Pani Kozłowa- lata 80-siąte

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Wspominała Klaudia Michalik( Wiertiuchow), matura 1985

Drogie koleżanki,

klaudiawywołana przez Monikę i Beatę do napisania wspomnień z Szymanowa, wzdychałam, sapałam i odkładałam to na później, aż w końcu poczułam się jak własna córka w trakcie sesji.  Uczucie to wywołało zgoła inne wspomnienia i aby je czym prędzej zagłuszyć powspominam ten szczęsny/nieszczęsny szymanowski czas.

Pewnie parę roczników z lat 70-tych i 80-tych pamięta Panią Kozłową. Za moich czasów miała około osiemdziesięciu lat, a mieszkała na końcu wioski, hen jeszcze za żelaźniakiem. Od początku drugiej klasy dziewczyny chodziły do Niej, według rozpiski, z obiadem w menażce. Nie pamiętam jak to się stało, że po miesiącu chodziłyśmy tam już tylko we trójkę: Monika Dworakowska (Rakusa), Jola Ignaczak (Łyszkowicz) i ja, Kierowało nami oczywiście współczucie, troska, obowiązek, a i poczucie wolności, nieskrępowanej swobody przez tych kilka chwil z dala od klasztoru (rygoru) było nie do pogardzenia. No dobra, najpierw była chęć zniknięcia z oczu Siostrom, cnoty doczłapały później. Ale chyba każdy by się w końcu przejął.

Pani Kozłowa mieszkała w małej chatce z klepiskiem zamiast podłogi i studnią na podwórku. Cały jej świat mieścił się w izbie 3m na 4, gdzie stało  łóżko, szafa, stół z krzesłami, i – marzenie niejednej pani domu gustującej w rustykalnym stylu vintage – kuchnia kaflowa z fajerkami, a jedynym jej towarzyszem był kot, którego trzymała na sznurku. Pierwszą naszą myślą było, że musimy jej pomóc i znaleźć jakieś przyzwoite lokum.

Ponieważ nie wchodził w grę żaden miły i przytulny dom dla seniora, już od roku jeździłyśmy do Żyrardowa, do koszmarnego domu starców, eufemistycznie nazywanego w Szymku „Staruszkami”, więc wiedziałyśmy co mogłoby spotkać Panią Kozłową za sprawą naszej bratniej pomocy. Zresztą ona sama zapowiedziała „panienkom”, że nigdzie się stąd nie ruszy chyba, że na cmentarz. Panicznie bała się opieki społecznej, więc chcąc nie chcąc nasza pomoc zaczęła nabierać rozmiarów i rozmachu, ale oczywiście nie zawsze była trafiona.

Monika od razu przywiozła Pani Kozłowej pół garderoby własnej matki (zdaje się bez zgody właścicielki) i jak się okazało, stylowe suknie znalazły uznanie całej wsi, bo często widywałyśmy je na szymanowskich elegantkach. Samą obdarowaną widziałyśmy wystrojoną tylko raz i wcale nie w rzeczy z darów, okazało się, że ma się w co ubrać, ale trzyma te stroje na specjalne okazje. Przychodzimy więc któregoś dnia, izba pięknie posprzątana, obrus na stole, poduchy haftowane na łóżku. Zaś Pani Kozłowa w nowej sukni, chuście i butach siedzi na łóżku we łzach. Prosiła nas byśmy jej księdza sprowadziły, bo chciała się wyspowiadać i komunię przyjąć (zapomniałam napisać, że dalej niż do studni to się Pani Kozłowa nie wypuszczała). Ksiądz obiecał przyjść tego dnia, ale nie przypuszczał, że kobieta starej daty jest i od rana na czczo będzie na niego czekać. Oj dostało się wtedy od nas (tzn. od Joli bo to Ona w takich sytuacjach miała niewyparzony język) księdzu. Jolcia zresztą nie tylko była od gadania, już wtedy nic co ludzkie nie było jej obce. Kiedy Pani Kozłowej wyraźnie spuchła noga i ze łzami w oczach błagała o nie sprowadzanie lekarza, bo wiadomo, że w szpitalu to się umiera i „co jej tam dochtory pomogą”, wkroczyłyśmy my- sanitariuszki! Zakupiłyśmy bandaże, rivanol, miskę (!), mydło i z pewnością któraś z nas poświęciła swój ręcznik.

Tak zaopatrzone przyparłyśmy chorą do muru (tzn. postraszyłyśmy pogotowiem), ta łaskawie pozwoliła na umycie i opatrzenie chorej nogi. Rola moja i Moniki skończyła się na przyniesieniu od sąsiadów ciepłej wody. Jola zaś z werwą i rozbawieniem (to z powodu naszych sino trupich twarzy zdecydowanie kontrastujących z fioletowo purpurowym kolorem nogi Pani Kozłowej) zabrała się żwawo do mycia i opatrywania rzeczonej nogi. Jednej nogi, bo drugiej zainteresowana nie pozwoliła umyć: „dyć tylko jedna mnie boli”. Po wszystkim byłyśmy z siebie tak dumne (my, że nie zemdlałyśmy, a Jolcia wiadomo), że ze szczegółami opowiadałyśmy wszystkim na prawo i lewo o naszym bohaterskim czynie. Pamiętam, że twarz S. Irmy w trakcie opowieści, przybrała kolor welonu, bo Jolcia nie miała dla nikogo litości, a każdy szczegół w jej ustach nabierał realizmu godnego Zoli.

Nie zawsze było tak barwnie, przeważnie proza życia: przemoczone buty, wieczne spóźnienia na żelazne studium (nikt wtedy nie słyszał o asertywności, a jak się Pani Kozłowa rozgadała to ciężko było przerwać) i poczucie, ze może jednak nie bohaterki jesteśmy, a frajerki bo chętnych na zastępstwo, choć na jeden dzień (czasami i my miałyśmy jakieś sprawy do załatwienia) nie było (tu ukłon w stronę Magdy Martinek, bo pamiętam, ze była zawsze ostatnią deską ratunku). Ta nasza przygoda z Panią Kozłową trwała dwa lata, po roku nie mogłyśmy zrezygnować, bo… I tu muszę przywołać wspomnienia z drugiej ręki, a dowiedziałam się o wszystkim po wakacjach (nie było w tych zamierzchłych czasach Internetu, a telefony przeważnie na poczcie). Wyjechałam z Szymanowa dzień przed zakończeniem roku szkolnego, ale zawsze wygląda to podobnie: rano msza, a potem rozdanie świadectw i nagród dla najlepszych na sali rekreacyjnej. Jako, że żadna z naszej trojki do takowych nie należała (ja wtedy miałam poprawkę z matmy) moje towarzyszki niedoli zaszyły się gdzieś w tylnych rzędach i oddały zgoła przyjemniejszym zajęciom niż śledzenie sukcesów prymusek. Wpadły więc w lekką panikę gdy nagle zorientowały się, ze ogólny chichot całej szkoły jakoś ich musi dotyczyć, zwłaszcza że wszyscy się na nie gapią. Kiedy już wywołane po nazwisku zrozumiały, że mają wyjść na środek, i robiły w duchu rachunek sumienia okazało się, że wszystkie trzy dostałyśmy NAGRODĘ za tą nieszczęsną Panią Kozłową. Szkoda, że mnie wtedy nie było, ale nagroda do mnie dotarła, a były to zagraniczne zeszyty i przybory szkolne z DARÓW. Postanowiłyśmy jeszcze ten kolejny rok do Pani Kozłowej pochodzić, chociaż ta nagroda to jednak była plama na honorze największych zakał w historii szkoły, o miano których w tamtym czasie tak wytrwale walczyłyśmy.

Wspominała Klaudia Michalik( Wiertiuchow), matura 1985

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s