Szymanów- przedstawienie- 1981 rok

Prace konkursowe – opowieści o zwyczajach szkół niepokalańskich

Monika Rakusa (Dworakowska), matura 1986     

Nasz pobyt  w Szymanowie przypadł na szczególny moment historii Polski. W grudniu, w pierwszej klasie nastał nam nieoczekiwanie (z późniejszych lektur dowiedziałam się065, że nie tak całkiem nieoczekiwanie) stan wojenny.

Czas stanu wojennego łączył się z przyśpieszonymi procesami naszej edukacji obywatelskiej. I – jakby to nazwać-  pewnemu patriotycznemu „wzmożeniu”, którego wówczas większość z nas doświadczała. Pamiętam – słuchanie piosenek Kaczmarskiego, Gintrowskiego (Gintrowski, Łapiński, już wtedy w duecie, przyjechali do naszej szkoły ze swoim programem „Pamiątki”), Jana Krzysztofa Kelusa, także Karela Kryla, głównie w interpretacji Szymanowianki, starszej od nas o dekadę –Antoniny Krzysztoń. Pamiętam świetnie -z jakim zaangażowaniem wyśpiewywałyśmy Pieśń Konfederatów Barskich przy wszystkich możliwych okazjach. Pamiętam wiele patriotycznych przedstawień, wieczernic. Część z nich aranżowały, reżyserowały Siostry – głównie Magdalena i  Mirosława. Ale niektóre z nich  zawdzięczałyśmy Pani Agnieszce (Riedel – Nagalskiej) -mojej ukochanej polonistce. Pamiętam zapraszanych gości – na przykład -Halinę Mikołajską, czy Macie031ja Prusa!

W  tym szczególnym czasie –  szczególne były też nasze lekcje polskiego.  Choć – jeśli chodzi o język polski – jestem skrajnie nieobiektywna. Bo to dla mnie były one zawsze wyjątkowo ważne. Z setek powodów, w tym także takich, że życie Szymanowskie było dość monotonne i nie dostarczało mi wystarczających podniet. Ważne było też  to, że sposób nauczania większości przedmiotów był – jak by to określić? – hm, nieco scholastyczny. Tak więc – męcząc się, nudząc, albo  czytając pod ławką na zajęciach, drżąc ze strachu przed matematyką z Siostrą Martą, jak na zbawienie czekałam na lekcje polskiego. Na te ożywcze, inspirujące chwile intelektualnej uczty.

W klasie drugiej, zgodnie z programem, zajmowałyśmy się  romantyzmem i pozytywizmem. Nasze klasowe rozmowy o  obu epokach przypadły na rok szkolny 82/83.Pamiętam je bardzo dobrze do dzisiaj (mimo, że od tego czasu minęło już ponad 30 lat!). Pamiętam na przykład dyskusję – czy Kordian na pewno zginął. O ile sobie przypominam, Pani Agnieszka twierdziła, że przeżył. A większość klasy, że nie. Debatowałyśmy tak zażarcie, że prawie na siebie krzyczałyśmy. Jakby od wyniku dyskusji zależało nasze być lub nie być. Pamiętam czytanie fragmentów „Dziadów” (do dziś całe ustępy znam na pamięć), rozmowy o Wielkiej Improwizacji, czy Widzeniu Księdza Piotra, dysputy o „Nie-boskiej komedii”, albo o nowatorstwie poezji Norwida. Pamiętam  też klasówki, które – o dziwo- też lubiłam. Czekałam w napięciu, aż Pani Agnieszka sprawdzi prace.  Bo potem będzie czytała te, które uzna za ciekawe. Tematy były zawsze ułożone tak, żeby mogły się rozpisać te, które lubiły klasyczną rozprawkę, ale także i „tragiczki” i „komiczki”. Nigdy nie zapomnę bardzo śmiesznej pracy Klaudii Wiertiuchow – o Słowackim, ale w Gombrowiczowskim stylu (w związku ze szkolną sceną  z „Ferdydurke”). Podczas tej klasówki ja okazałam się „tragiczką”. Bo pozwoliłam sobie na „wysmażenie” utworu pisanego prozą biblijną i nawiązującego do „Anhellego”. Bardzo egzaltowanego, o ile sobie przypominam.

Po romantycznych lotach drugi semestr, ten pozytywistyczny, zapowiadał się znacznie mniej ciekawie.  Wiedziałyśmy, że nasza polonistka nie lubi pozytywizmu. Pani Agnieszka skróciła jednak nasze (i swoje!) pozytywistyczne męki do koniecznego minimum. Rzetelnie, ale skrótowo potraktowała większość utworów i czym prędzej przeszła do perły powieści realistycznej, czyli do „Lalki”. A „Lalką” zajmowałyśmy się już dobrych kilka tygodni. Żarliwie i z entuzjazmem. Pani Agnieszka zaproponowała nam też, żeby pracę z  tym utworem zakończyć samodzielnie (tzn. bez jej udziału) przygotowanym przedstawieniem, interpretacją wybranej sceny.

Chętnie na to przystałyśmy i z zapałem przystąpiłyśmy do prób. Szybko, choć już dziś nie pamiętam – jak do tego doszło i kto to wymyślił – powstał pomysł prosty, ale rewolucyjny. Postanowiłyśmy zaskoczyć Naszą Polonistkę. Zamiast pozwolić jej spokojnie zasiąść w sali rekreacyjnej i oglądać aktorskie popisy, zdecydowałyśmy, że zafundujemy jej przedstawienie całkiem inne. Przedstawienie „uczestniczące”.

Rozdzieliłyśmy między siebie role, choć żadna z nas nie uczyła się tekstów na pamięć. Pomysł był bowiem jedynie bardzo swobodną trawestacją treści powieści. Naszą wielką improwizacją. Wybrałyśmy scenę przyjęcia u hrabiny Karolowej, ale -o ile sobie przypominam- była to chyba kompilacja kilku przyjęć i bali, na jakich pojawił się (bądź ostatecznie nie pojawił) Wokulski. Idea była taka, żeby Pani Agnieszka mogła poczuć się dokładnie tak, jak nasz bohater w towarzystwie warszawskiej arystokracji. Wykorzystywana i równocześnie traktowana jak parias.

Wspominam z radością dni przygotowań do spektaklu. Pamiętam, że mogłyśmy swobodnie korzystać ze strojów przechowywanych w kartonach na strychu. Było tego sporo – pudełka pełne rękawiczek balowych ( w większości uszytych na ręce tak drobne, że na żadną z nas nie wchodziły), pudła z szalami, spódnice, a nawet suknie. Wystarczyło przy pomocy poduszek dosztukować sobie tiurniury, odpowiednio uczesać włosy, podobierać fraki, ewentualnie w pracowni technicznej podorabiać brody, i wąsy dla „mężczyzn”.  I już byłyśmy gotowe.

Nadszedł dzień przedstawienia. Poprzynosiłyśmy i porozstawiałyśmy meble, świeczniki  i urządziłyśmy salę. W tle włączyłyśmy jakąś muzykę fortepianową. Może to był Chopin, może Schuman, Schubert… Już nie pamiętam. A potem posłałyśmy „umyślną” po Naszą Polonistkę. Pani Agnieszka nieświadoma niczego, a więc spokojna, wkroczyła do rekreacyjnej.

Grałam hrabinę Karolową, gospodynię. Więc pośpieszyłam do niej mówiąc: Witam pana, panie Wokulski. Nie jestem pewna, czy podałam jej dłoń (chyba jednak w rękawiczce) do pocałowania. Pewnie tak. Potem wszystko potoczyło się sprawnie i szybko. Pani Agnieszka, po półsekundowej konsternacji przeistoczyła się w Wokulskiego. (Pamiętam, że nawet siadała w przezabawny, nieco archaiczny sposób!). A my przeprowadzałyśmy ją przez wszystkie fazy przyjęcia, przez swoisty towarzyski tor przeszkód . Najpierw były więc rozmowy o interesach z panami – Tomaszem, ale też innymi. W międzyczasie (w charakterze marchewki) dostała kilka chwil łaskawości panny Łęckiej. Potem zmusiłyśmy ją do rozmów na temat kwest i akcji dobroczynnych z paniami, z  których każda  „tak liczy na hojność naszego drogiego pana Wokulskiego”. W końcu, stopniowo, ale konsekwentnie zaczęłyśmy ją zaniedbywać, niemal nie zauważać.

Przejęte czekałyśmy na ostateczną reakcję naszego Wokulskiego. Można powiedzieć, że była wzorcowa, idealna. W momencie kulminacyjnym wstał, dyskretnie, ale nieco sztywno. Skinął głową i  opuścił niegościnny salon.

Monika Rakusa (Dworakowska), matura 1986                 

Reklamy

One thought on “Szymanów- przedstawienie- 1981 rok

  1. hehe,no…no… wspominam to dobrze teraz, i widze, ze preferencje sie nie zmienialy:)
    mmm romantyzm:)
    2000
    Nie pamietam zebym przywiazywal szczegolna uwage do zapamietywania.
    Ale pamietam:)
    _____________
    Agnieszka Nagalska dawala mozliwosc wypowiedziec sie na temat.
    Niestety nie zawsze bylem na bierzaco.
    Oczywiscie przyslowiowe „PAŁY” sie sypaly (jedynki … i 2 lub 3, bo czasem zdarzalo mi sie troche przeczytac i miec zbiezne poglady do oczekiwanych)
    hehe
    to polzarty
    _____________
    Kobieta, ktora pamietam po 15latach i bee pamietac do konca zycia.
    Uwazam Ja za prawdziwego nauczyciela, jakich niewielu, niestety, spotkalem.
    To nie tylko „polak” byl (material ustawowy), to pelne wychowanie:)
    Pelna kultura.
    Pamietam powazne wyprawy po warszawskich ciekawszych placowkach: Zacheta byla nie raz, teatry, opery, balety… zadne wazniejsze akcje, w tamtym czasie, nas nie ominely.
    ___
    Bywalo roznie, nie przesadnie grzeczni bylismy, ale zawsze szczerze rozmawialismy – indywidualnie i grupowo. Zawsze ze zrozumieniem!
    Nie spotkalem sie wczesnie i pozniej z takim podejsciem.

    Pelen szacunek! – Zdarzylo mi sie narozrabiac nie raz, upraszczajac nie bylem grzeczny ( mniejsza o to co wyprawialem ), wazne jest to, ze zawsze, ale to zawsze czulem , ze Nagalska stala po mojej stronie, bylem poprostu jej uczniem jak inni.
    Motywowala, wyciagala, wspomagala, nogi, uszy, oczy i …jeszcze rosne:P
    Wtedy, jako mlody czlowiek nie do konca to docenialem, pewnie nie do konca rozumialem.
    Szybko docenilem mentora po rozstaniu

    Spotkac taka osobe na swojej drodze to szczescie.
    Poklony niskie

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s