Uroczystości, święta, przedstawienia

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

Pisałam już, jak bardzo zachwycił mnie pierwszy szymanowski „kominek”. Imprezy takie, przypominające swym charakterem harcerskie ogniska, urządzało się dość często, gdy tylko nadarzała się okazja w postaci ważnej rocznicy czy święta narodowego (także zniesionego przez reżim).  Organizowały je poszczególne klasy (trzon przygotowań spoczywał na sekcji kulturalnej), pod okiem sióstr przygotowując program. Mnie najbardziej zapadł w pamięć kominek poświęcony Kasprowiczowi z deklamacją „Hymnów” i „Pieśniami bez słów” Mendelsohna, granymi na fortepianie przez jedną z koleżanek.

Większym świętom kościelnym i rocznicom powstań narodowych towarzyszyły „misteria”. Były to już poważniejsze przedstawienia, wymagające dłuższych przygotowań, ze zbiorowymi deklamacjami i występami chóru w stosownych dekoracjach. Pierwsze misterium, jakie widziałam, zorganizowano z okazji święta Chrystusa Króla, które w owych czasach wypadało w ostatnią niedzielę października. Wywarło na mnie ogromne wrażenie, szczególnie dekoracja z jesiennych liści i Bożena Luc z XI klasy w cierniowej koronie jako Chrystus Król.

Już w lutym, w rocznicę objawień w Lourdes, w przedstawieniu poświęconym Bernadetcie Soubirous (chyba wg tekstu s. Gertrudy) wzięła udział nasza klasa, a główne role – Bernadetty i jej siostry przypadły Elżbiecie Turowicz i drobniutkiej Urszuli Olizar. Ta ostatnia nie mogła jakoś wyzbyć się nieznacznego defektu wymowy i pewnie dlatego, że ciągle ją poprawiano, zapadły mi w pamięć słowa jej kwestii: „A za te piniądze będzie można kupić dużą białą bułkę… Lub kostkę lodowatego cukru”.

W r. 1954 przypadała setna rocznica dogmatu o Niepokalanym Poczęciu i zarazem setna rocznica założenia Zgromadzenia. Z tej okazji odbyło się piękne misterium, na które złożyły się nieznane mi wcześniej wiersze i pieśni (w tym „Niepokalana” do słów s. Almy z muzyką s. Benvenuty). Jako Matka Boska wystąpiła Maryla Milewska. Zapamiętałam chór śpiewający na melodię s. Benvenuty słowa Matki Marceliny: „Bóg wzbudził Zgromadzenie Sióstr Niepokalanek z wielkiego miłosierdzia dla naszego kraju, ażeby wśród młodzieży wiarę umacniało. By nadziei moc zwycięską w duszach krzewiły i by miłość w młodych sercach rozpłomieniły, a w Królestwo Twoje, Panie, świat przemieniły”

Z innych przedstawień miło wspominam wieczór ku czci powstania listopadowego z fragmentami „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego, może dlatego, że sama grałam w nim Goszczyńskiego, ale także ze względu na cudowny duet Tereski Kamińskiej i Marysi Osterwianki, które śpiewały „Za Niemen”.

Kiedy byłam w X klasie, przypadło nam w udziale podjęcie w Szymanowie wycieczki niewidomych dzieci z Lasek. Należało zorganizować stosowną imprezę, taką, która pozwoliłaby gościom zapoznać się z Panią Jazłowiecką bez konieczności posługiwania się wzrokiem. I któraś z sióstr wymyśliła, że powinna to być audycja – wyimaginowana transmisja radiowa z koronacji posągu w roku 1939. Siostry wynalazły w archiwum stare reportaże prasowe, przemówienia dostojnych gości – wszystko jak najbardziej autentyczne. A mnie przypadła zaszczytna rola kardynała Hlonda. Miałam wygłosić formułę koronacyjną. Wszystko wypadło wspaniale i nigdy nie zapomnę wzruszenia, jakie ściskało mnie za gardło, gdy starałam się sztucznie pogrubić mój piskliwy głos, żeby brzmiał jak męski. Był i szczęk szabel ułanów, i stosowne komendy wojskowe, i śpiewy, nawet trzaśnięcie drzwiczek samochodu, z którego wysiadł kardynał.

Największym jednak dorocznym przedsięwzięciem był tzw. „wielki teatr”. Szaleństwo to zaczynało się zaraz po powrocie z ferii świątecznych i trwało około miesiąca. Najpierw były emocje związane z wyborem odpowiedniej sztuki, potem z obsadą. Decyzje w obu tych sprawach zapadały „na górze”, ale oczywiście poprzedzały je różne przecieki i plotki. Wreszcie bomba pękała i ogłaszano listę „aktorek”. Wezwane na specjalne zebranie, z biciem serca czekały na przydział roli. Pominięcie kogoś bynajmniej nie oznaczało wyłączenia z Wielkiego Misterium Sztuki. Tworzono zespoły zajmujące się przygotowywaniem kostiumów, dekoracji, rekwizytów itp. Każda z aktorek zawczasu wiedziała, kto ją ubiera. Wszystkie te informacje wieszano na specjalnej tablicy. Prawie każda z dziewcząt znajdowała jakieś zatrudnienie, w każdej siostry potrafiły doszukać się jakichś uzdolnień, czasem zresztą wystarczały tylko dobre chęci. W końcu ktoś musiał po prostu machać pędzlem przy malowaniu tła, ustawiać ławki, podawać szpilki przy miarach. W teatrze brały udział głównie dwie „środkowe” klasy. Ósma jeszcze się przyglądała (choć zdarzały się wyjątki), maturzystki miały na głowie ważniejsze sprawy. Czasem ktoś tracił prawo uczestnictwa za karę, bo np. nałapał dwój. Te, które spotkało takie nieszczęście, czuły się jak wyrzucone z raju, choć oczywiście nadrabiały minami.

Gdy dokonano już wyboru sztuki, zaczynało się jej omawianie, analizowanie koncepcji reżyserskiej, indywidualna praca nad budowaniem roli. Potem pierwsze próby: czytane, pamięciowe, na koniec kostiumowe – żmudna praca nad kolejnymi scenami. Zajęcia szkolne schodziły na dalszy plan, wszystko odsuwało się na „po teatrze”, narastało ogólne podniecenie. Różne pomieszczenia zamieniały się stopniowo w garderoby i pracownie krawieckie. Ze strychów zjeżdżały wielkie kufry pełne starych, niemodnych strojów i przedwojennych pantofli. Wszystko to dopasowywano do aktorek, które coraz częściej wywoływano nawet z lekcji do przymiarek. Sala gimnastyczna zmieniała się w pracownię dekoracji, pełną rozpostartych na podłodze kartonów, farb i innych akcesoriów. Ekipą scenograficzną dowodziła s. Tadea, bardzo kompetentna i bardzo apodyktyczna, prawdziwa artystka z wykształceniem plastycznym. W końcu – mniej więcej po dwóch tygodniach – zaczynały się próby całego zespołu.

Miałam szczęście uczestniczyć w inscenizacji Dziadów – II i III części. Zamierzenie było o tyle ambitne, że II część miała być śpiewana – według Widm Moniuszki. Tak się złożyło, że w internacie nie brakowało wówczas dobrych głosów, żyła też jeszcze s. Benvenuta, absolwentka konserwatorium, która objęła ogólne kierownictwo muzyczne i osobiście przygotowywała solistki: Bożenę Szarlak do roli Guślarza, Wiesię Warszadę – Zosię oraz śpiewającą z nią w duecie Krysię Brzywcz. W chórze kierowanym przez s. Anuncjatę i wspomaganym jej pięknym, silnym głosem śpiewały wszystkie uczennice. Oddzielnie ćwiczono menueta do sceny balu u Senatora. Ogólną opiekę reżyserską sprawowała s. Zofia, dawna aktorka. Pamiętam, jak silnie przeżywałyśmy to wszystko, wchłaniając niepostrzeżenie ogromny ładunek wiedzy o teatrze. Takie choćby efekty sceniczne. Okazało się, że kula sportowa, kiedy się ją przetoczy po zwykłej blaszanej tarze do prania (kto dziś wie, co to jest tara?), wydaje dźwięk  przypominający uderzenie pioruna (tego, który zabił Doktora), a rytmiczne bębnienie dłońmi o pokryty skórą gimnastyczny kozioł naśladuje tętent konia? Pod koniec prób cała szkoła mówiła tekstem Dziadów. Gdy któraś z koleżanek zbiegała ze schodów, zaraz ktoś wołał słowami Lokaja: „Widzi, patrz jak sadzi po schodach…”. Słyszało się też pogróżki: „A kto prośby nie posłucha w imię Ojca, Syna Ducha…”

Senatora grała Marysia Pruszyńska (córka Ksawerego), wybrana do tej roli m.in. ze względu na znakomitą znajomość francuskiego (chociaż niektóre kwestie zostały przetłumaczone). Odniosła wielki sukces. Bajkowem była Ula Gawlik, Pelikanem – Mika Dmochowska, Doktorem – Ela Popławska, Narzeczoną Bajkowa – Jola Donay, znakomitą Panią Rolison – Basia Daszkiewicz, Księdzem Piotrem – Marta Kubalska. W scenie więziennej Madzia Zan grała Zana, Maryna Sobolewska Sobolewskiego. Mnie przypadła w udziale rola Justyna Pola, a jako Bestużew partnerowała mi Teresa Modelska. Pamiętam, jakie szczęście mnie ogarnęło, gdy wyczytano moje nazwisko w ekipie aktorskiej, i leciutkie ukłucie zawodu, że wyznaczono mi męską rolę: a więc nie będę występować w balowej sukni i atłasowych pantofelkach… Szybko jednak polubiłam postać krewkiego studenta i z prawdziwą pasją deklamowałam: „Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić lub zamalować w pysk!”. Zamalować w pysk! Któżby posądził wieszcza o takie słowa?

W następnym roku grałyśmy Wesele, w którym znów otrzymałam męską rolę – Wernyhory. Ta dość ważna rola dała mi jeszcze więcej satysfakcji, tym bardziej, że w pełnej charakteryzacji (peruka, broda, ciężka delia, pokaźna tusza) nikt mnie nie poznawał. W tych dwóch spektaklach moja klasa brała pełny udział, ale pamiętam też Ifigenię w Aulidzie, graną, kiedy byłyśmy w VIII klasie, i Gościa oczekiwanego Kossak-Szczuckiej, wystawianego przed naszą maturą. Tego ostatniego spektaklu nie widziałam niestety na scenie, uniemożliwiła mi to choroba.

Zwykle dawałyśmy cztery przedstawienia: dla sióstr i szkoły, dla rodziców, dla mieszkańców Szymanowa i dla oo. franciszkanów z Niepokalanowa. Przed każdym spektaklem s. Matea wygłaszała wstępną prelekcję.

Musiały być jakieś wpadki – ale nic takiego nie pamiętam! Pozostało tylko wspomnienie absolutnie niezwykłego przeżycia. Do dziś, kiedy oglądam w prawdziwym teatrze Wesele (a widziałam wszystkie warszawskie inscenizacje) mam przed oczami Hankę Zacharską jako Czepca, moją partnerkę Alę Smoter – Gospodarza, drobniutką Anię Kocięcką – Pannę Młodą, Jagę Wróblewską – Stańczyka i wiele innych. Natomiast Dziady – pamiętna inscenizacja z 1956 roku w Teatrze Polskim z Jasiukiewiczem w roli Konrada – wręcz raziły mnie brakiem muzyki Moniuszki. Te melodie zostały mi w głowie na zawsze.

Wagi tego całego porywania się z motyką na słońce – bo jak inaczej nazwać wciskanie wielkiego repertuaru w ramy amatorskiego, szkolnego teatru – nie sposób przecenić. Poza praktyczną wiedzą o funkcjonowaniu teatru, poza przyswojeniem sobie mnóstwa terminów i szczegółów zyskiwałyśmy gruntowną znajomość odgrywanych dramatów, taką, jakiej nie mogły nam zapewnić nawet znakomite lekcje s. Matei. Uczyłyśmy się dykcji, ruchu scenicznego – np. chodzenia w długich sukniach. Do dziś mogę recytować z pamięci całe fragmenty Dziadów i Wesela. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa chóru greckiego z Ifigenii. Uczyłyśmy się przy tym zespołowej pracy, której owoce dawały satysfakcję całej szkolnej społeczności. Każdy trybik w tej machinie znał swoje miejsce. Zdarzało się, że przy tej okazji „szare myszy” i gorsze uczennice mogły błysnąć niedocenianym na co dzień talentem, poczuć się kimś ważnym, jak np. skromna Hania Rowińska, świetnie obsadzona w roli Ifigenii, oraz solistki z II części Dziadów.

Gdy milkły oklaski po ostatnim przedstawieniu, nic już nie mogło powstrzymać skrzeczącej pospolitości (no proszę: znów to Wesele). Gwiazdy sceny szybko spadały na ziemię i brały się do odrabiania zaległości w nauce, oddawania dyżurów, z których je pozwalniano na czas prób itp.

To wielka szkoda, że w Szymanowie zanikła tradycja „wielkich teatrów”, zwłaszcza teraz, kiedy jest tyle możliwości i technika tak bardzo poszła naprzód. Ale może same uczennice także się zmieniły i przestało je to interesować?

Raz w miesiącu odbywały się koncerty w wykonaniu warszawskich artystów (nieraz bardzo wybitnych), którzy odwiedzali prowincjonalne szkoły, popularyzując muzykę. Każdy taki koncert poprzedzony był prelekcją na temat np. poszczególnych instrumentów, kompozytorów itp. Zawsze słuchałyśmy ich z dużym zainteresowaniem, zapamiętałam zwłaszcza jeden, poświęcony fugom Bacha.

Pod koniec maja, wyjeżdżałyśmy zwykle na kilkudniowe wycieczki. Oczywiście nie żadnym autokarem tylko zwykłym pociągiem. Siostry starały się urządzić wszystko jak najtańszym kosztem, toteż nocowałyśmy bądź w klasztorach (np. w schronisku ss. norbertanek na krakowskim Zwierzyńcu – nota bene warunki tam były po prostu koszmarne) albo rozparcelowane po domach dawnych wychowanek. W VIII klasie trasa wiodła do Poznania, Gniezna i Biskupina – pamiętam, jak zachwyciła mnie prasłowiańska osada nad jeziorem w promieniach zachodzącego słońca, w IX – do Lublina, Puław i Majdanka, w X – część klasy pojechała do Krakowa (w tym Tyniec i klasztor cystersów w Mogile), a część na Mazowsze (nie pamiętam dokąd konkretnie, bo sama wybrałam Kraków). Maturalna klasa tradycyjnie wybierała się na pielgrzymkę do Częstochowy. Nam przypadło z tej okazji wziąć udział w zlocie maturzystek wszystkich szkół zakonnych z okazji odnowienia ślubów Jana Kazimierza. Niestety pod względem zewnętrznym nie zaprezentowałyśmy się najlepiej – mało która miała granatowy płaszcz, który obowiązywał uczennice szkół innych zgromadzeń. Oprócz Częstochowy zwiedziłyśmy też Wrocław – tam nocowałyśmy u starszych koleżanek-studentek, po kilka. Razem z Ewą i Małgosią wylądowałyśmy u Isi Grzesiuk – ach, jak nam było wesoło! Potem jeszcze krótka podróż do Wałbrzycha, gdzie zatrzymałyśmy się u naszych sióstr, podejmowane przez tamtejsze uczennice.

Każdy taki wyjazd wymagał żmudnych przygotowań – zabierało się górę kanapek (mówiłyśmy na nie „składki”) oraz produkty do przygotowania na miejscu skromnego posiłku. To wszystko trzeba było nosić, pilnować, żeby nikt nie był głodny, zwłaszcza, że apetyty dopisywały. Dodatkowa atrakcja polegała na tym, że jadły z nami siostry – w klasztorze to się nie zdarzało, ponieważ przedsoborowa konstytucja zabraniała im jedzenia poza klauzurą. Sióstr nie wolno też było fotografować, ale tutaj nie zawsze okazywałyśmy posłuszeństwo. W pociągu niemal zawsze śpiewałyśmy – teraz to się prawie nie zdarza, zdaje się, że młodzież nie umie już śpiewać.

Przy okazji wycieczek miałyśmy możność zapoznać się z działaniem swoistej „mafii niepokalańskiej”. Gdziekolwiek jechałyśmy, zawsze czekały na nas jakieś dawne wychowanki czy osoby z rodzin sióstr. Były wśród nich studentki historii sztuki i pracownice muzeów, które oprowadzały nas po zabytkach, wpuszczając nas po cichu tam, gdzie wstęp dla innych wycieczek był wzbroniony. Umiałyśmy to docenić, toteż w niczym nie przypominałyśmy znudzonych szkolnych wycieczek, które jednym uchem słuchają przewodnika. Zapamiętałam zwiedzanie Lublina w towarzystwie Luli (Urszuli) Czartoryskiej – wówczas studentki, później znanej profesor historii sztuki, i Krakowa pod opieką przeuroczej pani Zadurowicz, siostry s. Matei.

Po powrocie z wycieczki – przeważnie po nocnej podróży – wolno nam było iść spać. To także uważałyśmy za atrakcję, gdyż zwykle do sypialni w dzień się nie wchodziło.

Do szymanowskich, a właściwie niepokalańskich tradycji należały też obchody świąt Zgromadzenia. 4 listopada 1863 roku w Jazłowcu została odprawiona pierwsza msza św. i rocznica tego dnia zawsze jest uroczyście obchodzona. Lekcje tego dnia zawsze były skrócone i raczej „przyjemnościowe”, potem klasę przerabiało się na salon. Ławki odsuwało się pod ścianę, ściągało się z sypialni materace, z których powstawały wygodne kanapy, przykrywane czym tylko się dało i do tak urządzonych wnętrz zapraszało się siostry. Po południu zwykle odbywały się stosowne misteria albo kominki – przygotowywane wcześniej ze szczególną pieczołowitością. Traktowałyśmy ten dzień jak coś w rodzaju urodzin wszystkich sióstr.

Następne – znacznie poważniejsze święto – przypadało 8 grudnia, w dniu Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny. W wigilię tego dnia odbywały się uroczyści zakonne – obłóczyny, roczne i wieczyste śluby. Zwykle zjeżdżało się mnóstwo gości – rodzin sióstr i już wcześniej trwały przygotowania do ich przyjęcia. To, że wolno nam było w tym uczestniczyć, traktowałyśmy jak zaszczyt. Z biciem serca wyczekiwałyśmy na ogłoszenie imion nowych sióstr, które dotąd znałyśmy jako postulantki w czarnych fartuchach i „kapustach”. Jak też będą wyglądały w habitach? Czy bardzo się zmienią? Wieczorne uroczystości w kaplicy – szczególnie te przeżywane po raz pierwszy – wywarły na mnie niesamowite wprost wrażenie. Wchodziły kolejno, bardzo wzruszone przy śpiewie „Veni sponsa Christi”. W tym moim pierwszym roku habity otrzymały m.in. s. Gizella (panna Iza z naszych egzaminów) i s. Jadwiga – Jadwiga Nowakowska, przedwojenna aktorka i siostra znanego aktora Zbyszka Sawana (później Jaga wystąpiła ze Zgromadzenia i była moją sąsiadką). Śluby wieczyste składały s. Irena i s. Michalina, późniejsza przełożona generalna.

W sam dzień 8 grudnia nie odbywały się żadne lekcje. Wystrojone w galowe mundurki (biała bluzka z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica) uczestniczyłyśmy najpierw w uroczystej, śpiewanej mszy św., potem – tak jak na Karola Boromeusza – przerabiałyśmy klasy na saloniki i wszystko przebiegało według świątecznego, opracowanego wcześniej rozkładu. Samorząd przejmował pieczę nad internatem, ponieważ 8 grudnia to było przede wszystkim święto sióstr i zależało nam na tym, by nie sprawiać im żadnych kłopotów.

W sam dzień 8 grudnia nie odbywały się żadne lekcje. Wystrojone w galowe mundurki (biała bluzka z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica) uczestniczyłyśmy najpierw w uroczystej, śpiewanej mszy św., potem – tak jak na Karola Boromeusza – przerabiałyśmy klasy na saloniki i wszystko przebiegało według świątecznego, opracowanego wcześniej rozkładu. Samorząd przejmował pieczę nad internatem, ponieważ 8 grudnia to było przede wszystkim święto sióstr i zależało nam na tym, by nie sprawiać im żadnych kłopotów.

Reklamy

Andrzejki (z pamiętnika ósmoklasistki)

Grażyna Górecka, Szymanów 1965-1969, 26. listopad 1965 r. piątek

8234617362_5a76e59198_zDzisiaj wcześnie mamy studium i tylko godzinę, bo potem obchodzimy Andrzejki. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądać, bo nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Podobno mają być jakieś wróżby i jeszcze „coś”. Zresztą ciekawość to pierwszy stopień do piekła, niedługo dowiem się co i jak…

Na studium wszystkie dziewczyny kręciły się, wierciły, nikt się nie uczył. Wreszcie nadeszła upragniona chwila. O 16.30 zadzwonił dzwonek. Wszystkie z wrzaskiem wyleciały z klasy.    W umywalni dziewczęta z „grupy kulturalnej” przebierały się do występów artystycznych.

Ela Csapai przebrała się za donnę z XVI w., wyglądała naprawdę śmiesznie. Po paru minutach zaczęłyśmy – wg języka siostry Dominiki – kąpać. Rozsiadałyśmy się wygodnie na ławkach wysłanych kocami, w sali rekreacyjnej. Pośrodku stał długi stół. Przy nim siedziała siostra Dominika. Pierwsza część wróżb rozpoczęła się od tego, że spośród trzech talerzy wybierałyśmy jeden. Pod każdym leżał albo różaniec (zakonnica), albo zwiędły kwiat (stara panna), albo pierścień (mężatka). Kolejno podchodziłyśmy, pełne obawy żeby nie zostać zakonnicą czy starą panną. Ale los różnie wróżył. Mnie przytrafiło się zostać zakonnicą. Coś potwornego – ja i zakonnica !

Ciekawa teraz jestem jak mi będzie na imię i w jakim będę zgromadzeniu ? Z jednego końca sali na drugi przeprowadzona była linia. Wszystkie „zakonnice” zdjęły ze swoich prawych stóp pantofle i poustawiały na linii. Papcie „wędrowały” jeden za drugim. Pierwszy do celu dotarł but Kasi Parylak. Czyli wg wróżby pierwsza wstąpi do klasztoru. Ja wstąpię jako piąta.

W międzyczasie wpadła do sali siostra Irena i nakazała bezwzględną ciszę. Zaczęła nas częstować pączkami, aż dwoma ! Siostra kazała nam jeść ostrożnie, żeby nie połknąć swojego szczęścia. W sali zaległa grobowa cisza, słychać było tylko mlaskanie przy jedzeniu pysznych pączków. Trzeba przyznać, że były wspaniałe, jeszcze ciepłe. Nagle któraś krzyknęła – MAM ! W sali znów zrobiło się gwarno. Co masz? pytają wszystkie naraz. Okazało się, że znalazła w pączku listek. – Będziesz starą panną – przepowiada siostra Dominika. Jedna przez drugą wołają, że nic nie ma w pączku, inne znów, że mają i tak bez końca. Z trudem siostra Dominika zdołała uciszyć rozkrzyczane dziewczęta. Po jakimś czasie znów przyszła siostra Irena, pytając się o skutki pałaszowania pączków. Powiedziała, że te dziewczyny, które nic nie znalazły będą miały słodkie życie…

– Szczególnie w zakonie – dopowiedziałam w myśli. Potem drogą losowania szukałyśmy dalszych kolei życia. Najpierw stare panny – czy życie ich będzie ponure, czy może grozi im dziwactwo. Mężatki – jakich będą miały mężów. Wreszcie nadeszła kolej na zakonnice. Uśmiałyśmy się do łez, gdy Zosi Bladowskiej wyszło, że będzie matką generalną w zgromadzeniu Urszulanek. No i teraz przyszła kolej na mnie. Wybrałam kopertę. Siostra Dominika czyta : „Grażyna Górecka – siostra Waleria – Urszulanka szara – katechetka. Cechuje ją miłość, dobroć, wyrozumiałość”.  Myślałam, że pęknę, nie chcę być zakonnicą, zresztą na pewno to się nie sprawdzi.

Potem kulturalna rozkręciła butelkę, która po zatrzymaniu się wskazywała na którąś z nas. Siostra zaś czytała jakąś szkolną wadę. Mnie np. przypadło „kto uczy się tylko na stopnie”. Co do tego zdania buntuję się. Nie uczę się tylko dla stopni ! Potem lałyśmy wosk. Mnie ulał się piękny wielki kwiat, czyli będę starą panną. Nie wierzę już we wróżby. Raz jestem zakonnicą, innym razem starą panną, chyba będę mężatką !

 A oto bajka, którą czytała Maluki :

Królewna

Codziennie od świtu do zmierzchu mała królewna – w oknie czeka… Czy naprawdę – jak mówiła niania przyjedzie rycerz – skądś – z daleka. W bajce była szklana góra i smok i potwory czyhały straszliwe -a jednak znalazł się ktoś i skończyło się wszystko szczęśliwie…

Może rycerz każe konia kuc zanim ruszy w tak daleką drogę ? Może złamał czarodziejski miecz, albo zgubił złocistą podkowę ? Uprzykrzyło się czekać królewnie – wdziała sandałki kolorowe, najpiękniejszą  sukienkę z muślinu i koronę włożyła na głowę. Rozpachniały kwiatami ogrody -słoneczko się uśmiechało – królewna szła szukać rycerza odważnie, radośnie i śmiało.  Nie nadjechał  w zbroję żelazną okuty – na rumaku z rozwichrzoną grzywą- nie miał ostróg złocistych ni miecza – na kolana nie padł przed królewną…

Spotkała go  niespodziewanie i najzwyklej na zwyczajnej – prostej – wiejskiej drodze – opalony, w płóciennym ubranku nadjechał – na hulajnodze !

Wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Siostra Dominika myśląc, że nie zrozumiałyśmy treści, zaczęła nam tłumaczyć, że nie powinnyśmy marzyc o nie wiem czym, lecz chodzić po ziemi…

photo cc by Dawid Cedler

MIKOŁAJKI (z pamiętnika ósmoklasistki)

6.XII.1965 poniedziałek

Grażyna Górecka, Szymanów 1965-1969

pierniki […] Wybiegamy na korytarz, a tu pod tablicą ogłoszeń cały tłum. Przyszedł telegram do Szymanowa z Nieba nr 1 : „Punktualnie o 14.45 ma przyjechać na górny hol Mikołaj”. Uśmiałyśmy się – ale się Mikołaj wykosztował – tyle słów napisał ho, ho ! W internacie panuje gwar, za 5 minut przyjeżdża zza klauzury (jak kto woli… ze stacji) św. Mikołaj. Na holu ustawiony jest wielki fotel dla staruszka. Nagle usłyszałyśmy dźwięk dzwoneczka. Oho ! św. Mikołaj idzie, świętego prowadzą dwa anioły. Na powiekach mają białe rzęsy, suną w pięknych długich sukniach, machają skrzydełkami z…gazet. Za nimi wolniutko, postukując pastorałem z kija człapie staruszek. Na wstępie zaczął cichym, ledwie dosłyszalnym głosem, narzekać, że się bardzo zmęczył, że mało nie spadł z drabiny wiodącej z nieba do ziemi. Jednym słowem biedak ledwie zipie, ale jest zadowolony, że może dzieciom wręczyć prezenty.

Pierwsze, jako najmłodsze obdarowane zostały „ósmaki”. I co dostałyśmy ? Ponieważ nie lubimy wody i mydła i jesteśmy „naj, najczystszą” klasą w internacie wręczono nam ŁOPATKĘ, którą siostra Dominika będzie nam zeskrobywać brud z pleców (na pewno nie będzie to przyjemne, ale musimy się pogodzić z losem), poza tym ryżową szczotkę na brudasów i szampon. Na osłodę ciężkiego i pełnego trudów życia szymanowskiego dostałyśmy kosz jabłek i pierniczków. 9 klasa też jakiś prezent otrzymała, ale był mało humorystyczny i nie zapamiętałam co to było. Uśmiałam się do łez przy „dziesiątakach” – Mikołaj przywiózł im ogromną misę zupy mlecznej. Miały za zadanie jeść z jednej miski. Chodziło o to, by w 10 klasie nastała jedność.

Za to 11 klasa otrzymała wspaniały dar tj. wielkiego, słomianego Chochoła, jako że właśnie „przerabiają” Wesele Wyspiańskiego.

Ponieważ Mikołaj spieszy się do innej dziatwy wspólna uroczystość została zakończona. Teraz całe bractwo przeszło do swoich klas na „wewnętrzne” Mikołajki.

My swój salon miałyśmy jak zwykle w bibliotece. Na wstępie siostra Dominika rozdała nam rózeczki z serduszkami, w których były wypisane żartobliwe sentencje. W moim serduszku napisano : „dużo uśmiechu”. Siostra Dominika wręczyła mi średniej wielkości paczuszkę, ładnie zapakowaną. Co tam może być? Rozpakowuję, a tu moim oczom ukazuje się śliczne pudełko z wymalowanymi na nim czereśniami. Widziałam takie coś u Ali Sitkiewicz. Pewnie jakieś czekoladki. W środku znajduję nawet ładnego słomianego chochołka, smoczek i dropsy. Prezent taki sobie, średni na jeża. Były ładniejsze. Jedna z dziewcząt dostała śliczny bułgarski dzbanuszek. Zazdroszczę jej, akurat w niedzielę o nim marzyłam. Zbyszkiem, dla którego robiłam Mikołaja, została Wandzia Laskowska. Siostra Dominika powiedziała, że bardzo pomysłowa jest Jagienka (czyli ja).

Ucieszyłam się z pochwały, bo zdawało mi się, że mój podarunek jest bardzo głupi… Ależ miłe były te dzisiejsze Mikołajki.

Przypis

20150926_180658Artykuły moich uczennic otworzyły we mnie wspomnienia. Klaudia napisała o Pani Kozłowej, a ja pamiętam i Ją i jeszcze inną Panią. Do niej chodziłyśmy tylko w sobotę, ponieważ mieszkała bardzo daleko i na pewno podczas zwykłej rekreacji nie zdążyłybyśmy z powrotem. Więc mijałyśmy chałupę Pani Kozłowej, potem ostatni dom we wsi i dalej szłyśmy ścieżką przez pola aż po horyzont (który ciągle się przesuwał). Na końcu naszej trasy (bo pola się ciągnęły dalej) był dom otoczony drzewami a w podwórku studnia.  W domu mieszkała samotna kobieta, w głuszy bez elektryczności, bo jak tu ciągnąć linię tak daleko poza wieś? Zauważyłam, że jest jakaś dostojna,  w koku z siwych włosów i z pięknymi rękoma (na wsi!). Zaczęłyśmy rozmawiać. Od razu można było poznać, że nie jest stąd. Okazało się, że mieszkała przed wojną w Warszawie, na ulicy Filtrowej, co mnie ucieszyło, bo też jestem z Ochoty. Posypały wspomnienia z powstania… słuchałam  łapczywie, bo moja Mama też zaczynała powstanie na Placu Narutowicza.

Nigdy się nie dowiedziałam, kto to był? Dlaczego tu? Dlaczego tak samotnie?….

Klaudia napisała, że Siostry dały im, tym pomagającym dziewczynkom, ale na co dzień mało subordynowanym uczennicom, nagrodę. Świetna była reakcja mojego męża: „Siostry wszystko widzą”.

We wspomnieniu Moniki pojawiło się nazwisko Macieja Prusa, słynnego reżysera teatralnego, którego rzeczywiście przywiozłam do Szymanowa. Ponieważ był stan wojenny, więc wystawiłyśmy „Dziadów” cz. III a dokładniej scenę więzienną – tak na czasie! Pokazałyśmy mu to przedstawienie. Ewa Staniaszek dzielnie nauczyła się opowiadania Sobolewskiego na pamięć… i przy słowach:

„…łańcucha podźwignąć nie może…” upuściła łańcuch od… krowy, który trzymała w ręku. Maciek szeptem spytał mnie, kto to wymyślił, a kiedy odpowiedziałam, że ja, powiedział: okropne.

Wysłuchał do końca i z emocją zerwał się, jak przystało na wielkiego artystę. Zaczął chodzić po sali (rekreacyjnej) i krytykować wszystko, co się dało, Ewa już płakała. Zapytał: Dziewczyny, co Wy gracie? Przecież to jest o Was, o młodych ludziach, którzy są w więzieniach za przekonania polityczne. Genialność takiego odczytania tekstu w połączeniu z rzeczywistością stanu wojennego podziałała na dziewczyny tak, że zaczęły grać lekko wspierane przez tego wybitnego reżysera Macieja Prusa. Nie wyobrażacie sobie, jak one to zagrały! Tekst mówiły, a nie recytowały – były współczesnymi dziewczynami w spodniach, poruszającymi się swobodnie i naturalnie, a nie pensjonarkami przebranymi za filaretów. To była dla mnie lekcja pokory i wszystkie inne lekcje razem wzięte.

Ewa dzisiaj jest nauczycielką języka polskiego i zapewne stojąc po mojej stronie pamięta swoją lekcję.

A „Dziady” M. Prusa, które widziałam w Teatrze Dramatycznym w 1979r., pamiętam do dziś, również dlatego, że je dogłębnie przegadałam w klasztorze sióstr franciszkanek z samym reżyserem, a potem z Haliną Mikołajską w nocy, w… Szymanowie.

Skoro już o teatrze mowa, to jeszcze słów kilka o tym, jak się wybrałyśmy do teatru. Najpierw zaproponowałam moim uczennicom wyjazd na „Pana Cogito” w Teatrze Powszechnym – Zbigniew Zapasiewicz recytował wiersze Herberta. Trochę się bałam, no bo taki trud dla jednego aktora bez scenografii i kostiumów… Ale moje uczennice chciały pojechać na te przedstawienie.

Po obiedzie więc szybko się przebrały (w galowe stroje? -chyba nie- nie pamiętam). Najpierw wsiadłyśmy w autobus, potem w pociąg, który wtedy przyjeżdżał, kiedy chciał, następnie w tramwaj z Dworca Śródmieście w kierunku Pl. Waszyngtona. I już byłyśmy! Godzinne przedstawienie (chyba tak?) – i z powrotem do domu- najpierw tramwaj, potem pociąg, wreszcie po ciemku, w nocy 6 km na piechotę. W łóżkach byłyśmy ok. 1-ej w nocy. A rano normalne lekcje. Na polskim miałyśmy o czym rozmawiać!

Takie były moje uczennice i takie były Siostry, które nam na to pozwalały.

Agnieszka Nagalska