Na nowej drodze życia- lata 50-siąte

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), dla koleżanek Hanka 🙂 (matura 1957)

Był rok 1953. Moja edukacja w szkole podstawowej w Podkowie Leśnej dobiegała końca. Z różnych względów, wśród których przeważyła tradycja kształcenia dziewcząt z mojej rodziny w szkołach zakonnych, ojciec z macochą zdecydowali, że najlepiej będzie, jak spróbuję dostać się do Szymanowa, do liceum sióstr niepokalanek. Miałam 13 lat i od dawna moją ulubioną lekturą były stare powieści o panienkach wychowywanych na pensji, więc do propozycji odniosłam się z wielkim entuzjazmem, tym bardziej, że stosunki w domu nie układały mi się najlepiej.

W tamtych czasach, aby dostać się do szkoły tego rodzaju, nie wystarczały dobre wyniki egzaminu wstępnego i dobre stopnie na świadectwie. Siostry musiały dokładnie wiedzieć, kogo przyjdzie im przyjąć pod swój dach, ze względu na ciągłe próby infiltracji przez UB. Ja byłam w o tyle dobrej sytuacji, że wstawili się za mną ojcowie franciszkanie z Niepokalanowa, z którymi mój ojciec od dawna współpracował, więc bywali częstymi gośćmi w naszym domu. Znacznie później okazało się, że trzy moje ciocie z którymi wskutek perturbacji rodzinnych nie miałam wówczas kontaktu, wychowywały się w Jazłowcu, gdzie ss. niepokalanki miały przed wojną swój macierzysty dom.

Nauka nie sprawiała mi trudności, ale nadmierną pilnością nigdy nie grzeszyłam, toteż mimo bardzo dobrze zdanych egzaminów końcowych (wtedy po VII klasie zdawało się egzaminy z kilku przedmiotów) na świadectwie miałam trzy trójki (chemia, rysunek i śpiew). Egzaminu wstępnego nie bałam się zupełnie: szkoła w Podkowie miała przeważnie znakomitych przedwojennych nauczycieli. Byłam tylko ogromnie ciekawa, jak to będzie i jak ten cały klasztor wygląda.

W oznaczonym dniu wysiedliśmy z ojcem na małej stacyjce z figurą Matki Boskiej i udaliśmy się najpierw do Niepokalanowa, gdyż ojcowie franciszkanie obiecali wypożyczyć nam rowery. Wieś Szymanów, w której położony jest klasztor ss. niepokalanek, jest oddalona od stacji kolejowej o tej samej nazwie o 6 kilometrów, natomiast tuż przy za torami leży Niepokalanów – słynna, założona przez św. Maksymiliana siedziba franciszkanów. Oba klasztory zachowują dobrosąsiedzkie stosunki, ale wiele osób myli zbieżność nazw „niepokalanki” i „Niepokalanów”.

Przyjaciel ojca, brat Wawrzyniec Podwapiński, wydał nam obiecane rowery. Pogoda była piękna. Jechaliśmy mało wtedy uczęszczaną tłuczniową drogą najpierw wzdłuż ściany lasu, potem wśród typowych mazowieckich pól. Wkrótce odsłonił się widok na białą wieżę kościoła, górującą nad zielonymi łąkami, przeciętymi wąską rzeczką Pisią. Za mostkiem zaczęły się zabudowania wiejskie. Po prawej stronie zobaczyłam wysoki ceglany mur, okrążający wielki park klasztorny. Sam klasztor ukryty był za drzewami i ukazał się naszym oczom dopiero po przekroczeniu furty. Rety, to przecież prawdziwy pałac! Białe kolumny, pod szczytem tarcza z herbem, długi rząd wielkich okien. W przestronnym hallu, wyłożonym czarno-białymi płytkami stał duży posąg Matki Boskiej. Po załatwieniu formalności siostra w białym habicie i takim samym welonie prowadzi mnie do klasy pełnej dziewczyn. Razem ze mną zdaje koleżanka z równoległej klasy w Podkowie – Iza. Nie znałyśmy się dotąd zbyt dobrze, ale teraz postanawiamy trzymać się razem – zawsze to „rodaczka”.

Egzamin był tylko pisemny – z polskiego i matematyki. Z zadaniami musiałam mieć jakieś problemy, bo próbowałam skonsultować to i owo z Izą. Okazało się to niemożliwe.

– Ej, przyjaciółki, bo was rozsadzę!

Wyrosła przy nas postać w czarnym fartuchu i białym rurkowanym czepku, takim jak nasze prababki wkładały na noc. Duże błękitne oczy patrzyły życzliwie, lecz nieubłaganie. Należały do postulantki – panny Izy Gawlewicz. Za parę miesięcy zostanie siostrą Gizelą. Za trzydzieści parę lat będziemy współpracować przy pierwszym wydaniu przewodnika po sanktuariach maryjnych Z dawna Polski Tyś Królową.

Po egzaminie poszłyśmy z moją Izą na spacer po parku. Stwierdziłyśmy, że na niektóre drzewa da się wejść i siedzieć na ich gałęziach jak w wygodnym fotelu. Zaczynało mi się tu podobać…

Listę przyjętych wywieszono po paru godzinach – były na niej obydwa nasze nazwiska.

Lato upłynęło na przygotowywaniu wyprawy według wręczonego tuż po egzaminie spisu. Poczułam się ważna. Po raz pierwszy od czasu I Komunii Św. miałam otrzymać tyle nowych, specjalnie dla mnie kupionych rzeczy. A więc przede wszystkim pościel – materac, poduszkę, kołdrę, dwa komplety bielizny pościelowej, piękną białą kapę, dwa fartuszki szkolne z marynarskimi kołnierzami (białe siostry uznały za niepraktyczne), biała bluzka też z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica (niestety plisowana okazała się zbyt droga). Ciemny sweter pod fartuch. Strój gimnastyczny – zupełnie inny niż dotąd: granatowe spodenki, granatowa bluzka bez rękawów i króciutka spódniczka z tego samego materiału (bawełniana satyna albo błyszcząca podszewka taka jak na fartuch). Spódniczka! Taka jak do baletu? Oczywiście kloszowa, najlepiej z pełnego koła? Szaleństwo i hop-sa-sa? No, owszem, takie miała większość koleżanek, ale nie ja… Mitka (macocha) powiedziała, że nie starczy materiału i że to przecież nie ma znaczenia. Spódniczka będzie po prostu z czterech dość skąpych klinów. Poczułam się jak Ania z Zielonego Wzgórza, kiedy Maryla odmówiła jej bufiastych rękawów. Tylko mnie nie przyszedł z pomocą żaden Mateusz i nawet babcia nie zorientowała się, jak mi przykro. Bo rzeczywiście: tyle mi sprawiają, a ja tu jeszcze marudzę?

Bieliznę osobistą – trzy komplety: dwa ze sztucznego jedwabiu, jeden z białego płótna – szyła mi sąsiadka. Nie pamiętam czy ze względu na koszty czy raczej na złe zaopatrzenie sklepów, w każdym razie była nowa i ładna. Do tego dwie nowe piżamy i szlafrok. Codziennie coś przybywało. Dwie letnie sukienki – koniecznie w biało-granatowy wzór – musiały mieć rękawy co najmniej do łokci i zapięcia pod szyję. Płaszcz powinien być też granatowy, ale jeśli miało się już inny, to trudno. Obowiązkowy był tylko granatowy beret.

Na liście wypatrzyłam jeszcze jedną tajemniczą pozycję: 12 podpasek higienicznych albo zapas ligniny. Co to za jakieś podpaski? Mitka krótko i powściągliwie wyjaśniła mi, co mnie czeka w najbliższej przyszłości.

– I jak już to się stanie, masz zaraz powiedzieć siostrze mistrzyni.

No i uszyto mi 12 podpasek z tetry podbitej białą flanelką. Przypinało się toto na guziki do specjalnego paska. Wojowałam z tym urządzeniem przez wszystkie szymanowskie lata, bo dla mnie okazały się znacznie za cienkie i zwłaszcza z początku nie umiałam sobie poradzić, a zapytać się wstydziłam. Wrzucało się te rzeczy do jednego z drewnianych pojemników, pomalowanych na kolor merde i ustawionych w ubikacji (drugi przeznaczono na watę lub ligninę). Potem wszystkie podpaski siostry prały hurtem w maszynie, podobnie jak bieliznę. Pomyśleć tylko, że była nas ponad setka, a zakonnice też przecież kobiety…

Cała wyprawa, każda najdrobniejsza rzecz powinna być oznaczona moim numerem: 81. Mitka, która umiała pięknie haftować, ambitnie wyszyła mi oprócz numeru także monogram, specjalnie zaprojektowany przez ojca. Tam, gdzie nie dawało się wyszyć, na przykład na szczotkach do butów i ubrania ojciec wypalił mi numer i monogram albo wyrył (te szczotki służą mi do dziś!). Potem, już na miejscu, okazało się, że mam najpiękniej poznaczoną wyprawę, a monogramów nie miał w ogóle nikt. Wiele matek poznaczyło rzeczy po prostu tuszem, w dodatku niezbyt wyraźnie. Siostra Michalina, skrupulatnie przeglądając każdą sztukę garderoby, od razu odkładała na bok to, co wymagało poprawki.

Na dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego stoję przed furtką, nasłuchując warkotu ciężarówki, którą franciszkanie obiecali po mnie przysłać. Przy okazji miała się też zabrać Iza z mamą. To przecież cała przeprowadzka! Napięcie rośnie, nie mogę się już doczekać. Wreszcie – jest! Niczego, absolutnie niczego mi nie żal. Z radością panny młodej wstępuję na nową drogę. Może podświadomie przeczuwałam, jak mocno najbliższe lata odbiją się na całym moim późniejszym życiu i że nigdy już się od nich nie wyzwolę?

Jak już wspomniałam, zaczytywałam się wówczas literaturą dla tzw. „dorastających panienek”, między innymi książkami Lidii Czarskiej, ale znałam już także Emancypantki i Noce i dnie. Większość bohaterek oddawana była na pensję po śmierci matki, a że moja też już nie żyła, więc w jakiś sposób się z nimi utożsamiałam.

W podróży do Szymanowa – około 40 km – towarzyszyła mi cała rodzina, łącznie z czteroletnią przyrodnią siostrzyczką. Oczywiście siedziałyśmy z Izą na skrzyni ciężarówki, żadne pasy bezpieczeństwa wtedy nie obowiązywały. Ponieważ mało kto był odwożony samochodem, widok rozklekotanej ciężarówki z zakonnikiem za kierownicą przywołał na balkon pierwszego piętra całą bandę dziewczyn. Zapamiętałam Mariolę Burkot (wówczas z maturalnej klasy), która wydała mi się prawie dorosła. Było im bardzo wesoło i śpiewały jakąś skoczną piosenkę.

Przyjazd ósmoklasistek zorganizowany był perfekcyjnie. Operacja ta wymagała wytężonej pracy całego sztabu sióstr i starszych dziewcząt, które specjalnie, na ochotnika, przyjechały wcześniej, żeby pomagać. W następnych latach zawsze byłam wśród nich.

Żadna z nas – trzynasto- i czternastolatek – nie czuła się osamotniona. Każdą witano jak upragnionego gościa. Mistrzyni – ciemnooka siostra Ena o pociągłej twarzy serdecznie nas uściskała i skierowała na pierwsze piętro. Przez długi korytarz, pod którego ścianami ciągnęły się rzędy biało lakierowanych wąskich szafek, dotarliśmy do westiarni – obszernego pomieszczenia, gdzie na dużych stołach segregowało się czystą, upraną bieliznę. Teraz trafiły tam nasze bagaże.

Siostra Michalina wraz z szafirową siostrą Zenobią* poddały zawartość naszych walizek skrupulatnej rewizji. Sprawdzały według listy, czy jest wszystko, co być miało, czy każda rzecz ma wyraźny numer, ale także – czy nie ma czegoś niepotrzebnego, bądź zakazanego. Miejsca w szafkach na korytarzu było naprawdę niewiele. Każda z nich – przeznaczona dla dwóch dziewczynek – składała się z części górnej – z wieszakami – i dolnej – z dwiema półkami. Nowo przybyłe mieszkanki miały już z góry wyznaczoną szafkę, wystarczyło tylko odszukać wizytówkę z nazwiskiem.

W moim przypadku kontrola bagażu wypadła bez zarzutu. Siostra Michalina nie szczędziła słów zachwytu Mitce, która oczywiście puchła z dumy. Zresztą nie chodziło tylko o ilość rzeczy. Sprawdzano, czy np. sukienki nie mają zbyt dużych dekoltów, za krótkich rękawów itp. Najbardziej skrupulatnej kontroli podlegały książki. Poza podręcznikami szkolnymi każda książka wwożona na teren klasztoru musiała przejść przez ręce siostry mistrzyni, a już szczególnie tępiono kryminały i oczywiście romanse. Zresztą miałyśmy na miejscu świetnie zaopatrzoną bibliotekę.

Bieliznę osobistą i przybory toaletowe trzymało się w umywalniach zwanych „pokoikami”. Zaprowadziły nas tam starsze koleżanki. Po sprawdzeniu nazwiska na liście każda z nas trafiała pod opiekę z góry wyznaczonej uczennicy wyższej klasy. Tak zawarłam znajomość z Bożeną Szarlak, miłą blondynką o okrągłej buzi. „Pokoiki” były podzielone za pomocą plisowanych białych zasłonek na małe boksy. Po myciu zasłonki składało się w harmonijkę, związywało troczkami i przerzucało przez górny pręt, żeby się nie pobrudziły przy sprzątaniu. Ze wspólniczką od szafki na korytarzu dzieliło się też stanowisko do mycia, złożone z białej szafki o dwóch półkach i miednicy. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że nie trzeba się publicznie rozbierać. Myślę, że nie ja jedna się tego obawiałam…

Szafkę na korytarzu i umywalkę miałam dzielić z Elą Świerczewską (przydziały szły według listy), na razie jednak byłam sama – większość spodziewana była dopiero następnego dnia. Czas szybko mijał – nadeszła pora kolacji. Zebrano nas w jednej wielkiej jadalni, czyli refektarzu tzw. „białym” – o białych ścianach i biało lakierowanych stołach na krzyżakach, przy których stały proste ławki. Talerze były z grubego fajansu, pozbawione uchwytów kubki także, sztućce aluminiowe. Potrawy podawano w aluminiowych miskach, ciepły napój zwany z przyzwyczajenia herbatą i słodzony „centralnie” – w emaliowanych dzbankach. Na każdym stole stały drewniane półeczki – sprytne urządzenie, zwiększające dość skąpą przestrzeń pośrodku – dzięki temu dawało się ustawić więcej misek, a i wygodniej było do nich sięgać. W końcu sali znajdowało się stanowisko do zmywania, złożone z trzech cebrzyków. W białym refektarzu (bo był też „czarny”, o czym dalej) zmywało się tylko sztućce, zwane szumnie „srebrem”, miski oraz dzbanki – kolejno w trzech wodach. Do talerzy była oddzielna zmywalnia – małe pomieszczenie z kilkoma zlewozmywakami.

Byłam zdecydowaną niejadką. W dzieciństwie chorowałam długo i ciężko na acetonemię (choroba przemiany materii), dwa lata przed wyjazdem do Szymanowa przechodziłam żółtaczkę (niezakaźną). Do dziś nie wiem, co ją wywołało, ale leżałam w domu i musiałam jeść jak najwięcej cukru. Widocznie mój organizm naprawdę go potrzebował, bo kostki z pudełka, które stało przy moim łóżku znikały błyskawicznie. Poza ulubionymi słodyczami jedzenie zawsze stanowiło dla mnie udrękę, chociaż Mitka gotowała smacznie i zdrowo. Zresztą nie uznawała wykrętów: „Będziesz siedzieć, póki nie zjesz”.

W Szymanowie cała niechęć do jedzenia zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiadomo czemu – przecież karmiono nas znacznie skromniej niż w domu, przynajmniej w moim. Siostry oczywiście zwracały baczną uwagę, czy każda, szczególnie nowa dziewczynka wszystko je, ale czy była to jedna kromka chleba czy trzy, nikogo nie obchodziło. No i nie było mowy o żadnych przegryzkach między posiłkami – ten zakaz egzekwowano z całą surowością.

Oczywiście nie pamiętam, co jadłam na pierwszą kolację. Zaabsorbowana wrażeniami, nie zwróciłam na to żadnej uwagi. Po krótkim czasie wolnym, przeznaczonym na dalsze poznawanie nowego otoczenia, zaprowadzono nas do kaplicy, urządzonej w dawnej sali balowej na parterze. Dolny korytarz przy schodach na górę przedzielały matowe szklane drzwi. Za nimi obowiązywała cisza. Po prawej stronie tej odgrodzonej części znajdowała się zakrystia i kaplica, do której prowadziło troje drzwi i dodatkowe – dla księdza. Nad ołtarzem (były to czasy przedsoborowe i ksiądz stał tyłem do wiernych) – królował wspaniały, dwumetrowy posąg Matki Bożej z białego marmuru, dłuta Oskara Sosnowskiego. Artysta wykonał go w roku 1883 na specjalne zamówienie błogosławionej Marceliny Darowskiej, współzałożycielki Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek, z przeznaczeniem dla macierzystego domu w Jazłowcu (dziś na Ukrainie). Słynąca łaskami figura czczona jest pod nazwą Pani Jazłowieckiej. Nie miejsce tutaj na przedstawianie burzliwych losów owego posągu – zainteresowanych odsyłam do poświęconego mu albumu autorstwa s. Grażyny i innych opracowań. Wspomnę tylko, że Panią Jazłowiecką obrał sobie niegdyś za Patronkę 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich, który od czasu pamiętnej bitwy pod Jazłowcem w lipcu 1919 roku odbywał coroczne pielgrzymki do swej Hetmanki.

Pani Jazłowiecka, Madonna o lekko pochylonej głowie (nad którą zawieszono diadem-koronę) i skrzyżowanych na piersiach dłoniach, wywarła na mnie wrażenie Piękna promieniującego ciszą. Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, powiedział o Niej kiedyś: „Ona przynagla do modlitwy” – i rzeczywiście coś w tym jest. Obecnie kaplica szymanowska mieści się w oddzielnym skrzydle i wygląda zupełnie inaczej. Czy piękniej? Trudno powiedzieć, ale tutaj chcę przypomnieć tamtą, której wystrój zaprojektowała – o czym mało kto pamięta – s. Andrea, skądinąd nauczycielka fizyki i biologii. Posąg stał na tle udrapowanej tkaniny, zmienianej stosownie do pory roku kościelnego: w Wielkim Poście i Adwencie był to granatowy aksamit, po Wielkanocy – złotoróżowawy ryps. Tamta kaplica zupełnie nie przypominała kościoła. Wnętrza kościelne zwykle toną w mroku, tu zaś rząd okien wychodzących na park,  w połączeniu z bielą ścian i posągu, dawał wrażenie wielkiej jasności, przejrzystości, światła, dzięki czemu nawet najbardziej zgnębiony człowiek wychodził stamtąd podniesiony na duchu. A już najpiękniej bywało na majowych nabożeństwach, kiedy do zapachu kadzideł i dźwięków litanii dochodził śpiew ptaków. Pacierz, który tego pierwszego wieczoru mówiła z nami s. Ena, też nie przypominał w niczym tego domowego. Wszystkie dziewczynki recytowały chórem nieznaną mi modlitwę, ułożoną chyba jeszcze przez bł. Matkę Marcelinę. Ale o Niej też jeszcze nic nie wiedziałam… „Oto po dniu skończonym staję przed Tobą, o Panie, i z głębi serca mojego wielbię Ciebie. Dziękuję Ci za wszystkie łaski otrzymane w dniu dzisiejszym, dziękuję Ci za tych, którzy Cię kochają i chwalą, dziękuję Ci za tych, którzy Ci nigdy nie dziękują. Przepraszam Cię za grzechy świata całego, a w szczególności za to wszystko, czym ja Ciebie obraziłam, albo się Tobie nie podobać mogłam. Duchu święty, spuść na mnie światło, abym winy moje poznała, obrzydziła je sobie i nigdy do nich nie powracała. (tu następował cichy rachunek sumienia). Panie i Boże mój! Widzę, że nie raz zgrzeszyłam i dużo opuściłam dobrego! Wyznaję winę moją, żałuję za nią serdecznie i szczerze się upokarzam, a Ciebie Ojcze najlepszy z duszy i serca przepraszam i proszę daj, abym wedle pragnienia mego jutro lepszą była. Wierzę i mam nadzieję, że mi przebaczysz i dasz mi łaskę potrzebną dla zasług Jezusa Chrystusa, Syna Twojego, a Zbawiciela naszego i za przyczyną Matki Jego i mojej. Kocham Cię Boże z całego serca mego, z całej duszy mojej. Tobie oddaję sen mój i przebudzenie, przez wszystko pragnę Cię pochwalić i proszę zawsze i wszędzie bądź ze mną i błogosław mi.  Amen.” Po pacierzu obowiązywała już cisza. Była do tego dorobiona ideologia, która jednak niezbyt trafiała nam do przekonania, że ostatnie słowa każdego dnia winny być skierowane do Boga. Tego pierwszego wieczora siostry nie egzekwowały tego zakazu zbyt rygorystycznie, ale później gadanie przy wieczornym myciu traktowano jak poważne przestępstwo. Cała ósma klasa spała w jednej sali położonej nad kaplicą i mniej więcej tej samej wielkości. Mieściło się tam około czterdziestu prostych, żelaznych, biało zasłanych łóżek. Na białych ścianach wisiał tylko krzyż. Pierwszą noc spędziłyśmy z Izą tylko we dwie, więc miałyśmy czas na przyzwyczajenie. Mimo tylu wrażeń, a może właśnie dlatego, spałyśmy jak zabite.

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

* Siostry drugiego chóru, czyli te, które nie legitymowały się o najmniej średnim wykształceniem, nazywało się „szafirowymi” , chociaż ich habity miały kolor jasnogranatowy. Po soborze zniesiono podział na chóry i odtąd wszystkie niepokalanki ubierają się jednakowo – w białe habity i welony.

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s