnienie i ślad dawnej liturgii, zgodnie z którą cykl obchodów świątecznych Bożego Narodzenia trwał aż do święta Ofiarowania Pańskiego.

Zgodnie z tradycją, święto Matki Boskiej Gromnicznej wyznacza koniec wizyt kapłanów w domach parafian, czyli corocznego chodzenia po kolędzie.

Niegdyś wyznaczało także – i to nieodwołalnie – koniec obchodów kolędniczych, towarzyszących im występów, wesołych pochodów, zabaw i psot.

Około 2 lutego kończyły się, albo dobiegały końca, taneczne zabawy i maskarady  karnawałowe, chociaż ostateczny ich kres zwyczajowo przypadał w zapustny – „ostatkowy”- wtorek przed Środą Popielcowa.

W Polsce zatem dzień Matki Boskiej Gromnicznej tradycyjnie zamykał czas długiego – czterdziestodniowego świętowania i obchodów cyklu obrzędowego Bożego Narodzenia, bogatego w różne treści i wątki, różne tradycje, legendy i niezliczone polskie obyczaje.

***

 LITERATURA

 ABC chrześcijanina. Mały słownik, Warszawa, Verbinum, 1996

 R.Berger, Mały słownik liturgiczny, Poznań 1995

 Frankowski, Kalendarz obrzędowy ludu polskiego z reprodukcjami, Warszawa 1928

Z.Gloger, Encyklopedia staropolska, Warszawa, Wiedza Powszechna, 1974(reedycja)

 T.Jodełka, Polska poezja maryjna. Antologia. Niepokalanów 1949, Nakładem Centrali” Milicji Niepokalanej.

 F.Kotula, Przeciw urokom. Wierzenia i obrzędy u Podgórzan, Rzeszowiaków, Lasowiaków, Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1989,

 K.Kwaśniewicz, Zwyczaje doroczne górali podhalańskich, wczoraj i dziś,

Nowy Sącz, Sądecka Oficyna Wydawnicza , 1996

 B.Ogrodowska, Zwyczaje, obrzędy i tradycje w Polsce. Mały Słownik, Warszawa, Verbinum, 2000, 2001

 taż, Święta polskie. Tradycja i obyczaj, Warszawa, Alfa Vero, 1996, 2000.

 taż, Radość wszelkiego stworzenia. Rzecz o Adwencie i Bożym Narodzeniu. Historia. Tradycja. Obyczaj polski. Warszawa, Verbinum, 2008

 Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Biblia Tysiąclecia, Poznań, Wydawnictwo Pallotinum, 1980

 T.Syczewski, ks, Zwyczaje, obrzędy i wierzenia okresu Adwentu i Bożego Narodzenia w regionie nadbużańskim, (rozprawa habilitacyjna) Drohiczyn, Drohiczyńskie Wydawnictwo Diecezjalne, 2002  

 B.Stelmachowska, Rok obrzędowy na Pomorzu, Toruń 1935

Zaleski SDB, Rok kościelny, Warszawa, Wydawnictwo Salezjańskie 1989

PHOTO by Jarosław Pocztalski

Relacja z listopadowego wyjścia z warszawskim KZJ

Malczewski_wigilia_na_syberiiUpłynęło dużo czasu a Wy nie otzymałyscie ode mnie relacji z ” listopadowego wyjścia z KZJ-em” na slajdowisko ” Syberia- śladami polskości”.
Jak zapewne już nie pamiętacie spotkanie odbyło się 20 listopada 2014 r. w salce akademickiej w kościele św. Krzyża w Warszawie. Na spotkanie przybyło jednak jedynie 5 osób. Same seniorki. A jest czego żałować. Spotkanie poprowadziła tłumaczka i globtroterka, moja koleżanka, p. Agnieszka Bartosiak.
Opowiadała o swojej, planowanej z grupą przyjaciół, miesięcznej podróży po Syberii i Mongolii. Opowiadała o swoich spotkaniach z mieszkającymi tam Polakami. Pokazywała miejsca ich pobytu. Wymieniała dokonania. A wszystko przekazywała piękną polszczyzną.
Były także elementy artystyczne jak chociażby prezentacja znanego obrazu Jacka Malczewskiego „Wigilia na Syberii” z jednoczesnym podkładem piosenki Jacka Kaczmarskiego zainspirowanej tym obrazem.
Ale nie wszystko stracone! Jeśłi Basia Ciszewska potwierdzi swoją zgodę, to 6 lutego 2015 r. po Mszy św. na Kabatach w I piątek miesiąca p. Agnieszka przedstawi slajdowisko ” Biały Dach Czarnej Afryki”.
Do zobaczenia!
Iza Gomza