Najnowszy kurierek już gotowy

Tym razem zaskoczymy Was wielką różnorodnością treści:

  1. Życzenia wielkanocne od Prezeski KZJ
  2. Terminarz zjazdów wychowanek w Szymanowie
  3. Dla starszych koleżanek- informacja o darmowym i szalenie praktycznym poradniku
  4. WspomnieniKominki z sIrmą i II LO (1)a z Szymanowa: z lat 50siątych, 60siątych i 80siątych, a w nich:
    1. Pamiętacie ‘kominki’, ‘imieniny klas’? A może wolicie przypomnieć sobie godzinowy rozkład dnia? – wspomnienia z lat 80siątych
    2. Pani Kozłowa– wspomnienia z lat 80siątych
    3. Inscenizacja ‘Lalkina lekcji języka polskiego z Panią Agnieszką Nagalską- – wspomnienia z lat 80siątych
    4. Szkolne porządki w latach 60siątych
    5. Początki edukacji u Niepokalanek w latach 50siątych

Żeby pobrać Kurierek- kliknij tutaj: Kurier KZJ nr19_ luty2016_internet

I gwoli wyjaśnienia, dlaczego zamieszczamy w Kurierku teksty już wcześniej opublikowane na naszej www. Sprawa jest prosta: Kurierek czytają nasze nie-internetowe koleżanki. Otrzymują go w formie wydrukowanej na drukarce. Koszty pokrywa KZJ, choć budżet mam nader skromny. Jeśli więc możecie- wesprzyjcie proszę drukowanie Kurierka dla starszych koleżanek. Nawet drobna wpłata to piękny dar:

Konta Bankowe: Koleżeńskie Zjednoczenie Jazłowieckie,  WBK III o.Warszawa nr

78 109010430000000005001931  (wpłacając można zaznaczyć na co)

W rozliczeniach transgranicznych Numer IBAN: PL78109010430000000005001931
Kod BIC (SWIFT) Banku Zachodniego WBK SA: WBKPPLPP
Reklamy

PORZĄDKI SZKOLNE, (z pamiętnika ósmoklasistki) 17.XII.1965 piątek

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Grażyna Gorecka, Szymanów 1965-1969

Na tablicy ogłoszeń ukazuje się wywieszka, na której napisane jest co nas czeka. A więc w piątek porządki szkolne. Ja będę w grupie sprzątającej klasę. Podobno będzie cudnie, bo pilnuje nas siostra Marta. Lekcje są 40 min., – szybko się kończą . Rekreacji nie ma. 15.30 rozpoczynamy porządki. „Marciszka” wyznacza, co która z nas sprząta. Ja z Basią Cieślak szoruję piec i wszystkie drzwi.  Piec, jak piec – wielkie to od podłogi do sufitu, a wyszorować go trzeba porządnie. Do roboty zabieramy się dosyć energicznie. Podstawiamy stół, na to ze 6 stołków – jednym słowem włazimy na piec. Pracowałyśmy z największym zapałem, a siostra chodziła i albo chwaliła, albo ganiła. Muszę przyznać, że siostra Marta jest bardzo pracowita, robiła za trzech, wszędzie jej było pełno. Chciałabym być taka pracowita, ale aby tego dopiąć trzeba dużo pracować nad sobą. Ale teraz to nie pracuję nad sobą, lecz nad piecem ! Gdy nasz piecuś był skończony, my byłyśmy oblane potem i oblepione brudem. Poszłam poprosić siostrę żeby sprawdziła. Pewna byłam, ze nas wychwali pod niebiosa, bo rzeczywiście wyszorowałyśmy porządnie, ale siostra powiedziała bardzo oględnie i bez entuzjazmu „powinno być czysto zrobione – weźcie się teraz za drzwi!”. Te też zrobiłyśmy porządnie. W połowie pracy dzwonek. Hurra! Podwieczorek! Z wielkim wrzaskiem zleciałyśmy do refektarza – brudne, rozczochrane, z rozpalonymi twarzami i świecącymi oczami, w fartuchach. Gdyby ktoś z boku oglądał nas to by pomyślał – oszalały dziewczyniska. Na pierniki rzuciłyśmy się jak zgłodniałe wilki. Po podwieczorku pracowałyśmy dalej. Nasza klasa była już na etapie pastowania. Siostra Marta powiedziała, że  mogę odpocząć, bo solidnie pracowałam. Początkowo ociągałam się, ale ostatecznie… mogę odpocząć! A jednak doceniła mój wysiłek. Po godzinie zebrałyśmy się wszystkie na sali gimnastycznej na apel sprawozdawczy z porządków. Nasze „opiekunki” ze starszej klasy zdawały raport. Publicznie pochwalona została Basia Cieślak, Halinka Iwaniuk i ja (oczywiście biorąc pod uwagę tylko naszą grupę). Na koniec siostra Irena ostrzegała, żebyśmy się tak nawzajem nie wychwalały, bo z dumy nie będzie miał kto jutro sprzątać. Grażyna Gorecka, Szymanów 1965-1969

Na nowej drodze życia- lata 50-siąte

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), dla koleżanek Hanka 🙂 (matura 1957)

Był rok 1953. Moja edukacja w szkole podstawowej w Podkowie Leśnej dobiegała końca. Z różnych względów, wśród których przeważyła tradycja kształcenia dziewcząt z mojej rodziny w szkołach zakonnych, ojciec z macochą zdecydowali, że najlepiej będzie, jak spróbuję dostać się do Szymanowa, do liceum sióstr niepokalanek. Miałam 13 lat i od dawna moją ulubioną lekturą były stare powieści o panienkach wychowywanych na pensji, więc do propozycji odniosłam się z wielkim entuzjazmem, tym bardziej, że stosunki w domu nie układały mi się najlepiej.

W tamtych czasach, aby dostać się do szkoły tego rodzaju, nie wystarczały dobre wyniki egzaminu wstępnego i dobre stopnie na świadectwie. Siostry musiały dokładnie wiedzieć, kogo przyjdzie im przyjąć pod swój dach, ze względu na ciągłe próby infiltracji przez UB. Ja byłam w o tyle dobrej sytuacji, że wstawili się za mną ojcowie franciszkanie z Niepokalanowa, z którymi mój ojciec od dawna współpracował, więc bywali częstymi gośćmi w naszym domu. Znacznie później okazało się, że trzy moje ciocie z którymi wskutek perturbacji rodzinnych nie miałam wówczas kontaktu, wychowywały się w Jazłowcu, gdzie ss. niepokalanki miały przed wojną swój macierzysty dom.

Nauka nie sprawiała mi trudności, ale nadmierną pilnością nigdy nie grzeszyłam, toteż mimo bardzo dobrze zdanych egzaminów końcowych (wtedy po VII klasie zdawało się egzaminy z kilku przedmiotów) na świadectwie miałam trzy trójki (chemia, rysunek i śpiew). Egzaminu wstępnego nie bałam się zupełnie: szkoła w Podkowie miała przeważnie znakomitych przedwojennych nauczycieli. Byłam tylko ogromnie ciekawa, jak to będzie i jak ten cały klasztor wygląda.

W oznaczonym dniu wysiedliśmy z ojcem na małej stacyjce z figurą Matki Boskiej i udaliśmy się najpierw do Niepokalanowa, gdyż ojcowie franciszkanie obiecali wypożyczyć nam rowery. Wieś Szymanów, w której położony jest klasztor ss. niepokalanek, jest oddalona od stacji kolejowej o tej samej nazwie o 6 kilometrów, natomiast tuż przy za torami leży Niepokalanów – słynna, założona przez św. Maksymiliana siedziba franciszkanów. Oba klasztory zachowują dobrosąsiedzkie stosunki, ale wiele osób myli zbieżność nazw „niepokalanki” i „Niepokalanów”.

Przyjaciel ojca, brat Wawrzyniec Podwapiński, wydał nam obiecane rowery. Pogoda była piękna. Jechaliśmy mało wtedy uczęszczaną tłuczniową drogą najpierw wzdłuż ściany lasu, potem wśród typowych mazowieckich pól. Wkrótce odsłonił się widok na białą wieżę kościoła, górującą nad zielonymi łąkami, przeciętymi wąską rzeczką Pisią. Za mostkiem zaczęły się zabudowania wiejskie. Po prawej stronie zobaczyłam wysoki ceglany mur, okrążający wielki park klasztorny. Sam klasztor ukryty był za drzewami i ukazał się naszym oczom dopiero po przekroczeniu furty. Rety, to przecież prawdziwy pałac! Białe kolumny, pod szczytem tarcza z herbem, długi rząd wielkich okien. W przestronnym hallu, wyłożonym czarno-białymi płytkami stał duży posąg Matki Boskiej. Po załatwieniu formalności siostra w białym habicie i takim samym welonie prowadzi mnie do klasy pełnej dziewczyn. Razem ze mną zdaje koleżanka z równoległej klasy w Podkowie – Iza. Nie znałyśmy się dotąd zbyt dobrze, ale teraz postanawiamy trzymać się razem – zawsze to „rodaczka”.

Egzamin był tylko pisemny – z polskiego i matematyki. Z zadaniami musiałam mieć jakieś problemy, bo próbowałam skonsultować to i owo z Izą. Okazało się to niemożliwe.

– Ej, przyjaciółki, bo was rozsadzę!

Wyrosła przy nas postać w czarnym fartuchu i białym rurkowanym czepku, takim jak nasze prababki wkładały na noc. Duże błękitne oczy patrzyły życzliwie, lecz nieubłaganie. Należały do postulantki – panny Izy Gawlewicz. Za parę miesięcy zostanie siostrą Gizelą. Za trzydzieści parę lat będziemy współpracować przy pierwszym wydaniu przewodnika po sanktuariach maryjnych Z dawna Polski Tyś Królową.

Po egzaminie poszłyśmy z moją Izą na spacer po parku. Stwierdziłyśmy, że na niektóre drzewa da się wejść i siedzieć na ich gałęziach jak w wygodnym fotelu. Zaczynało mi się tu podobać…

Listę przyjętych wywieszono po paru godzinach – były na niej obydwa nasze nazwiska.

Lato upłynęło na przygotowywaniu wyprawy według wręczonego tuż po egzaminie spisu. Poczułam się ważna. Po raz pierwszy od czasu I Komunii Św. miałam otrzymać tyle nowych, specjalnie dla mnie kupionych rzeczy. A więc przede wszystkim pościel – materac, poduszkę, kołdrę, dwa komplety bielizny pościelowej, piękną białą kapę, dwa fartuszki szkolne z marynarskimi kołnierzami (białe siostry uznały za niepraktyczne), biała bluzka też z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica (niestety plisowana okazała się zbyt droga). Ciemny sweter pod fartuch. Strój gimnastyczny – zupełnie inny niż dotąd: granatowe spodenki, granatowa bluzka bez rękawów i króciutka spódniczka z tego samego materiału (bawełniana satyna albo błyszcząca podszewka taka jak na fartuch). Spódniczka! Taka jak do baletu? Oczywiście kloszowa, najlepiej z pełnego koła? Szaleństwo i hop-sa-sa? No, owszem, takie miała większość koleżanek, ale nie ja… Mitka (macocha) powiedziała, że nie starczy materiału i że to przecież nie ma znaczenia. Spódniczka będzie po prostu z czterech dość skąpych klinów. Poczułam się jak Ania z Zielonego Wzgórza, kiedy Maryla odmówiła jej bufiastych rękawów. Tylko mnie nie przyszedł z pomocą żaden Mateusz i nawet babcia nie zorientowała się, jak mi przykro. Bo rzeczywiście: tyle mi sprawiają, a ja tu jeszcze marudzę?

Bieliznę osobistą – trzy komplety: dwa ze sztucznego jedwabiu, jeden z białego płótna – szyła mi sąsiadka. Nie pamiętam czy ze względu na koszty czy raczej na złe zaopatrzenie sklepów, w każdym razie była nowa i ładna. Do tego dwie nowe piżamy i szlafrok. Codziennie coś przybywało. Dwie letnie sukienki – koniecznie w biało-granatowy wzór – musiały mieć rękawy co najmniej do łokci i zapięcia pod szyję. Płaszcz powinien być też granatowy, ale jeśli miało się już inny, to trudno. Obowiązkowy był tylko granatowy beret.

Na liście wypatrzyłam jeszcze jedną tajemniczą pozycję: 12 podpasek higienicznych albo zapas ligniny. Co to za jakieś podpaski? Mitka krótko i powściągliwie wyjaśniła mi, co mnie czeka w najbliższej przyszłości.

– I jak już to się stanie, masz zaraz powiedzieć siostrze mistrzyni.

No i uszyto mi 12 podpasek z tetry podbitej białą flanelką. Przypinało się toto na guziki do specjalnego paska. Wojowałam z tym urządzeniem przez wszystkie szymanowskie lata, bo dla mnie okazały się znacznie za cienkie i zwłaszcza z początku nie umiałam sobie poradzić, a zapytać się wstydziłam. Wrzucało się te rzeczy do jednego z drewnianych pojemników, pomalowanych na kolor merde i ustawionych w ubikacji (drugi przeznaczono na watę lub ligninę). Potem wszystkie podpaski siostry prały hurtem w maszynie, podobnie jak bieliznę. Pomyśleć tylko, że była nas ponad setka, a zakonnice też przecież kobiety…

Cała wyprawa, każda najdrobniejsza rzecz powinna być oznaczona moim numerem: 81. Mitka, która umiała pięknie haftować, ambitnie wyszyła mi oprócz numeru także monogram, specjalnie zaprojektowany przez ojca. Tam, gdzie nie dawało się wyszyć, na przykład na szczotkach do butów i ubrania ojciec wypalił mi numer i monogram albo wyrył (te szczotki służą mi do dziś!). Potem, już na miejscu, okazało się, że mam najpiękniej poznaczoną wyprawę, a monogramów nie miał w ogóle nikt. Wiele matek poznaczyło rzeczy po prostu tuszem, w dodatku niezbyt wyraźnie. Siostra Michalina, skrupulatnie przeglądając każdą sztukę garderoby, od razu odkładała na bok to, co wymagało poprawki.

Na dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego stoję przed furtką, nasłuchując warkotu ciężarówki, którą franciszkanie obiecali po mnie przysłać. Przy okazji miała się też zabrać Iza z mamą. To przecież cała przeprowadzka! Napięcie rośnie, nie mogę się już doczekać. Wreszcie – jest! Niczego, absolutnie niczego mi nie żal. Z radością panny młodej wstępuję na nową drogę. Może podświadomie przeczuwałam, jak mocno najbliższe lata odbiją się na całym moim późniejszym życiu i że nigdy już się od nich nie wyzwolę?

Jak już wspomniałam, zaczytywałam się wówczas literaturą dla tzw. „dorastających panienek”, między innymi książkami Lidii Czarskiej, ale znałam już także Emancypantki i Noce i dnie. Większość bohaterek oddawana była na pensję po śmierci matki, a że moja też już nie żyła, więc w jakiś sposób się z nimi utożsamiałam.

W podróży do Szymanowa – około 40 km – towarzyszyła mi cała rodzina, łącznie z czteroletnią przyrodnią siostrzyczką. Oczywiście siedziałyśmy z Izą na skrzyni ciężarówki, żadne pasy bezpieczeństwa wtedy nie obowiązywały. Ponieważ mało kto był odwożony samochodem, widok rozklekotanej ciężarówki z zakonnikiem za kierownicą przywołał na balkon pierwszego piętra całą bandę dziewczyn. Zapamiętałam Mariolę Burkot (wówczas z maturalnej klasy), która wydała mi się prawie dorosła. Było im bardzo wesoło i śpiewały jakąś skoczną piosenkę.

Przyjazd ósmoklasistek zorganizowany był perfekcyjnie. Operacja ta wymagała wytężonej pracy całego sztabu sióstr i starszych dziewcząt, które specjalnie, na ochotnika, przyjechały wcześniej, żeby pomagać. W następnych latach zawsze byłam wśród nich.

Żadna z nas – trzynasto- i czternastolatek – nie czuła się osamotniona. Każdą witano jak upragnionego gościa. Mistrzyni – ciemnooka siostra Ena o pociągłej twarzy serdecznie nas uściskała i skierowała na pierwsze piętro. Przez długi korytarz, pod którego ścianami ciągnęły się rzędy biało lakierowanych wąskich szafek, dotarliśmy do westiarni – obszernego pomieszczenia, gdzie na dużych stołach segregowało się czystą, upraną bieliznę. Teraz trafiły tam nasze bagaże.

Siostra Michalina wraz z szafirową siostrą Zenobią* poddały zawartość naszych walizek skrupulatnej rewizji. Sprawdzały według listy, czy jest wszystko, co być miało, czy każda rzecz ma wyraźny numer, ale także – czy nie ma czegoś niepotrzebnego, bądź zakazanego. Miejsca w szafkach na korytarzu było naprawdę niewiele. Każda z nich – przeznaczona dla dwóch dziewczynek – składała się z części górnej – z wieszakami – i dolnej – z dwiema półkami. Nowo przybyłe mieszkanki miały już z góry wyznaczoną szafkę, wystarczyło tylko odszukać wizytówkę z nazwiskiem.

W moim przypadku kontrola bagażu wypadła bez zarzutu. Siostra Michalina nie szczędziła słów zachwytu Mitce, która oczywiście puchła z dumy. Zresztą nie chodziło tylko o ilość rzeczy. Sprawdzano, czy np. sukienki nie mają zbyt dużych dekoltów, za krótkich rękawów itp. Najbardziej skrupulatnej kontroli podlegały książki. Poza podręcznikami szkolnymi każda książka wwożona na teren klasztoru musiała przejść przez ręce siostry mistrzyni, a już szczególnie tępiono kryminały i oczywiście romanse. Zresztą miałyśmy na miejscu świetnie zaopatrzoną bibliotekę.

Bieliznę osobistą i przybory toaletowe trzymało się w umywalniach zwanych „pokoikami”. Zaprowadziły nas tam starsze koleżanki. Po sprawdzeniu nazwiska na liście każda z nas trafiała pod opiekę z góry wyznaczonej uczennicy wyższej klasy. Tak zawarłam znajomość z Bożeną Szarlak, miłą blondynką o okrągłej buzi. „Pokoiki” były podzielone za pomocą plisowanych białych zasłonek na małe boksy. Po myciu zasłonki składało się w harmonijkę, związywało troczkami i przerzucało przez górny pręt, żeby się nie pobrudziły przy sprzątaniu. Ze wspólniczką od szafki na korytarzu dzieliło się też stanowisko do mycia, złożone z białej szafki o dwóch półkach i miednicy. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że nie trzeba się publicznie rozbierać. Myślę, że nie ja jedna się tego obawiałam…

Szafkę na korytarzu i umywalkę miałam dzielić z Elą Świerczewską (przydziały szły według listy), na razie jednak byłam sama – większość spodziewana była dopiero następnego dnia. Czas szybko mijał – nadeszła pora kolacji. Zebrano nas w jednej wielkiej jadalni, czyli refektarzu tzw. „białym” – o białych ścianach i biało lakierowanych stołach na krzyżakach, przy których stały proste ławki. Talerze były z grubego fajansu, pozbawione uchwytów kubki także, sztućce aluminiowe. Potrawy podawano w aluminiowych miskach, ciepły napój zwany z przyzwyczajenia herbatą i słodzony „centralnie” – w emaliowanych dzbankach. Na każdym stole stały drewniane półeczki – sprytne urządzenie, zwiększające dość skąpą przestrzeń pośrodku – dzięki temu dawało się ustawić więcej misek, a i wygodniej było do nich sięgać. W końcu sali znajdowało się stanowisko do zmywania, złożone z trzech cebrzyków. W białym refektarzu (bo był też „czarny”, o czym dalej) zmywało się tylko sztućce, zwane szumnie „srebrem”, miski oraz dzbanki – kolejno w trzech wodach. Do talerzy była oddzielna zmywalnia – małe pomieszczenie z kilkoma zlewozmywakami.

Byłam zdecydowaną niejadką. W dzieciństwie chorowałam długo i ciężko na acetonemię (choroba przemiany materii), dwa lata przed wyjazdem do Szymanowa przechodziłam żółtaczkę (niezakaźną). Do dziś nie wiem, co ją wywołało, ale leżałam w domu i musiałam jeść jak najwięcej cukru. Widocznie mój organizm naprawdę go potrzebował, bo kostki z pudełka, które stało przy moim łóżku znikały błyskawicznie. Poza ulubionymi słodyczami jedzenie zawsze stanowiło dla mnie udrękę, chociaż Mitka gotowała smacznie i zdrowo. Zresztą nie uznawała wykrętów: „Będziesz siedzieć, póki nie zjesz”.

W Szymanowie cała niechęć do jedzenia zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiadomo czemu – przecież karmiono nas znacznie skromniej niż w domu, przynajmniej w moim. Siostry oczywiście zwracały baczną uwagę, czy każda, szczególnie nowa dziewczynka wszystko je, ale czy była to jedna kromka chleba czy trzy, nikogo nie obchodziło. No i nie było mowy o żadnych przegryzkach między posiłkami – ten zakaz egzekwowano z całą surowością.

Oczywiście nie pamiętam, co jadłam na pierwszą kolację. Zaabsorbowana wrażeniami, nie zwróciłam na to żadnej uwagi. Po krótkim czasie wolnym, przeznaczonym na dalsze poznawanie nowego otoczenia, zaprowadzono nas do kaplicy, urządzonej w dawnej sali balowej na parterze. Dolny korytarz przy schodach na górę przedzielały matowe szklane drzwi. Za nimi obowiązywała cisza. Po prawej stronie tej odgrodzonej części znajdowała się zakrystia i kaplica, do której prowadziło troje drzwi i dodatkowe – dla księdza. Nad ołtarzem (były to czasy przedsoborowe i ksiądz stał tyłem do wiernych) – królował wspaniały, dwumetrowy posąg Matki Bożej z białego marmuru, dłuta Oskara Sosnowskiego. Artysta wykonał go w roku 1883 na specjalne zamówienie błogosławionej Marceliny Darowskiej, współzałożycielki Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek, z przeznaczeniem dla macierzystego domu w Jazłowcu (dziś na Ukrainie). Słynąca łaskami figura czczona jest pod nazwą Pani Jazłowieckiej. Nie miejsce tutaj na przedstawianie burzliwych losów owego posągu – zainteresowanych odsyłam do poświęconego mu albumu autorstwa s. Grażyny i innych opracowań. Wspomnę tylko, że Panią Jazłowiecką obrał sobie niegdyś za Patronkę 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich, który od czasu pamiętnej bitwy pod Jazłowcem w lipcu 1919 roku odbywał coroczne pielgrzymki do swej Hetmanki.

Pani Jazłowiecka, Madonna o lekko pochylonej głowie (nad którą zawieszono diadem-koronę) i skrzyżowanych na piersiach dłoniach, wywarła na mnie wrażenie Piękna promieniującego ciszą. Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, powiedział o Niej kiedyś: „Ona przynagla do modlitwy” – i rzeczywiście coś w tym jest. Obecnie kaplica szymanowska mieści się w oddzielnym skrzydle i wygląda zupełnie inaczej. Czy piękniej? Trudno powiedzieć, ale tutaj chcę przypomnieć tamtą, której wystrój zaprojektowała – o czym mało kto pamięta – s. Andrea, skądinąd nauczycielka fizyki i biologii. Posąg stał na tle udrapowanej tkaniny, zmienianej stosownie do pory roku kościelnego: w Wielkim Poście i Adwencie był to granatowy aksamit, po Wielkanocy – złotoróżowawy ryps. Tamta kaplica zupełnie nie przypominała kościoła. Wnętrza kościelne zwykle toną w mroku, tu zaś rząd okien wychodzących na park,  w połączeniu z bielą ścian i posągu, dawał wrażenie wielkiej jasności, przejrzystości, światła, dzięki czemu nawet najbardziej zgnębiony człowiek wychodził stamtąd podniesiony na duchu. A już najpiękniej bywało na majowych nabożeństwach, kiedy do zapachu kadzideł i dźwięków litanii dochodził śpiew ptaków. Pacierz, który tego pierwszego wieczoru mówiła z nami s. Ena, też nie przypominał w niczym tego domowego. Wszystkie dziewczynki recytowały chórem nieznaną mi modlitwę, ułożoną chyba jeszcze przez bł. Matkę Marcelinę. Ale o Niej też jeszcze nic nie wiedziałam… „Oto po dniu skończonym staję przed Tobą, o Panie, i z głębi serca mojego wielbię Ciebie. Dziękuję Ci za wszystkie łaski otrzymane w dniu dzisiejszym, dziękuję Ci za tych, którzy Cię kochają i chwalą, dziękuję Ci za tych, którzy Ci nigdy nie dziękują. Przepraszam Cię za grzechy świata całego, a w szczególności za to wszystko, czym ja Ciebie obraziłam, albo się Tobie nie podobać mogłam. Duchu święty, spuść na mnie światło, abym winy moje poznała, obrzydziła je sobie i nigdy do nich nie powracała. (tu następował cichy rachunek sumienia). Panie i Boże mój! Widzę, że nie raz zgrzeszyłam i dużo opuściłam dobrego! Wyznaję winę moją, żałuję za nią serdecznie i szczerze się upokarzam, a Ciebie Ojcze najlepszy z duszy i serca przepraszam i proszę daj, abym wedle pragnienia mego jutro lepszą była. Wierzę i mam nadzieję, że mi przebaczysz i dasz mi łaskę potrzebną dla zasług Jezusa Chrystusa, Syna Twojego, a Zbawiciela naszego i za przyczyną Matki Jego i mojej. Kocham Cię Boże z całego serca mego, z całej duszy mojej. Tobie oddaję sen mój i przebudzenie, przez wszystko pragnę Cię pochwalić i proszę zawsze i wszędzie bądź ze mną i błogosław mi.  Amen.” Po pacierzu obowiązywała już cisza. Była do tego dorobiona ideologia, która jednak niezbyt trafiała nam do przekonania, że ostatnie słowa każdego dnia winny być skierowane do Boga. Tego pierwszego wieczora siostry nie egzekwowały tego zakazu zbyt rygorystycznie, ale później gadanie przy wieczornym myciu traktowano jak poważne przestępstwo. Cała ósma klasa spała w jednej sali położonej nad kaplicą i mniej więcej tej samej wielkości. Mieściło się tam około czterdziestu prostych, żelaznych, biało zasłanych łóżek. Na białych ścianach wisiał tylko krzyż. Pierwszą noc spędziłyśmy z Izą tylko we dwie, więc miałyśmy czas na przyzwyczajenie. Mimo tylu wrażeń, a może właśnie dlatego, spałyśmy jak zabite.

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

* Siostry drugiego chóru, czyli te, które nie legitymowały się o najmniej średnim wykształceniem, nazywało się „szafirowymi” , chociaż ich habity miały kolor jasnogranatowy. Po soborze zniesiono podział na chóry i odtąd wszystkie niepokalanki ubierają się jednakowo – w białe habity i welony.

Pani Kozłowa- lata 80-siąte

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Wspominała Klaudia Michalik( Wiertiuchow), matura 1985

Drogie koleżanki,

klaudiawywołana przez Monikę i Beatę do napisania wspomnień z Szymanowa, wzdychałam, sapałam i odkładałam to na później, aż w końcu poczułam się jak własna córka w trakcie sesji.  Uczucie to wywołało zgoła inne wspomnienia i aby je czym prędzej zagłuszyć powspominam ten szczęsny/nieszczęsny szymanowski czas.

Pewnie parę roczników z lat 70-tych i 80-tych pamięta Panią Kozłową. Za moich czasów miała około osiemdziesięciu lat, a mieszkała na końcu wioski, hen jeszcze za żelaźniakiem. Od początku drugiej klasy dziewczyny chodziły do Niej, według rozpiski, z obiadem w menażce. Nie pamiętam jak to się stało, że po miesiącu chodziłyśmy tam już tylko we trójkę: Monika Dworakowska (Rakusa), Jola Ignaczak (Łyszkowicz) i ja, Kierowało nami oczywiście współczucie, troska, obowiązek, a i poczucie wolności, nieskrępowanej swobody przez tych kilka chwil z dala od klasztoru (rygoru) było nie do pogardzenia. No dobra, najpierw była chęć zniknięcia z oczu Siostrom, cnoty doczłapały później. Ale chyba każdy by się w końcu przejął.

Pani Kozłowa mieszkała w małej chatce z klepiskiem zamiast podłogi i studnią na podwórku. Cały jej świat mieścił się w izbie 3m na 4, gdzie stało  łóżko, szafa, stół z krzesłami, i – marzenie niejednej pani domu gustującej w rustykalnym stylu vintage – kuchnia kaflowa z fajerkami, a jedynym jej towarzyszem był kot, którego trzymała na sznurku. Pierwszą naszą myślą było, że musimy jej pomóc i znaleźć jakieś przyzwoite lokum.

Ponieważ nie wchodził w grę żaden miły i przytulny dom dla seniora, już od roku jeździłyśmy do Żyrardowa, do koszmarnego domu starców, eufemistycznie nazywanego w Szymku „Staruszkami”, więc wiedziałyśmy co mogłoby spotkać Panią Kozłową za sprawą naszej bratniej pomocy. Zresztą ona sama zapowiedziała „panienkom”, że nigdzie się stąd nie ruszy chyba, że na cmentarz. Panicznie bała się opieki społecznej, więc chcąc nie chcąc nasza pomoc zaczęła nabierać rozmiarów i rozmachu, ale oczywiście nie zawsze była trafiona.

Monika od razu przywiozła Pani Kozłowej pół garderoby własnej matki (zdaje się bez zgody właścicielki) i jak się okazało, stylowe suknie znalazły uznanie całej wsi, bo często widywałyśmy je na szymanowskich elegantkach. Samą obdarowaną widziałyśmy wystrojoną tylko raz i wcale nie w rzeczy z darów, okazało się, że ma się w co ubrać, ale trzyma te stroje na specjalne okazje. Przychodzimy więc któregoś dnia, izba pięknie posprzątana, obrus na stole, poduchy haftowane na łóżku. Zaś Pani Kozłowa w nowej sukni, chuście i butach siedzi na łóżku we łzach. Prosiła nas byśmy jej księdza sprowadziły, bo chciała się wyspowiadać i komunię przyjąć (zapomniałam napisać, że dalej niż do studni to się Pani Kozłowa nie wypuszczała). Ksiądz obiecał przyjść tego dnia, ale nie przypuszczał, że kobieta starej daty jest i od rana na czczo będzie na niego czekać. Oj dostało się wtedy od nas (tzn. od Joli bo to Ona w takich sytuacjach miała niewyparzony język) księdzu. Jolcia zresztą nie tylko była od gadania, już wtedy nic co ludzkie nie było jej obce. Kiedy Pani Kozłowej wyraźnie spuchła noga i ze łzami w oczach błagała o nie sprowadzanie lekarza, bo wiadomo, że w szpitalu to się umiera i „co jej tam dochtory pomogą”, wkroczyłyśmy my- sanitariuszki! Zakupiłyśmy bandaże, rivanol, miskę (!), mydło i z pewnością któraś z nas poświęciła swój ręcznik.

Tak zaopatrzone przyparłyśmy chorą do muru (tzn. postraszyłyśmy pogotowiem), ta łaskawie pozwoliła na umycie i opatrzenie chorej nogi. Rola moja i Moniki skończyła się na przyniesieniu od sąsiadów ciepłej wody. Jola zaś z werwą i rozbawieniem (to z powodu naszych sino trupich twarzy zdecydowanie kontrastujących z fioletowo purpurowym kolorem nogi Pani Kozłowej) zabrała się żwawo do mycia i opatrywania rzeczonej nogi. Jednej nogi, bo drugiej zainteresowana nie pozwoliła umyć: „dyć tylko jedna mnie boli”. Po wszystkim byłyśmy z siebie tak dumne (my, że nie zemdlałyśmy, a Jolcia wiadomo), że ze szczegółami opowiadałyśmy wszystkim na prawo i lewo o naszym bohaterskim czynie. Pamiętam, że twarz S. Irmy w trakcie opowieści, przybrała kolor welonu, bo Jolcia nie miała dla nikogo litości, a każdy szczegół w jej ustach nabierał realizmu godnego Zoli.

Nie zawsze było tak barwnie, przeważnie proza życia: przemoczone buty, wieczne spóźnienia na żelazne studium (nikt wtedy nie słyszał o asertywności, a jak się Pani Kozłowa rozgadała to ciężko było przerwać) i poczucie, ze może jednak nie bohaterki jesteśmy, a frajerki bo chętnych na zastępstwo, choć na jeden dzień (czasami i my miałyśmy jakieś sprawy do załatwienia) nie było (tu ukłon w stronę Magdy Martinek, bo pamiętam, ze była zawsze ostatnią deską ratunku). Ta nasza przygoda z Panią Kozłową trwała dwa lata, po roku nie mogłyśmy zrezygnować, bo… I tu muszę przywołać wspomnienia z drugiej ręki, a dowiedziałam się o wszystkim po wakacjach (nie było w tych zamierzchłych czasach Internetu, a telefony przeważnie na poczcie). Wyjechałam z Szymanowa dzień przed zakończeniem roku szkolnego, ale zawsze wygląda to podobnie: rano msza, a potem rozdanie świadectw i nagród dla najlepszych na sali rekreacyjnej. Jako, że żadna z naszej trojki do takowych nie należała (ja wtedy miałam poprawkę z matmy) moje towarzyszki niedoli zaszyły się gdzieś w tylnych rzędach i oddały zgoła przyjemniejszym zajęciom niż śledzenie sukcesów prymusek. Wpadły więc w lekką panikę gdy nagle zorientowały się, ze ogólny chichot całej szkoły jakoś ich musi dotyczyć, zwłaszcza że wszyscy się na nie gapią. Kiedy już wywołane po nazwisku zrozumiały, że mają wyjść na środek, i robiły w duchu rachunek sumienia okazało się, że wszystkie trzy dostałyśmy NAGRODĘ za tą nieszczęsną Panią Kozłową. Szkoda, że mnie wtedy nie było, ale nagroda do mnie dotarła, a były to zagraniczne zeszyty i przybory szkolne z DARÓW. Postanowiłyśmy jeszcze ten kolejny rok do Pani Kozłowej pochodzić, chociaż ta nagroda to jednak była plama na honorze największych zakał w historii szkoły, o miano których w tamtym czasie tak wytrwale walczyłyśmy.

Wspominała Klaudia Michalik( Wiertiuchow), matura 1985

Szymanów- przedstawienie- 1981 rok

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Monika Rakusa (Dworakowska), matura 1986     

Nasz pobyt  w Szymanowie przypadł na szczególny moment historii Polski. W grudniu, w pierwszej klasie nastał nam nieoczekiwanie (z późniejszych lektur dowiedziałam się065, że nie tak całkiem nieoczekiwanie) stan wojenny.

Czas stanu wojennego łączył się z przyśpieszonymi procesami naszej edukacji obywatelskiej. I – jakby to nazwać-  pewnemu patriotycznemu „wzmożeniu”, którego wówczas większość z nas doświadczała. Pamiętam – słuchanie piosenek Kaczmarskiego, Gintrowskiego (Gintrowski, Łapiński, już wtedy w duecie, przyjechali do naszej szkoły ze swoim programem „Pamiątki”), Jana Krzysztofa Kelusa, także Karela Kryla, głównie w interpretacji Szymanowianki, starszej od nas o dekadę –Antoniny Krzysztoń. Pamiętam świetnie -z jakim zaangażowaniem wyśpiewywałyśmy Pieśń Konfederatów Barskich przy wszystkich możliwych okazjach. Pamiętam wiele patriotycznych przedstawień, wieczernic. Część z nich aranżowały, reżyserowały Siostry – głównie Magdalena i  Mirosława. Ale niektóre z nich  zawdzięczałyśmy Pani Agnieszce (Riedel – Nagalskiej) -mojej ukochanej polonistce. Pamiętam zapraszanych gości – na przykład -Halinę Mikołajską, czy Macie031ja Prusa!

W  tym szczególnym czasie –  szczególne były też nasze lekcje polskiego.  Choć – jeśli chodzi o język polski – jestem skrajnie nieobiektywna. Bo to dla mnie były one zawsze wyjątkowo ważne. Z setek powodów, w tym także takich, że życie Szymanowskie było dość monotonne i nie dostarczało mi wystarczających podniet. Ważne było też  to, że sposób nauczania większości przedmiotów był – jak by to określić? – hm, nieco scholastyczny. Tak więc – męcząc się, nudząc, albo  czytając pod ławką na zajęciach, drżąc ze strachu przed matematyką z Siostrą Martą, jak na zbawienie czekałam na lekcje polskiego. Na te ożywcze, inspirujące chwile intelektualnej uczty.

W klasie drugiej, zgodnie z programem, zajmowałyśmy się  romantyzmem i pozytywizmem. Nasze klasowe rozmowy o  obu epokach przypadły na rok szkolny 82/83.Pamiętam je bardzo dobrze do dzisiaj (mimo, że od tego czasu minęło już ponad 30 lat!). Pamiętam na przykład dyskusję – czy Kordian na pewno zginął. O ile sobie przypominam, Pani Agnieszka twierdziła, że przeżył. A większość klasy, że nie. Debatowałyśmy tak zażarcie, że prawie na siebie krzyczałyśmy. Jakby od wyniku dyskusji zależało nasze być lub nie być. Pamiętam czytanie fragmentów „Dziadów” (do dziś całe ustępy znam na pamięć), rozmowy o Wielkiej Improwizacji, czy Widzeniu Księdza Piotra, dysputy o „Nie-boskiej komedii”, albo o nowatorstwie poezji Norwida. Pamiętam  też klasówki, które – o dziwo- też lubiłam. Czekałam w napięciu, aż Pani Agnieszka sprawdzi prace.  Bo potem będzie czytała te, które uzna za ciekawe. Tematy były zawsze ułożone tak, żeby mogły się rozpisać te, które lubiły klasyczną rozprawkę, ale także i „tragiczki” i „komiczki”. Nigdy nie zapomnę bardzo śmiesznej pracy Klaudii Wiertiuchow – o Słowackim, ale w Gombrowiczowskim stylu (w związku ze szkolną sceną  z „Ferdydurke”). Podczas tej klasówki ja okazałam się „tragiczką”. Bo pozwoliłam sobie na „wysmażenie” utworu pisanego prozą biblijną i nawiązującego do „Anhellego”. Bardzo egzaltowanego, o ile sobie przypominam.

Po romantycznych lotach drugi semestr, ten pozytywistyczny, zapowiadał się znacznie mniej ciekawie.  Wiedziałyśmy, że nasza polonistka nie lubi pozytywizmu. Pani Agnieszka skróciła jednak nasze (i swoje!) pozytywistyczne męki do koniecznego minimum. Rzetelnie, ale skrótowo potraktowała większość utworów i czym prędzej przeszła do perły powieści realistycznej, czyli do „Lalki”. A „Lalką” zajmowałyśmy się już dobrych kilka tygodni. Żarliwie i z entuzjazmem. Pani Agnieszka zaproponowała nam też, żeby pracę z  tym utworem zakończyć samodzielnie (tzn. bez jej udziału) przygotowanym przedstawieniem, interpretacją wybranej sceny.

Chętnie na to przystałyśmy i z zapałem przystąpiłyśmy do prób. Szybko, choć już dziś nie pamiętam – jak do tego doszło i kto to wymyślił – powstał pomysł prosty, ale rewolucyjny. Postanowiłyśmy zaskoczyć Naszą Polonistkę. Zamiast pozwolić jej spokojnie zasiąść w sali rekreacyjnej i oglądać aktorskie popisy, zdecydowałyśmy, że zafundujemy jej przedstawienie całkiem inne. Przedstawienie „uczestniczące”.

Rozdzieliłyśmy między siebie role, choć żadna z nas nie uczyła się tekstów na pamięć. Pomysł był bowiem jedynie bardzo swobodną trawestacją treści powieści. Naszą wielką improwizacją. Wybrałyśmy scenę przyjęcia u hrabiny Karolowej, ale -o ile sobie przypominam- była to chyba kompilacja kilku przyjęć i bali, na jakich pojawił się (bądź ostatecznie nie pojawił) Wokulski. Idea była taka, żeby Pani Agnieszka mogła poczuć się dokładnie tak, jak nasz bohater w towarzystwie warszawskiej arystokracji. Wykorzystywana i równocześnie traktowana jak parias.

Wspominam z radością dni przygotowań do spektaklu. Pamiętam, że mogłyśmy swobodnie korzystać ze strojów przechowywanych w kartonach na strychu. Było tego sporo – pudełka pełne rękawiczek balowych ( w większości uszytych na ręce tak drobne, że na żadną z nas nie wchodziły), pudła z szalami, spódnice, a nawet suknie. Wystarczyło przy pomocy poduszek dosztukować sobie tiurniury, odpowiednio uczesać włosy, podobierać fraki, ewentualnie w pracowni technicznej podorabiać brody, i wąsy dla „mężczyzn”.  I już byłyśmy gotowe.

Nadszedł dzień przedstawienia. Poprzynosiłyśmy i porozstawiałyśmy meble, świeczniki  i urządziłyśmy salę. W tle włączyłyśmy jakąś muzykę fortepianową. Może to był Chopin, może Schuman, Schubert… Już nie pamiętam. A potem posłałyśmy „umyślną” po Naszą Polonistkę. Pani Agnieszka nieświadoma niczego, a więc spokojna, wkroczyła do rekreacyjnej.

Grałam hrabinę Karolową, gospodynię. Więc pośpieszyłam do niej mówiąc: Witam pana, panie Wokulski. Nie jestem pewna, czy podałam jej dłoń (chyba jednak w rękawiczce) do pocałowania. Pewnie tak. Potem wszystko potoczyło się sprawnie i szybko. Pani Agnieszka, po półsekundowej konsternacji przeistoczyła się w Wokulskiego. (Pamiętam, że nawet siadała w przezabawny, nieco archaiczny sposób!). A my przeprowadzałyśmy ją przez wszystkie fazy przyjęcia, przez swoisty towarzyski tor przeszkód . Najpierw były więc rozmowy o interesach z panami – Tomaszem, ale też innymi. W międzyczasie (w charakterze marchewki) dostała kilka chwil łaskawości panny Łęckiej. Potem zmusiłyśmy ją do rozmów na temat kwest i akcji dobroczynnych z paniami, z  których każda  „tak liczy na hojność naszego drogiego pana Wokulskiego”. W końcu, stopniowo, ale konsekwentnie zaczęłyśmy ją zaniedbywać, niemal nie zauważać.

Przejęte czekałyśmy na ostateczną reakcję naszego Wokulskiego. Można powiedzieć, że była wzorcowa, idealna. W momencie kulminacyjnym wstał, dyskretnie, ale nieco sztywno. Skinął głową i  opuścił niegościnny salon.

Monika Rakusa (Dworakowska), matura 1986                 

Terminy zjazdów wychowanek- Szymanów

Pytacie nas kiedy odbywają się zjazdy w Szymanowie. Otóż już wiemy. Siostra Macieja pięknie spisała wszystkie daty:
3.04 – niedziela – 5-lecie (matura 2011)
17.04 – niedziela – 40-lecie (matura 1976) – klasa s. Miriam
23 i 24.04 – sobota, niedziela – 35-lecie (matura 1981) – klasa Krysi Jarmoszuk i Joli Kubik
7 i 8.05 – sobota i niedziela – 25-lecie (matura 1991)
21 i 22.05 – sobota, niedziela – 55-lecie (matura 1961)
4 i 5.06 – sobota i niedziela – 60-lecie (matura 1956) – klasa Basi Ciszewskiej
11 i 12.06 – sobota i niedziela – 65-lecie (matura 1951) – klasa s. Marty
18 i 19.06 – sobota i niedziela – 50-lecie (matura 1966)
25 i 26.06 – sobota i niedziela – 10-lecie (matura 2006) – klasa Ani Jaszczuk
10-11.09 – sobota i niedziela – 30-lecie (matura 1986) – klasy Agaty Kubak i Beaty Rudnickiej

Dziwne nazwy, przezwiska, listy po-maturalne i zespół Genesis- czyli wspomnienia z Szymanowa sprzed 30 lat

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Małgosia Najuch (Zarzycka, matura Szymanów, 1986)

Beaty wspomnienia o Szymanowie publikowane w Kurierku są fantastycznym „otwieraczem” wspomnień z czasów, gdy każda z nas uczyła się w LO. Jest tyle wątków, że nie wiadomo od czego zacząć i o czym napisać, żeby historia była interesująca dla CzytelniczekJ

Po propozycji Pani Agnieszki, żeby opisać kalendarz Szymanowski, wpadłam na pomysł, żeby zacząć pisać słownik słów zrozumiałych głównie w LO w Szymanowie: westiarnia, infirmeria, ziółka, duszki, ciałka, resztkowanie, studium, piekiełko, duchówka, mistrzyni, celarefektarz, święte schody, ale po namyśle uznałam, że ciekawsze mogą być inne sprawy.

Drugim pomysłem więc było to, aby opisać dość specyficzny sposób nadawania sobie przezwisk. Najczęściej imiona były zmieniane na angielskie brzmienie: Maria na pewno była Mary. Podobnie skojarzenie nazwiska z podobnie brzmiącym słowem angielskim, jak np. Porridge czy Shadow, albo nazwisko podobne do imienia, jak Jacek zamiast Żaczek (w mojej klasieJ) Oczywiście było też imię i pierwsza litera nazwiska (jak w moim przypadku: Gosia Zy, albo Asia Pe, Asia Ka). Najczęściej jednak nazwiska były skracane, upraszczane, czyli np. Jagiela, Małachosia, Powąsia, Remete, Rybka, Kubaczek ….  Do dziś używamy tych przezwisk w rozmowach!

Kolejne wspomnienie: moja mama robiła porządki w domu i przyniosła mi teczkę z pojedynczymi kartkami, na których były zapisane pożegnania od koleżanek i Sióstr. Taką teczkę dostała każda absolwentka przy wyjeździe z LO. Ja już nie pamiętałam o istnieniu takich listów, bo w zasadzie najczęściej oglądałam album ze zdjęciami, który dostałam od mojego Duszka, czyli Dorotki. Teraz te listy od koleżanek przypomniały mi o różnych zdarzeniach, charakter pisma wielu osób też pamiętam.

Siostra Marta napisała kilka słów pożegnania tym samym czerwonym długopisem, którym sprawdzała nasze matury! Dorysowała też głowę konia. Oczywiście wszyscy pamiętają miłość Siostry Marty do koni i jej ulubione powiedzonko: „…i w 100 koni nie dogoni czasu, który się przewałkoni…..” Święta racja: list od Siostry Marty

Pożegnanie od S. Mirosławy (list od Siostry Mirosławy) stało się (z perspektywy 30 lat od matury) swoistą przepowiednią dla mnie. Siostra życzyła mi, żebym zawsze śpiewała Panu Bogu. Dlaczego takie pożegnanie? Siostra Mirosława za naszych czasów uczyła muzyki, religii i prowad20160222_181752ziła chór, a także opiekowała się muzykalnymi dziewczynami.  Pamiętam, że z chórem doszłyśmy do kolejnego etapu przesłuchań konkursowych i śpiewałyśmy w Akademii Muzycznej w Warszawie…. Równolegle też w naszej klasie „B” powstał zespół – 7 śpiewających dziewczyn, w tym były dwie gitarzystki: Krysia i Marzenka, a także Lidka, Agata, Asia Pe,
20160222_181657Kasia i Ja. Zespół nazywał się GENESIS. Całe 3 lata śpiewałyśmy, uczestniczyłyśmy w Sacrosongach (np. u Św. Marcina w Warszawie), a także w Górce Klasztornej podczas festiwalu Maria Carmen organizowanego przez Księży Misjonarzy Św. Rodziny. Zwykle dostawałyśmy wyróżnienie. Byłyśmy inne niż pozostali uczestnicy konkursów – skromne, śpiewałyśmy autorskie piosenki…

W Górce Klasztornej 20160222_182110zdobyłyśmy wyróżnienie za „Zagniewaną”. To była piosenka skomponowana przez Krysię do słów wiersza, który napisała anonimowa uczennica LO. Siostry organizowały konkursy tematyczne. Ten dotyczył Matki Bożej Jazłowieckiej. Do dziś pamiętam słowa „Zagniewanej”:

„Gdy zagniewana na cały świat uciekam do Twojego białego mieszkania, 

Uderza mnie w oczy biel Twoich szat, O Nieskalana Czystość Wielkiego Kochania!

Zbuntowanym jeszcze przez chwilę wzrokiem, błądzę pewnie po białych ścianach

Zahaczam szczęśliwe drzewa za oknem i nie jestem wtedy godna Twojego kochania…

Dopiero, gdy mnie Twój wzrok otuli i odgadnę, że mnie nie oddalasz,

Chcę z radości śpiewać o diamentowej kuli i o tym, że jednak jestem przez Ciebie kochana…

Jest mi wtedy tak ciepło i bezszelestnie i mogłabym tak siedzieć aż do świtania

słyszę jak powtarzasz narastającym echem: „Kocham Cię. Zawsze byłaś przeze mnie kochana”

Śpiewałyśmy w Niepokalanowie, nagrałyśmy u Franciszkanów kasetę. Do Górki Klasztornej pojechała z nami mama Krysi – wspaniała, radosna kobieta. Później jeździłyśmy już same. Po maturze połowa zespołu śpiewała nadal z poznanymi w Górce muzykami z Nowego k. Grudziądza, z Poznania i Torunia.

Krysia i Marzenka skończyły wychowanie muzyczne, a potem anglistykę. Ja nadal śpiewam amatorsko w swoim chórze parafialnym, który istnieje już ponad 13 lat. Słowa S. Mirosławy się spełniły.

Kiedy dziś oglądam zdjęcia z Szymanowa i słyszę o zespole rockowym, to zupełnie nie umiem sobie tego wyobrazić, no ale czas płynie i Siostry idą z jego duchemJ

Małgosia Najuch (Zarzycka, matura Szymanów, 1986)