Dom szymanowski w mojej pamięci (lata pięćdziesiąte)

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), dla koleżanek Hanka 🙂 (matura 1957)

265W latach pięćdziesiątych szkoła i internat mieściły się w jednym budynku z dobudowanym przez siostry skrzydłem wschodnim. Najstarsza część to dawny pałac Lubomirskich, w której mieściła się szkoła. Na parterze, za szklanymi drzwiami była kaplica i kilka cel sióstr, w tym ogólnodostępna cela przełożonej, na piętrze zaś internat. Skrzydło zachodnie, objęte w całości klauzurą, zajmował klasztor.

Goście wchodzili zwykle głównym wejściem na dolny hall z posągiem Matki Boskiej, zawsze przystrojonym kwiatami. Po lewej stronie znajduje się malutki pokoik z telefonem – dyżurka siostry furtianki, po prawej – rozmównica, czyli parlatorium, reprezentacyjny salonik dla oficjalnych gości. Na ścianach wiszą portrety obydwu założycielek, po środku stoi masywny stół z ciemnego dębu. Na bocznym stoliku leżą albumy z fotografiami i księga pamiątkowa. Obok pomieszczenia z telefonem przyciągają uwagę pięknie utrzymane dębowe schody z rzeźbionymi balustradami. Wisi nad nimi tablica pamiątkowa, poświęcona papieżowi Piusowi XI, który jeszcze jako nuncjusz apostolski Achilles Ratti wizytował kiedyś klasztor. Po tych schodach uczennicom nie wolno było chodzić – oficjalnie dlatego, żeby nie „bezcześcić schodów, po których stąpał papież”. Do dziś nazywa się je „świętymi schodami”. Oczywiście bajeczkę tę wymyślono na użytek kilkunastoletnich smarkul po to, aby oszczędzić zabytek. Nie przetrwałby długo, gdyby jak dzień długi przetaczał się przez nie tabun dziewcząt. Ten akurat zakaz łamałyśmy naprawdę tylko w drodze wyjątku.

Pod „świętymi schodami”, tuż przy dzwonie zakonnym, jest malutkie pomieszczenie, w którym obecnie jadają bardziej zadomowieni goście – tacy jak dawne uczennice. Wtedy była to apteczka zakonna, królestwo s. Boromei. Pachniało tam ziołami i różnymi tajemniczymi miksturami, na które każdy klasztor ma własne przepisy. Obok mieściły się dwa refektarze, przedzielone zmywalnią. Biały, o którym już była mowa, obecnie zmienił przeznaczenie – internat jada w nowym budynku. Drugi, zwany „czarnym”, to piękna zabytkowa sala, wyłożona w całości ciemnym drewnem. Na jednej ze ścian wisi kopia „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci. Tutaj przy takich samych prostych stołach jak w „białym”, tylko z ciemnego drewna, jadały starsze klasy. To zdecydowanie najpiękniejsze miejsce w całym klasztorze przeznaczone jest już wyłącznie dla gości. Obydwa refektarze przedzielone były małym pomieszczeniem, gdzie wydawano potrawy, a później wycierano umyte w przylegającej zmywalni naczynia.

Zaraz za „białym” refektarzem znajdowała się sala rekreacyjna, połączona drzwiami z niżej położoną salą gimnastyczną. Stały tam tylko krzesła (pod ścianami) i wielki koncertowy fortepian, ale największą ozdobę stanowił piękny marmurowy kominek. Odbywały się tu wieczorne rekreacje, przedstawienia, koncerty itp. Sala gimnastyczna – znacznie wyższa, bo na obniżonym poziomie (dziś już nie istnieje, jest tam teraz wejście do tunelu prowadzącego do drugiego budynku) – miała ogromne matowe okna na całą wysokość ściany, osłonięte siatką, aby można było bezpiecznie grać w piłkę. Poza lekcjami wuefu odbywały się tu apele szkolne, tam też przyjmowało się rodziców podczas comiesięcznych odwiedzin. Po drugiej stronie korytarza mieściły się dwie klasy szkolne, pokój nauczycielski i gabinet s. dyrektorki. Za salą gimnastyczną była jeszcze tzw. „skośna salka” albo po prostu „skośniak”, która swą nazwę zawdzięczała załamaniu budynku. Pełniła ona rolę szatni. Tu trzymało się wierzchnie okrycia i buty (na specjalnych, oznaczonych numerami półeczkach). Tylko tędy wolno było wychodzić do ogrodu. W skośnej salce stało jeszcze pianino do ćwiczeń. Czasem kryły się za nim „palaczki” lub inne przestępczynie, które uciekły z obowiązkowego studium. Dolny korytarz kończył się drzwiami do części kaplicznej. Do kaplicy prowadziło też oddzielne wejście wprost z parku, przez przedsionek z wielkim krzyżem. Pod tym krzyżem wystawiano zwykle otwarte trumny ze zmarłymi siostrami – za mojego pobytu zdarzyło się to trzy razy.

Przed drzwiami do kaplicy znajdują się jedyne schody przeznaczone dla uczennic. U ich wylotu na górze korytarz załamuje się po niewielkim kątem. Wzdłuż jednej części ciągnęły się po obu stronach rzędy szafek. Były tu dwie wielkie sypialnie dla młodszych klas. Dziesiąta (przedostatnia) klasa miała już prawo do mniejszych 8-10 osobowych, z których jedna wychodziła na długi, ciągnący się wzdłuż całego skrzydła balkon. Klasa jedenasta (maturalna) wprowadzała się do tzw. „budek”. Ogromna sala w kształcie litery L, zajmująca cały koniec skrzydła, podzielona była na drewniane boksy ze wspólnym korytarzem. W ten sposób każda z dziewcząt miała swój „pokoik”. Żeby zrozumieć, co to dla nas znaczyło, trzeba sobie uświadomić, że mało która z nas mogła wtedy marzyć o własnym pokoju w rodzinnym domu. W każdej budce oprócz łóżka znajdowała się narożna umywalnia z miednicą, malutka nocna szafka i przymocowane do ścianki, opuszczane siedzisko. Budki nie miały drzwi; wejście zasłaniały takie same plisowane zasłonki jak w „pokoikach” do mycia. Rano należało je złożyć według kantów, związać i przewiesić przez pręt. Wnętrze mogłyśmy urządzić po swojemu, ale w zasadzie sprowadzało się to do jakichś fotografii czy maskotek na szafkach oraz lusterek. W drewniane ścianki w zasadzie nie wolno było wbijać gwoździ, ale jakiś jeden przeważnie już tam tkwił. Kapa na łóżku – tylko biała, dopiero po latach siostry zgodziły się na kolory. Mimo tych wszystkich rygorów budki były spełnieniem marzeń. Tęskniło się do nich przez całe trzy lata stadnego życia. Wprawdzie nie wolno było przebywać tam w ciągu dnia, ale w miarę jak zbliżała się matura, siostry stawały się bardziej pobłażliwe. Przydział budek odbywał się za pomocą losowania, ponieważ najbardziej pożądane były te z rzędów zwróconych do okien, a nie do drzwi. Po pierwsze mieszkało się dalej od wejścia, po drugie zaś miało się dostęp do światła dziennego, co umożliwiało czytanie, czasem nawet naukę. O żadnych nocnych lampkach nie mogło być mowy, ale gdy z wiosną dni się wydłużały, w dobrze położonej budce bywało nawet o ósmej dostatecznie widno. Ja z początku miałam pecha – przypadła mi jedna z dwóch najgorszych budek, na wprost drzwi. Po paru miesiącach jedna z dziewcząt zrezygnowała z internatu i zwolniło się wspaniałe miejsce w drugim rzędzie przy oknie. Ciągnęłyśmy o nią losy z Elą Świerczewską – i tym razem wygrałam! Do dziś pamiętam to uczucie szczęścia, jakie mnie wtedy ogarnęło.

To wszystko jednak działo się dopiero w maturalnej klasie, teraz miałam dla siebie tylko łóżko we wspólnej sali i dwie szafki do spółki z koleżanką – na korytarzu i w umywalni. Korytarz z szafkami rozszerzał się w pewnym miejscu tworząc coś w rodzaju hallu z dużym oknem. Wisiało tu wielkie lustro – jedyne w całym internacie, przed którym wszystkie czesałyśmy się. Po obu jego stronach znajdowały się drzwi do ubikacji, oficjalnie zwanych „biletami”, a potocznie „hipami”. Pierwsza nazwa narodziła się jeszcze w Jazłowcu, gdzie ubikacje mieściły się w odległej części budynku i aby się tam udać, należało wziąć od siostry „bilet” – coś w rodzaju przepustki. Natomiast skąd się wzięły hipy, zupełnie nie mam pojęcia, ale tego niewinnego słówka nie wypadało używać w rozmowie z siostrami: taki folklor. Jeden z owych hipów, specjalnie przez nas ceniony, miał okno. Nocą był z niego piękny widok na park, szczególnie gdy świecił księżyc, stąd też nazwałyśmy go „księżycowym”. „Księżyc ma ten styl pracy, że wschodzi, no i świeci”, jak powiada poeta. Skoro świeci, to i pogapić się miło (nareszcie w samotności!), a poza tym, przy dobrych chęciach dawało się w jego świetle czytać. Przed ważniejszymi klasówkami „księżycowy” bywał więc dosłownie okupowany. Pamiętam, że uczyłam się w nim kiedyś – wyłącznie dla przyjemności – wstępu do „Grażyny”. Bo „na dole tuman, a miesiąc wysoko”… No, krótko mówiąc, po prostu był tam nastrój. I kiedy po czterdziestu latach naprawdę stałam przed ruinami „zamku na barkach nowogródzkiej góry”, przed oczami miałam właśnie nasz „księżycowy”…

W ostatniej części korytarza, tuż przed sypialnią z budkami, znajdowała się apteczka dla uczennic i tzw. „prysznic”. Prysznic, jak sama nazwa wskazuje, to pomieszczenie do mycia, tyle, że nie było w nim żadnego natrysku. Operacja „wieczorne mycie” miała przebieg bardzo złożony. Najpierw szło się z miednicą po ciepłą wodę do owego „prysznica” właśnie. Tam dyżurna nalewała każdej dziewczynce przydział wody z wanny, służącej za zbiornik. Czemu nie z kranu? Naprawdę nie wiem, musiał jednak być jakiś powód. Wanna ta nigdy nie była wykorzystywana do kąpieli. W tym samym pomieszczeniu urządzono za zasłonką kącik do mycia intymnych części ciała  oraz oddzielne stanowisko do mycia nóg. Nazwa „prysznic” wzięła się prawdopodobnie stąd, że kiedyś rzeczywiście istniało tam owo urządzenie, o czym świadczyła stojąca w kącie pordzewiała, archaiczna kabina.

Ponieważ budkę do mycia w „pokoiku” dzieliło się z koleżanką, należało się z nią dogadać co do pierwszeństwa. Gdy jedna korzystała  z miednicy, druga myła przy zlewie zęby albo w „prysznicu” resztę. Wszystko przebiegało w zasadzie bez zakłóceń, a co najważniejsze – system ów umożliwiał dokładne umycie całego (no, prawie całego) ciała. Ponieważ kąpiel była wówczas niedostępna, od czasu do czasu odbywała się „łapanka” na mycie pleców przez siostrę. Dlatego „łapanka”, że tylko nieliczne z nas poddawały się z temu zabiegowi bez przymusu. Na ogół każda wykręcała się, jak mogła, i to wcale nie z braku zmiłowania do czystości. Po prostu prawie wszystkie okropnie wstydziłyśmy się obnażania nawet do tylko do pasa i uważałyśmy to za straszliwe pogwałcenie naszej intymności.

Na wysokości holiku z lustrem znajdowało się jeszcze tajemnicze wewnętrzne okienko, przez które można było wejść na kręcone schody wiodące do piwnic. Chodziło się tamtędy do mycia głów albo do obierania kartofli, co zawsze odbywało się w podziemiach.

Jednym z najważniejszych miejsc na terenie internatu była cela siostry mistrzyni, czyli głównej wychowawczyni, dostępna dla nas o każdej porze dnia. Na jej drzwiach wisiała duża kieszeń na korespondencję – wszystkie listy napisane przez uczennice mogły opuścić klasztor tylko tą drogą, po kontroli przez siostrę. Tak samo korespondencję przychodzącą do nas otrzymywałyśmy w otwartych kopertach. Z tej kontroli były zwolnione tylko listy do i od rodziców, do dalszych krewnych już nie. Nie sądzę, żeby mistrzyni rzeczywiście miała czas na czytanie wszystkich naszych epistoł. Prawdopodobnie doskonale wiedziała, kiedy może to sobie darować. Trzeba jednak przyznać, że korespondencji prywatnej nigdy nie  omawiano publicznie i cała ta cenzura odbywała się nadzwyczaj dyskretnie, a konieczna była nie tylko ze względów wychowawczych, ale i z uwagi na bezpieczeństwo klasztoru, nieustannie obserwowanego przez UB.

Do kieszeni na drzwiach wrzucało się też karteczki z prośbą o rozmowę w cztery oczy. Niektóre dziewczynki krępowały się zwracać o to bezpośrednio i siostra to rozumiała. Mimo nawału zajęć zawsze znajdywała czas dla potrzebujących.

W drugim końcu korytarza mieściła się szkoła: klasy, pracownia fizyczno-chemiczna, biblioteka z radiem (później – już nie za moich czasów – z telewizorem) Rolę forum pełnił piękny hall z kominkiem, na który z dołu prowadziły „święte schody”. Za tym hallem była już w zasadzie klauzura, ale przed wejściem do części ściśle zakonnej  urządzono infirmerię – izolatka dla chorych. Wchodziły tam tylko siostry i te z uczennic, które zakwalifikowały się do leżenia. Nie wiem, jak dla kogo, ale dla mnie były to bramy raju. Stawałam na uszach, żeby je sforsować, niestety udało mi się to zaledwie dwa czy trzy razy, i to na krótko. Nie pomogło zdejmowanie płaszcza na zaśnieżonych łąkach za Pisią ani inne równie mądre zabiegi. W maturalnej klasie jednak dostałam pozwolenie na wyjazd do domu z powodu uroczystości rodzinnej. I tam właśnie dopadła mnie straszna, długa angina. Do dziś pamiętam, jak bardzo czułam się wystrychnięta na dudka przez podły los. Dlaczego uważałam infirmerię za taki raj? A no po pierwsze dlatego, że leżały tam do dyspozycji chorych przedwojenne roczniki „Iskier” – przedmiot mojego pożądania po dziś dzień. Po drugie zaś, było się tam traktowanym tak, jak powinno się traktować pacjentów w szpitalach. Biedne, chore dzieci. Trzeba im przynieść coś dobrego. Trzeba je odwiedzić i opowiedzieć jakąś historyjkę. Więc zaprzyjaźnione siostry, po drodze za klauzurę, wpadały na dłużej lub krócej, przynosząc liściki od przyjaciółek, które nie miały tam wstępu. Po trzecie… no cóż, można się było wyspać. I miało się do dyspozycji prawdziwą łazienkę, chociaż z wanny nie wolno było korzystać. Poza tym wszystkim, ktoś mądry powiedział kiedyś, że prawdziwe wakacje są wtedy, kiedy wszyscy inni pracują. Coś w tym musi być.

W klasach stały ławki pamiętające jeszcze przedwojenne czasy. Żadne tam stoliki i krzesełka, tylko pulpity z blatami pod odpowiednim kątem, pod którymi trzymało się książki i przybory szkolne. Wszystko musiało się zmieścić – nie miałyśmy żadnych dodatkowych szafek czy schowków. W ten sposób tracił rację bytu odwieczny szkolny wykręt „zapomniałam zeszytu”.

W zasadzie budynek był jednopiętrowy (nie licząc piwnic i strychu). Ale istniało też poddasze, czyli tzw. „malarnia”. Malarnia to – jak sama nazwa wskazuje, pracownia biologiczna, choć z powodzeniem nadawała się do zajęć plastycznych i dawniej rzeczywiście służyła do tego celu. Wchodziło się tam po kręconych, żelaznych schodkach z górnego korytarza. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że było to jedyne wejście i niechby tak wybuchł pożar… Przed drzwiami pracowni za drewnianym przepierzeniem urządzono malutki pokoik. Mieszkała w nim pani Julia Kazimierczak – zabytek w ludzkiej postaci. Wyglądała jak prawdziwa guwernantka z książek: zasuszona, z siwym koczkiem, w drucianych okularkach. Wychowana we Francji w zakładzie Saint Casimir dla dzieci polskich uchodźców, uczyła kiedyś w szkołach niepokalańskich francuskiego i teraz też dawała lekcje, ale indywidualne. Byłam razem z Elżbietą Turowicz jej uczennicą i bardzo ją lubiłam. Później przeniesiono ją chyba do innego domu, a pokoik służył tym z dawnych uczennic, które przyjeżdżały na dłużej w jakimś konkretnym celu. Mieszkałam w nim kiedyś i ja, gdy już na studiach udzielałam uczennicom korepetycji.

Sama malarnia była idealnym miejscem dla miłośniczek wszelkiej żywotyny. Miały tam papużki, chomiki, świnki morskie, białe myszki, złote rybki i paskudne patyczaki. Tych ostatnich strasznie się brzydziłam. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapaszek i tylko to jedno pomieszczenie w całym klasztorze nie było nigdy wysprzątane „na błysk”. W pogodny dzień mogłyśmy wychodzić stamtąd na duży balkon w zagłębieniu dachu i studiować uwiecznione tam podpisy wszystkich pokoleń wychowanek niepokalańskich. Do malarni przylegał strych – tam jednak wstęp był surowo wzbroniony. Razem z Izą i jeszcze dwiema koleżankami spenetrowałyśmy go jeszcze w ósmej klasie, ale nie znalazłyśmy niczego interesującego. Cała przyjemność z tej wyprawy polegała na rozkoszowaniu się zakazanym owocem, pożywianiu się przeszmuglowanymi z refektarza przysmakami i snuciu domysłów na temat zawartości tajemniczych, zamkniętych szczelnie skrzyń.

O wiele więcej wrażeń dostarczyły nam piwnice, ciągnące się przez całą długość budynku. Z korytarza piwnicznego można było nawet wyjść do parku, tylko drzwi znajdowały się już za klauzurą. Legalnie – jak już wspomniałam – chodziło się tam tylko z dwóch powodów: do obierania ziemniaków i mycia głów. Ta ostatnia atrakcja odbywała się mniej więcej raz w miesiącu, jako że obowiązywał wtedy pogląd, iż częste mycie szkodzi włosom. Głowy myło się nad przygotowanymi wcześniej baliami i płukało wodą z dzbanka. Używało się do tego celu zwykłego mydła, a do płukania siostry dolewały trochę octu. Czasem jednak któraś z dziewcząt przywoziła z domu nowy rewelacyjny środek zwany „szamponem”, po którym włosy dawały się łatwo i szybko rozczesywać. Z czasem szampony się upowszechniły, ale długo nie słyszało się o różnych jego gatunkach. Regularnie sprawdzano nam też głowy, bo w takim zbiorowisku przypadki wszawicy nie należały do rzadkości.

W piwnicach mieściły się też składy brudnej bielizny, pralnie, prasowalnie itp. Tam nie miałyśmy wstępu, ale czasem udało się wśliznąć. Po co? No jak to, po co. Żeby obejrzeć, co naprawdę noszą te zakonnice, a nawet przymierzyć dziwną konstrukcję, którą osłaniają głowę, zostawiając tylko trójkąt twarzy. Potocznie mówiło się na to „namordnik”. Jak też im się udaje wykrochmalić kołnierz tak, że wygląda jak wycięty z kartonu? I czy noszą zwykłe majtki czy jakieś starożytne pantalony? Ale słuchajcie, ponoć jak się przymierzy welon, to się wstąpi do klasztoru! Hi hi, naprawdę?! Oj, lepiej stąd już chodźmy, bo jeszcze nas nakryją…

Park szymanowski był dostatecznie rozległy, by sprostać potrzebom licznych mieszkanek klasztoru i zapewnić im codzienny spacer. Nie wszędzie pozwalano nam chodzić. Wzdłuż całego ceglanego muru, ciągnącego się od południa i wchodu, biegła tzw. „księża alejka”, przeznaczona dla księdza kapelana, który chciał w spokoju i samotności odmawiać swój brewiarz, nie natykając się co krok na rozchichotane panny. Od zachodu park przechodził w tzw. „gospodarstwo” – odwiedzane przez nas dość rzadko. Trzymano tam trochę drobiu i zwierząt na potrzeby domu – krowy, konie do bryczki, dwa urocze osiołki o imionach Fraszka i Pinokio, które zaprzęgano do wózka gospodarczego – wożono w ten sposób mleko, jarzyny z ogrodu do kuchni itp. Wśród starych zabudowań była też stara wozownia, a w niej prawdziwa kareta z pluszową kanapą mocno nadgryziona zębami nie tylko czasu, ale pewnie i myszy. Przez teren gospodarstwa przechodziło się do mostku na Pisi (mówiło się nie „Pisia”, tylko „Pizia”), a stamtąd na łąki i dalej, do lasu, gdzie wyprawiałyśmy się czasem w niedzielne popołudnia w zorganizowanych grupach. Czwartą – naturalną – granicę stanowiła Pisia, atrakcyjna tylko widokowo, ponieważ stale zatruwały ją ścieki z pobliskiej garbarni czy mleczarni. Fetor, który roztaczała rzeczka, wystarczał, by trzymać nas od niej w bezpiecznej odległości.

Główny deptak parku stanowiła szeroka aleja wysadzana starymi drzewami – klonami i platanami, których korony stykały się z sobą, tworząc zielone, a jesienią złote sklepienie. Ciągnęła się od pałacu aż do Pisi. Jedna z odnóg alei prowadziła do grobowca zakonnic. Była to stała trasa spaceru zarówno sióstr, jak i uczennic. Jakoś same nogi niosły nas do tej starej budowli, kryjącej w swych murach ułożone piętrowo trumny zmarłych zakonnic. Czemu nie chowano sióstr w ziemi? Prawdopodobnie ze względu na podmokły teren – rzeka płynęła tuż obok. Zwłaszcza latem unosił się tam dość przykry zapaszek, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Grobowiec składał się wówczas z dwóch części – starsza miała dach, nowsza, przylegająca do niej była otwarta. Stał tam przepiękny drewniany świątek – Pan Jezus Frasobliwy – dłuta siostry Tadei. Po wielu latach ktoś go ukradł.

Południową część parku – tę przed frontonem pałacu – przeznaczono w zasadzie dla sióstr, ale jeśli zachowywałyśmy się cicho, nikt nas stamtąd nie przepędzał. W jednej z poprzecznych alejek rosły cudowne dubeltowe bzy – białe i we wszystkich odcieniach fioletu. W okresie ich kwitnienia ogromne bukiety zdobiły kaplicę, stały też przy Matce Boskiej w dolnym hallu. Na zawsze zapamiętałam zapach bzu, zmieszany z wonią kadzideł na majowych i czerwcowych nabożeństwach.

Poza dekoracyjnymi krzewami siostry nie uprawiały wówczas ozdobnych roślin. Czasy były ciężkie i reprezentacyjna część parku musiała zmienić się w warzywnik, chociaż kapusta i kartofle przed reprezentacyjnym frontonem bardzo raziły, podobnie jak truskawki rosnące na tyłach, przy zabytkowej fontannie (dar hr. Łubieńskiego dla narzeczonej, Tekli Bilińskiej).

Jak już wspomniałam, z domu mogłyśmy wychodzić tylko przez skośną salkę. Chodziło oczywiście o to, żeby nie wybiegać bez okrycia i zmieniać buty. Drzwi zewnętrzne prowadziły na długi taras (ten sam, z którego prowadziło bezpośrednie wejście do przedsionka kaplicy), stamtąd po paru stopniach zbiegało się do ogrodu.

Przed samym domem, od północnej strony, urządzono boisko do szczypiorniaka (w głębi parku kryło się drugie – do siatkówki, teraz są tam korty tenisowe). Na jego skraju rósł olbrzymi kasztan. Ustawione pod nim ławeczki były ulubionym miejscem na różne pogwarki, tam też zbierała się publiczność meczów szczypiorniakowych. Niestety któregoś lata piorun rozłupał nasze ulubione drzewo – został z niego tylko marny kikut. Z okien i tarasów na tyłach domu rozciągał się widok aż na łąki; dzięki mądrze zaplanowanemu parkowi stare drzewa nie zacieniały okien i w domu zawsze było jasno.

Na terenie klasztoru stał jeszcze jeden budynek o kilku wejściach, z których jedno znajdowało się za furtą. W zafurtowej części, tam gdzie dziś pokoje gościnne, mieszkały świeckie nauczycielki – dwie na stałe, inne dojeżdżały na kilka dni w tygodniu. Tam też nocowali panowie – goście klasztoru. Drugie wejście – już w obrębie klasztoru – prowadziło do tzw. „Szymanówka”, internatu dla małych dziewczynek, których rodziny miały powiązania z niepokalankami. Przeważnie każda z nich znajdowała się w jakiejś skomplikowanej sytuacji życiowej, co zwykle łączyło się z czasami stalinowskimi, ale o tym się nie mówiło. Dziewczynki te uczyły się w podstawówce na wsi i zajmowała się nimi s. Amata. Niektóre trafiały później do „dużego” internatu.

Na końcu tego budynku znajdowała się plebania – siedziba księdza Stanisława Deskowskiego z oddzielnym małym ogródkiem. Dopiero w X klasie zorientowałyśmy się, że cichy asceta, przed którym uciekałyśmy z alejki pod murem, bardzo lubi odwiedziny uczennic. Wraz z paroma koleżankami zaczęłyśmy więc bywać na plebanii – zawsze zaopatrzonej przez siostry w jakieś łakocie, którymi gościnny gospodarz szczodrze nas częstował.

 

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s