FINAŁ Konkursu o tradycjach szkół niepokalańskich

Do redakcji ‘Kurierka KZJ’ wpłynęły niezwykłe opowieści. Autorki pokazały nam obraz i szkół i Sióstr i tego jak się żyło w Polsce lat 50siątych, 60siątych i 80siątych. Nie sposób było wybrać, która praca konkursowa jest najlepsza. Każda dostarcza wzruszeń, wspomnień i refleksji. Dlatego – każda z Autorek otrzyma nagrodę. Każdej się ona słusznie należy.  Nagrody-niespodzianki dla Pań piszących o latach 80siątych zostaną wręczone podczas wrześniowego (9-10.09) 30-stolecia matury w Szymanowie (Pani Agnieszce Nagalskiej, Dance Zdrojewskiej, Monice Rakusie, Gosi Najuch).

pan-cogito-b-iext33691900Nagrodą dla pozostałych Autorek będą ślicznie wydane tomiki poezji Zbigniewa Herberta ‘Pan Cogito’. Autorkami tymi są:

  • Anna Bańkowska,
  • Grażyna Goreckia,
  • Marii (Marychny) Baraniecka-Witkowska ,
  • Klaudia Wiertiuchow.

Bardzo dziękujemy Autorkom za wspaniałe teksty. Gratulujemy i pamięci i talentu pisarskiego! Oczywiście- mimo, że konkurs się skończył- prosimy o więcej!

Lata 50-siąte

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), dla koleżanek Hanka (matura 1957): Na nowej drodze życia, Dom szymanowski w moich wspomnieniach, Uroczystości. Nasze Mistrzynie, Nasze Siostry, (Pani Anna przysłała nam wiele więcej opowieści- będziemy je publikować w kolejnych Kurierkach. I serdecznie za te niebanalne opowieści dziękujemy )

Lata 60-siąte

Grażyna Gorecka, Szymanów 1965-1969: PORZĄDKI SZKOLNE-(z pamiętnika ósmoklasistki)Andrzejki, Mikołajki

Maria (Marychna) Baraniecka-Witkowska, matura Szymanów1964: Nasza Siostra GizelaWspomnienie o Siostrze Pauli.

Lata 80-siąte

Agnieszka Nagalska: Spacer, Przypis

Klaudia Michalik( Wiertiuchow): Pani Kozłowa

Małgosia Najuch: Dziwne nazwy, przezwiska, listy po-maturalne i zespół Genesis- czyli wspomnienia z Szymanowa sprzed 30 lat,

Monika Rakusa (Dworakowska): Szymanów- przedstawienie- 1981 rok

Danka Zdrojewska (z d. Sadowska): Setna wydanie Listy przebojów Programu Trzeciego, Fermi na lekcjach fizyki

Czekamy na Wasze opowieści z czasów SZKOLNYCH

Konkurs na opowieści ze szkół niepokalańskich już się skończył. Ale- wciąż prosimy o Wasze wspomnienia: o siostrach, koleżankach, zwyczajach, wydarzeniach. Ocalmy te wspomnienia! Poniżej znajdziecie kolejne niezwykłe opowieści. Czytajcie i … zabierajcie się do pisania.  Czekam i zapraszam!

Beata Rudnicka

Reklamy

Darmowa pomoc dla dzieciaków z Wałbrzycha

f3Już od dziś Fundacja Garczyńskiej może otrzymać od Ciebie darowiznę za każdym razem, gdy kupujesz coś w internecie! I to zupełnie za darmo! Sklep, w którym zrobisz zakupy, przekaże część ich wartości na nasze konto. PROSZĘ, SKORZYSTAJCIE z TEJ MOŻLIWOŚCI.

Jedyne, co trzeba zrobić to:

1. Wejść na https://fanimani.pl/fundacja-garczynskiej/ i kliknąć “Wspieram”. (zapiszcie sobie tę stronę w zakładkach- żeby było łatwiej przy każdych kolejnych zakupach)

2. Wybrać sklep, w którym chcesz zrobić zakupy.

3. Zrobić zakupy tak jak zawsze – Fundacja Garczyńskiej otrzyma część wartości Twoich zakupów. Co najważniejsze – NIE ZAPŁACICIE ANI GROSZA WIĘCEJ!  Te fundusze pomogą nam lepiej zająć się dziećmi. To naprawdę proste!

Korzystanie z serwisu fanimani.pl jest całkowicie bezpłatne, zatem możesz śmiało korzystać z niego podczas każdych zakupów w internecie i wspierać dzieciaki z Wałbrzycha.

Jesi chcecie zobaczyć jak to działa zerknijcie na fanimani.pl na sam dół- jest tam krótki ale komunikatywny firmlik.

Dziękuję za Twoje wsparcie, Beata Rudnicka

Siostry klasowe, siostry nauczycielki

 Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

265Miałyśmy to szczęście, że zajmowały się nami naprawdę niezwykłe siostry, które przeszły do historii Zgromadzenia, zajmując w niej poczesne miejsce. Większość z nich już nie żyje, a ich imiona noszą już nowe niepokalanki, z czym trudno mi się pogodzić. Wyznaczona na naszą pierwszą klasową s. Irena nie mogła z początku objąć swych obowiązków, ponieważ przygotowywała się do ślubów wieczystych. Do ferii świątecznych zastępowała ją starsza wiekiem siostra Alma, jednak wtedy nie wiedziałyśmy, że to tylko zastępstwo. Co zapamiętałam z tych pierwszych dni? Głęboko osadzone niebieskie oczy za nieproporcjonalnie wielkimi okularami w brązowych oprawkach, pochyloną do przodu kruchą postać i pełen dobroci uśmiech. Mawiała do nas: „Moje dziewczynki złote”, co trochę nas wzruszało, a trochę śmieszyło, zwłaszcza przy częstym powtarzaniu. Potem się okazało, że niebieskie oczy potrafią w razie potrzeby zmienić się w okruchy lodu, a szczęka, podobnie jak u słynnego „Znaczy Kapitana”, przesuwać się na sztorm. Jak każde zbiorowisko obcych sobie dziewcząt, skazanych przez 24 godziny na dobę na swoje towarzystwo, musiałyśmy się dotrzeć i szło nam to wyjątkowo opornie. Złożyło się na to wiele czynników, takich jak różnice poziomu naszych poprzednich szkół, różnice charakterów oraz problemy wynikłe z tego, w jakich czasach przyszło nam żyć. Siostra Alma – człowiek przedobry, ale bezkompromisowy – usiłowała wdrożyć nas do regulaminu, my zaś nie umiałyśmy jeszcze wyzbyć się przyzwyczajeń ze świeckich szkół, w których nauczyciele i dzieci stali po dwóch stronach niewidzialnej barykady. Byłyśmy nieposłuszne, nagminnie łamałyśmy zakazy, tym bardziej, że nie rozumiałyśmy ich sensu. Co to za szkoła, w której się nie ściąga i nie podpowiada? Dlaczego nie wolno jeść poza refektarzem? I co komu szkodzi, jeśli się będzie gadało przy myciu? Poza tym siostra Alma niczego nas nie uczyła (bo miała pod opieką alumnat, ale myśmy nawet nie znały tego słowa), pojawiała się w klasie podczas studium, kiedy nie było wolno rozmawiać, a pierwsze klasowe zebrania poświęcone były siłą rzeczy różnym naszym grzeszkom. Już łatwiej przychodziło nam zżyć się z siostrami nauczycielkami, zwłaszcza z matematyczką siostrą Ireną (która wiedząc, że niebawem zostanie naszą klasową, przyglądała się nam szczególnie uważnie,) i z polonistką siostrą Izabelą, naszą podklasową (strasznie chodziłyśmy jej po głowie). Lubiłyśmy też przedobrą siostrę Herminę (geografia), która śmiesznie przekręcała nasze nazwiska i panią Wandę Stabrowską od rosyjskiego, która urządzała „niezapowiedziane sprawdziany”, zawsze niby przypadkiem wyjawiając ich termin. Taki stan rzeczy trwał mniej więcej przez pierwsze dwa tygodnie. Pod koniec września zapowiedziano nam, że wieczorem odbędzie się kominek. W Szymanowie – jak w każdym szanującym się pałacu – kominków było kilka, ale nie miałyśmy pojęcia,  że czasem naprawdę rozpala się w nich ogień i że jest to swego rodzaju uroczystość. Ten pierwszy kominek, na górnym hallu, poświęcony był zapoznaniu ósmej klasy z historią Zgromadzenia i szkół niepokalańskich. Po raz pierwszy wtedy usłyszałam o Matce Marcelinie, Matce Józefie, o Jazłowcu, ułanach z 14. pułku i Pani Jazłowieckiej. Tego wieczoru dotarło do mnie, że oto przyjęto mnie do pewnej społeczności i poczułam się tym zaszczycona. A wszystko to za sprawą siostry Almy, która opowiadała nam to wszystko tak, jak dobra babcia opowiada dziecku historie z dzieciństwa jego rodziców. Zrozumiałam wtedy,  że zyskałam nową rodzinę, a ponieważ w mojej własnej nie za dobrze się czułam, przylgnęłam do niej z całego serca, i to na wiele lat. Od tej pory także inaczej patrzyłam na samą siostrę Almę. Z czasem nauczyłam się cenić jej ogromną erudycję, z którą nigdy się nie afiszowała, poczucie humoru, inteligencję, wreszcie talent poetycki. Do dziś potrafię recytować z pamięci całe fragmenty jej wierszy, które krążyły po klasie w odpisach.

Nadeszło Boże Narodzenie, a kiedy po feriach wróciłyśmy do Szymanowa, powitała nas nowa klasowa – siostra Irena. W styczniu umarła przełożona domu siostra Wanda, zaś do celi przy kaplicy wprowadziła się siostra Alma. Nasza klasa puchła z dumy: wychowałyśmy sobie własną przełożoną! I Siostra także o nas nie zapomniała; może nam się wydawało, ale uważałyśmy już do matury, że mamy do niej szczególne prawa. Byłyśmy zresztą jej ostatnią klasą.

Z wielką mądrością potrafiła łagodzić konflikty, szczególnie te, które nieuchronnie wybuchały między nami a młodymi, nadgorliwymi siostrami. Pamiętam, jak pod koniec dziewiątej klasy wydało się, że Iza, moja koleżanka z Podkowy, nie je mięsa (zresztą za wiedzą i zgodą swojej matki). Przez ponad rok udawało się jej to ukryć, ale w końcu siostra Irena ją dopadła i postawiła sprawę na ostrzu noża: jak to nie zje? Tu nie ma żadnych grymasów. Nieszczęsna Iza, która we wczesnym dzieciństwie widziała zarzynanego kurczaka, miała dotąd siedzieć przy stole, aż zje. I nie wiadomo, czym by się skończyła cała sprawa, gdyby przez refektarz nie przechodziła właśnie siostra Alma. Tylko rzuciła okiem i od razu wiedziała, o co naprawdę chodzi. Odwołała na bok siostrę Irenę, coś tam jej powiedziała, i  naszej wegetariance uchylono wyrok. Co więcej, nikt jej odtąd nie zmuszał do jedzenia mięsa.

Żałuję, że mając blisko siebie tę niezwykłą osobę, nie potrafiłyśmy jej docenić. Że była perłą, rzuconą nie tyle przed wieprze, co przed cielęta.

Ilekroć – już jako dorosła –  przyjeżdżałam do domu, w którym przebywała (przeważnie Szymanów albo Sącz), witały mnie jej wyciągnięte ramiona i promienny uśmiech, który urzekł także moją wówczas kilkuletnią, a dziś dorosłą córkę. Z tego okresu pamiętam długie rozmowy na tematy polityczne, podczas których zdumiewała mnie trafność jej osądu, umiejętność wzniesienia się ponad wszelkie podziały i wielka tolerancja.

S. Irena, budziła w nas od początku zupełnie inne uczucia. Przede wszystkim – jako młoda osoba, obdarzona wielkim osobistym urokiem, działała na naszą wyobraźnię, toteż fantazjowałyśmy na jej temat ile wlezie. Taka śliczna! Dlaczego wstąpiła? Pewnie narzeczony zginął na wojnie… Pewnie to był ułan jazłowiecki… O tak, już do końca będzie nam się kojarzyć z ułanami. Wytropiłyśmy, że „w cywilu” miała na imię Krystyna (w tamtych czasach imiona świeckie sióstr były dla nas tajemnicą i z zapałem godnym lepszej sprawy starałyśmy się je wyśledzić) i od tej pory stała się dla nas panną Krysią z „Ostatniego mazura”. „Czy pozwoli panna Krysia – młody ułan pyta” – podśpiewywałyśmy na jej widok, strojąc małpie miny. Kiedyś, sprowokowana naszą niezdarnością – pokazała nam, jak naprawdę powinno się go tańczyć.

– Co wy tak skaczecie! To ma być mazur?! W mazurze powinno się płynąć, o tak!

Gapiłyśmy się na nią z otwartymi buziami, bo rzeczywiście płynęła.

Miała też piękny głos – sopran. Słuchając jej w kaplicy miało się wrażenie, że za chwilę uleci do nieba w swym szafirowym płaszczu. Niestety niedługo mogłyśmy się nim cieszyć; z powodu nadmiernej eksploatacji szybko go straciła i przez jakiś czas nawet mówienie sprawiało jej trudność.

Nasza „Panna Krysia” bynajmniej nie była chodzącą łagodnością, jak można by się spodziewać po jej anielskiej urodzie. Przeciwnie, trzymała nas twardą ręką, nie szczędząc złośliwych uwag tym, które na nie zasłużyły. Matematyki uczyła wspaniale, nawet największy tuman rozumiał jej klarowne wywody, ale wymagała naprawdę bardzo dużo. Już po pierwszych paru lekcjach zorientowała się w naszych brakach i na początek kazała nam opanować pamięciowo tabliczkę mnożenia w zakresie 20. Zalety jej nauczania doceniałyśmy na końcowych egzaminach, które obowiązywały wtedy w IX i X klasie, a także na maturze.

Oczywiście wszystkie siostry były pobożne, ale z s. Ireny umiłowanie Boga po prostu promieniowało. Tak bardzo starała się w nas także je zaszczepić, wpoić nam właściwe zasady moralne, że – idąc „na skróty” nie uchroniła się przed kilkoma poważnymi błędami wychowawczymi. Jednym z nich była tzw. sprawa ekierki, którą przedstawiam tu tak, jak ją zapamiętałam, chociaż moja wersja różni się nieco od wersji niektórych koleżanek, a nawet samej s. Ireny.

Przy okazji lekcji matematyki s. Irena chciała nauczyć nas porządku, dlatego specjalny nacisk kładła na to, aby każda miała zawczasu przygotowane przybory geometryczne: linijkę, ekierkę, cyrkiel, kątomierz. Wiele nam brakowało do ideału – jak to w młodym wieku, ciągle coś się gubiło, potem się tego szukało, pożyczało itd. Kto by tam przywiązywał wagę do takich drobiazgów… No i kiedyś miarka się przebrała.

– Mirka, co ty się tak kręcisz?

– Ja tylko, proszę siostry, chciałam pożyczyć ekierkę.

– Nie masz swojej?

– Miałam… ale gdzieś mi zginęła.

– Jak to zginęła?! Przecież wszystkie przybory macie w klasie?

– Ale…

– Pożyczyłaś komuś?

– Nieee…

Śledztwo zaczynało nabierać rozmachu.

– Dziewczynki, kto wziął ekierkę Mirki?

Cisza.

– Niech każda sprawdzi u siebie.

Trzaskanie pulpitami. Nikt nie ma.

– No więc co się stało z ekierką Mirki? Przecież nie wyszła z klasy? Nie wyjdziemy, póki się nie znajdzie. Proszę szukać.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać. Już nikt się nie cieszył, że matma się urywa. Jakoś głupio…

Ekierka się nie znalazła. Minęła lekcja, po niej następna, potem – normalnym trybem – mycie rąk, obiad, rekreacja, studium. Zamiast wieczornej rekreacji – zebranie z s. Ireną.

– Dziewczynki przejdę teraz do „językowego”. – Był to mały pokoik połączony drzwiami z naszą klasą, niemający już nic wspólnego ze swoją nazwą. – Każda po kolei będzie wchodzić i patrząc mi w oczy odpowie na pytanie, czy wzięła ekierkę Mirki.

Nikt się jednak nie przyznał. S. Irena ze ściągniętą smutkiem twarzą wyszła z „pokoju przesłuchań”.

– Przykro mi, ale trzeba nazwać rzecz po imieniu: któraś z was ukradła ekierkę i w dodatku kłamie. Pójdziemy do kaplicy, żeby się za nią pomodlić.

Ten koszmar ciągnął się trzy dni. Codziennie powtarzała się scena w „językowym” i modlitwy w kaplicy. Czułyśmy się okropnie, patrzyłyśmy na siebie spode łba, ale nic nie pomagało. Pamiętam taki moment, kiedy patrząc siostrze w oczy podczas kolejnego przesłuchania, nie byłam już na sto procent pewna swojej niewinności. Czy aby na pewno nie ruszałam tej wstrętnej ekierki? W internacie też już zaczynało być głośno o naszych kłopotach.

W końcu siostra – wykończona całą tą historią, a pewnie przerażona tym, co rozpętała – zwróciła się do nas raz jeszcze z gorącym apelem: Niech to się wreszcie skończy. Ona rozumie, że każdy może zbłądzić. Ze swej strony uroczyście przyrzeka, że nigdy, ale to nigdy nikomu nie powie nazwiska winowajczyni. Niech Pani Jazłowiecka doda jej sił…

Tym razem się udało.

– Dziewczynki, chodźmy podziękować Matce Bożej. Przyznała się…

Huk kamieni, jakie spadły wtedy z naszych serc, musiał chyba dotrzeć aż do nieba. Rocznica tego dnia – 14 marca – była potem uroczyście obchodzona jako klasowe święto, a sama ekierka zawisła jako wotum przy posągu Pani Jazłowieckiej z napisem: Naszej Pani 3790 perełek do diademu kl.VIII. Rok Maryjny 1954.

Jak już wspomniałam, nie wszystkie z nas zapamiętały tę historię w taki sam sposób. Sama s. Irena po latach twierdziła, że nie chodziło o kradzież ekierki, ale o jej zniszczenie dziurkaczem. Podobno była to plastikowa – a więc wówczas cenna – ekierka, przysłana Mirce z Ameryki. Odnotowuję to z obowiązku, ale wersji tej zaprzecza dziś sama Mirka: nikogo w Ameryce nie miała. A poza tym kto wtedy miał dziurkacz? Wystarczyłoby znaleźć posiadaczkę dziurkacza i wszystko było jasne… Tak czy inaczej, nazwisko winowajczyni na zawsze pozostało tajne. S. Irena zabrała je z sobą do grobu.

Cała afera – chociaż stanowi jaskrawy przykład tego, jak nie należy rozwiązywać podobnych problemów – przyczyniła się paradoksalnie do skonsolidowania klasy (przynajmniej na jakiś czas). Gorliwość s. Ireny jednak nie wszystkim trafiała do przekonania, a jej skłonności do nadmiernego drążenia różnych tematów niektóre z nas złościły. Mało co umknęło jej przenikliwemu oku, a nie każda z nas lubiła, gdy jej duszę poddawano obróbce. Najwięcej szkody jednak wyrządziło w naszej klasie powołanie przez s. Irenę tak zwanego „kółka”. Kółko to był… że odwołam się do terminologii peerelowskiej – AKTYW. Aktyw religijny. Nie można było się do niego zwyczajnie zapisać – członkinie – same najpobożniejsze i najgrzeczniejsze – przyjmowano „w uznaniu zasług”. W ten sposób zamiast niwelować różnice, zaczęto je podkreślać, tworząc jeszcze jedną elitę. Oczywiście reszta klasy, z miejsca poczuła się „gorsza”, co odbiło się na wzajemnych stosunkach. Kółko miało swoje tajemnicze rytuały – jakieś dodatkowe modlitwy w różnych intencjach, jakieś zebrania, jakieś palenie świec itp. Wszystko to ad maiorem Dei gloriam, ale owoce niestety okazały się fatalne. Chodziły te „kółkowe” po klasie ze świętoszkowatymi minami, patrząc z wyższością na resztę, która posądzała je – niesłusznie zresztą – o specjalne względy u s. Ireny.

Cała sprawa wygasła po X klasie, kiedy to naszą klasę objęła s. Klara. Klasową XI klasy była tradycyjnie s. Matea, zwana nie bez powodu „Kulą”, słynna z talentów dydaktycznych i charyzmy wychowawczej polonistka starszych klas. My jednak nie miałyśmy szczęścia trafić pod jej skrzydła: s. Matea zamiast naszą klasową została dyrektorką szkoły. Natomiast polskiego zaczęła nas uczyć w X klasie i były to lekcje niezapomniane. Osobiście najbardziej lubiłam wykłady s. Matei – było to dla mnie prawdziwe święto, niestety rzadkie. Mówiła jasnym, klarownym językiem, bez żadnej kartki i słuchałam jej jak zaczarowana. Zapamiętałam szczególnie dwa: o „Lalce” Prusa i o symbolizmie. W spisie lektur znajdowały się wówczas utwory potępiane przez Kościół i takie, których, zdaniem sióstr, nie powinnyśmy czytać. Ponieważ jednak były obowiązkowe, siostra Matea nam je dokładnie streszczała i sama przeprowadzała analizę. Dużą wagę przywiązywała do gramatyki, a ponieważ była osobą krewką, zdarzały się sytuacje, kiedy dosłownie pół klasy dostawało dwóje. Pamiętam takie jedno zdanie: „Wsiadając do powozu, zaczął padać deszcz”. Siostra zapytała, na czym polega błąd. Ta, która odpowiadała pierwsza, nie wiedziała, kilka następnych także. W oczach siostry  pojawiły się znajome niebezpieczne błyski. Wyciągnęła dziennik i zaczęła pytać według listy, a wtedy poooszło! Dwója, dwója, dwója… i tak gdzieś do litery M. Na klasę padł blady strach, po prostu straciłyśmy zdolność myślenia, a to już był najcięższy z grzechów.

Mało która z nas, nawet po latach, potrafiła docenić walory s. Klary. Dawna wychowanka jazłowiecka, uczyła nas łaciny i historii, a dodatkowo – dla chętnych – prowadziła zajęcia z historii sztuki na bardzo wysokim poziomie. Wiedza wyniesiona z tych zajęć niejedną uczestniczkę doprowadziła na uniwersyteckie wydziały historii sztuki, a naszej koleżance Teresie przydała się do prowadzenia z powodzeniem własnej galerii sztuki w Londynie. Do matury s. Klara przygotowywała nas rzetelnie, starannie rozdzielając wiedzę oficjalną, wymaganą przez władze, od tego, „co każda Polka wiedzieć powinna”. Jako dawna mieszkanka kresów wschodnich, bardzo emocjonalnie podchodziła do tej swojej misji. Pamiętam, z jakim żalem mówiła o najeździe bolszewickim: „…i te wojska szły na nas, a paląc i mordując, śpiewały „Katiuszę”, a wy teraz podśpiewujecie to sobie pod nosem jak gdyby nigdy nic…”. Rzeczywiście się to zdarzało, ale od czasu tej lekcji ilekroć usłyszałam tę wpadającą w ucho piosenkę, przypominała mi się s. Klara. Sama nigdy już jej nawet nie zanuciłam.

Z wielkim zainteresowaniem śledziła bieżące wypadki, a powstanie na Węgrzech (1956) i polski październik niemal odchorowała. O bohaterstwie Węgrów napisała wiersz, zadedykowała go naszej klasie („Napisałam dla moich dzieci”). Prawie żadna z koleżanek po latach o tym nie pamiętała. Czy to nie dziwne, że dwie z naszych klasowych były poetkami?

Osobiście byłam ogromnie przywiązana do s. Klary, ale większość klasy jakoś nie umiała się z nią dogadać i obdarzyć prawdziwym zaufaniem. Mimo popełnionych błędów to s. Irena została w naszej pamięci jako ta najwspanialsza wychowawczyni, która niemal do ostatnich swoich dni uczestniczyła w klasowych spotkaniach. S. Klara – już wtedy schorowana, cierpiąca na straszliwe migreny (dowiedziałam się o nich dopiero po jej śmierci), po prostu nie miała do nas siły. Począwszy od przedmaturalnego półrocza wzajemne stosunki zaczęły układać się coraz gorzej. Za jakieś przewinienie, którego dziś już nie pamiętam, zostałyśmy pozbawione studniówki. Potem, na wiosnę, na ostrzu noża stanęła sprawa kapci. Nasza klasa mieściła się na parterze, o parę kroków od głównego wejścia. Kiedy przygrzało słońce, zaczęłyśmy podczas przerw wybiegać na podjazd, co było zabronione – należało najpierw zmienić buty na skośniaku. Zakaz wydawał się nam absurdalny: wychodząc na betonowy podjazd nie sposób przecież nanieść błota? Ale siostrze chodziło o zasadę, więc zrobiła się wielka afera. Doszło do tego parę innych pretensji – wzajemnych – tak że przed maturą atmosfera w klasie stała się dość nieprzyjemna, choć inne siostry nauczycielki nie bardzo się w tym orientowały. Istniał w Szymanowie zwyczaj, że kolejne roczniki maturzystek zostawiały siostrom swoje legitymacyjne fotografie do albumu absolwentek. Nam powiedziano, że naszych zdjęć siostry sobie nie życzą. Okazało się jednak po latach, że kilka fotografii znalazło się jednak w owym albumie, a siostry nie mają pojęcia, dlaczego brakuje innych, ponieważ dawno o tych sporach zapomniały… Z niedowierzaniem przyjęły też informację, że nie miałyśmy za karę nie tylko studniówki, ale także balu maturalnego (ta tradycyjna impreza w rzeczywistości nie zasługiwała na swą szumną nazwę; nie brali w niej udziału żadni goście z zewnątrz, każdemu rocznikowi urządzały ją koleżanki z przedmaturalnej klasy, bardzo starannie się do tego przygotowując).

Ja sama też czuję się winna wobec s. Klary, już Ona wie dlaczego… Tak się złożyło, że przez kilkanaście lat nie pokazywałam się w Szymanowie, a gdy w końcu przyjechałam, s. Klara już nie żyła. Ale przynajmniej nie mogę powiedzieć, że jej nie kochałam.

Siostrom klasowym – szczególnie w młodszych klasach – pomagały podklasowe, młode stażem zakonnym alumnatki, niekiedy nawet postulantki. Czasem okropnie wykorzystywałyśmy ich brak doświadczenia i dobre serce – tak było np. z siostrami Izabelą i Elizą, ale raz zdarzyło się, że trafiła kosa na kamień. W IX klasie naszą podklasową i zarazem nauczycielką historii została – zaraz po pierwszych ślubach – s. Ewa*, nawiasem mówiąc, krewna znanego komunisty, późniejszego przewodniczącego Rady Państwa. Bardzo wymagająca, wzniosła niemal na szczyty poziom naszej wiedzy historycznej, zmuszając nas do systematycznej nauki. Ponieważ byłam wtedy wielkim leniem, lawirowałam, jak tylko mogłam, wpadając ciągle w chytrze przez s. Ewę zastawiane zasadzki. Jedna z nich polegała na tym, że po odpytaniu i postawieniu piątki wywoływała mnie do odpowiedzi na następnej lekcji, co zwykle kończyło się dwóją. I tak właśnie wyglądały moje stopnie z historii: albo piątka, albo dwója. Oczywiście pracując w ten sposób, nie mogłam marzyć o czwórce na świadectwie. S. Ewa – uważając, że stać mnie na dobry stopień – bardzo nad tym bolała, toteż często padałam ofiarą jej słynnych ataków złości, których bała się zresztą cała klasa. Ale mimo wszystko – jak ofiarę do kata – coś mnie do niej przyciągało: działałam w prowadzonym przez nią kółku bibliotecznym (bardzo mi się później to przydało) i nasza współpraca na tym akurat gruncie układała się doskonale. Kiedy wskutek choroby trafiła do sanatorium, pisywałyśmy nawet do siebie listy. Chyba byłam jedyną osobą w klasie, która podjęła jakiś wysiłek, aby się z nią zaprzyjaźnić, bo naprawdę nikt jej nie lubił. Nazywana Szczurem, siała prawdziwy postrach i niejedna łza się polała z jej powodu. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nikt nie żałował, kiedy opuściła zgromadzenie. Dowiedziałam się o tym pierwsza: s. Anuncjata wezwała mnie na rozmowę i wręczając list byłej już s. Ewy, poinformowała krótko o sprawie. Odtąd s. Ewa stała się najpierw dla mnie, a potem dla całej swojej (jedynej zresztą) klasy – po prostu Ewą. Kilka razy spotkałam się z nią już na gruncie neutralnym, potem jednak te kontakty ustały.

Po wystąpieniu Ewa zrobiła doktorat (pisała o dziele Matki Marceliny), a z czasem doczekała się tytułu profesora. Założyła rodzinę, była też gorliwą działaczką Solidarności, co przypłaciła pobytem w słynnym obozie internowania w Gołdapi i ciężką chorobą. Jest autorką wielu książek na temat zgromadzenia, w tym znakomitego dzieła „Niepokalanki w polskim trwaniu”. Ostatnio na zamówienie ss. franciszkanek z Lasek napisała biografię Matki Elżbiety Czackiej. Kontaktów z naszą klasą – także ze mną – konsekwentnie unika i trudno mieć o to pretensję.

* Jabłońska, później Deptułowa.

Nasze mistrzynie

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie 1957

Wychowując całe pokolenia dziewcząt, siostry opierały się na systemie i wskazówkach bł. Matki Marceliny Darowskiej, która obdarzona była niepospolitą intuicją i charyzmą, chociaż nie posiadała formalnego wykształcenia (w jej czasach dziewczęta kończyły co najwyżej pensję). System wychowawczy Matki Marceliny stał się później tematem niejednej pracy naukowej, ale jej następczyniom w II połowie XX wieku nie zawsze wystarczał. Nasi rodzice, oddając nas pod opiekę sióstr, wierzyli jednak w ich doświadczenie i dobrą wolę. Z doświadczeniem różnie bywało, ale z pewnością nie brakowało serca. Tylko dlatego umiałyśmy po latach wybaczyć siostrom nawet rażące błędy wychowawcze – dobrze wiedziałyśmy, że chciały jak najlepiej i kierowały się – we własnym pojęciu – naszym dobrem, tak jak to czynią kochający rodzice.

Wspomniana na początku s. Ena była naszą mistrzynią tylko do końca VIII klasy. Jako wychowawczyni wywarła na nas wpływ o tyle, że to jej przypadło niewdzięczne zadanie wdrażania nas do klasztornych rygorów, co nie wszystkim się podobało. Uczyła nas też religii. W VIII klasie program obejmował rozwinięcie katechizmu (oczywiście według zasad przedsoborowych). Na resztę życia zapadły mi w pamięć nauki s. Eny o przykazaniach Boskich, o sumieniu i tym podobnych zagadnieniach. Mniej więcej w połowie roku szkolnego popadłam z nią w ostry konflikt: niesłusznie zarzuciła mi kłamstwo i od tej chwili ją znielubiłam, zresztą nie ja jedna. Po wakacjach nie zastałyśmy już s. Eny w Szymanowie i spotkałam ją dopiero po wielu latach, kiedy byłam już babcią. Ponieważ sama mnie zagadnęła, wyjaśniłam jej tę sprawę z przeszłości, ona zaś przyznała, że popełniła błąd. Odtąd aż do końca jej życia pozostawałyśmy w serdecznym kontakcie, przy czym niebagatelną rolę odegrał mój podziw dla wielkiego talentu literackiego s. Eny.

Anuncjata – wielka indywidualność zarówno jako mistrzyni, jak i nauczycielka religii (w tym historii kościoła, dogmatyki i etyki) – przejęła nas po ósmej klasie i doprowadziła do samej matury. Żadna z nas nie może powiedzieć, że była wolna od jej wpływu, bez względu na to, czy darzyła ją sympatią czy też nie. Jak każda nieprzeciętna postać – „Onuca” (ta ksywka pochodziła od uproszczonej wersji imienia: Anuncjata – Anuca – Onuca) wyzwalała skrajne uczucia: jedne ją uwielbiały, inne wręcz przeciwnie. Wszystkie jednak doceniały jej niezwykłe walory, które z czasem wyniosły ją do godności przełożonej najpierw domu, potem całego zgromadzenia.

Przejmując władzę nad internatem, była młodsza, niż nam się wówczas zdawało, ale autorytet dosłownie z niej promieniował. Mało co umykało jej przenikliwym niebieskim oczom, kontrastującym z zawsze rumianą twarzą, która pod wpływem gniewu przybierała ciemnoczerwoną barwę. Z oczu biły wówczas prawdziwe błyskawice, a stentorowy głos niemal wbijał nas w ziemię. Spontaniczna w gniewie, potrafiła także wybuchać zaraźliwym śmiechem, odsłaniając przy tym galerię białych zębów. Bardzo muzykalna, z pasją grała na fortepianie, obdarzona też była pięknym, niskim głosem, którym wtórowała sopranom, włączając się do chóru.

Niczym urodzony wódz, potrafiła dokonać błyskawicznej oceny sytuacji i równie błyskawicznie podjąć decyzję. Niestety nie zawsze trafną. A kiedy już wyrobiła sobie zdanie w jakiejś sprawie – to koniec, żadna siła nie mogła jej przekonać. Tak mocno stąpała po ziemi, że czasem dawało to efekt słonia w składzie porcelany. Ale z drugiej strony, trzeźwe podejście do życia pozwalało nawiązać jej znakomity kontakt z dziewczynkami ze wsi, a już najlepiej czuła się wśród „sądeckich dziopek”. Nigdy też nie przeszło nam przez myśl, by snuć na jej temat jakieś romantyczne mrzonki, jak w przypadku s. Ireny.

Nie była drobiazgowa i napotkawszy jakiś problem, z miejsca przechodziła do istoty rzeczy, nie wdając się w zbędne – jej zdaniem – szczegóły. Miało to złe i dobre strony – czasem szkoda jej było czasu na wysłuchiwanie rozwlekłych i nieporadnych tłumaczeń.

Kochała koty, bała się żab. Już jako przełożona Szymanowa, trzymała w celi kotkę, która okociła się jej na łóżku. Naprawdę, sama mi o tym opowiadała. Jako matka generalna uratowała przez relegowaniem z terenu klasztoru wilczura Wektora, podarowanego s. Marcie przez jej wychowanki, na co stanowczo nalegała ówczesna przełożona domu. Pokażcie mi drugą taką zakonnicę!

Po śmierci s. Anuncjaty napisano wiele pochlebnych słów na temat jej metod wychowawczych i tego, jak umiała zjednać sobie serca uczennic. Wtedy jednak – w latach pięćdziesiątych – ona także nie ustrzegła się od błędów, a niektóre z nich miały poważne konsekwencje. Muszę tu o nich napisać, gwoli prawdy historycznej, chociaż dziś to wszystko brzmi dość absurdalnie. Sama s. Anuncjata zresztą wyznała po latach, że nie rozumie, jak mogła postąpić w tak nieodpowiedzialny sposób.

Była Palmowa Niedziela. Na popołudniowej rekreacji Iza i Ania – dwie najlepsze uczennice naszej maturalnej już klasy zapuściły się na popołudniowej rekreacji w stronę gospodarstwa. Pech chciał, że po drodze spotkały jednego z osiołków. Niewiele myśląc, Iza, która trzymała w ręku jakiś badyl, usiadła mu na grzbiecie. Ania szła obok, prowadząc osiołka za uzdę. Cały ten malowniczy orszak posuwał się z wolna alejką, kiedy nagle u jej wylotu ukazała się krępa sylwetka s. Anuncjaty. Nietrudno sobie wyobrazić, co jej przyszło na myśl: oto dwie smarkate naigrawają się z Pana Jezusa. I pomyśleć, że dziś tego typu inscenizacje są nie tylko dozwolone, ale wręcz organizowane przez niektórych proboszczów…

Ta scenka jednak – jak zaklinają się po dziś dzień obie bohaterki – absolutnie nie była zamierzona. Po prostu Iza usiadła sobie na osiołku, a że akurat miała w ręku ów nieszczęsny badyl, to już jej pech. Niemniej, w s. Anuncjatę na ten widok jakby piorun strzelił. Nawet nie próbowała zadawać żadnych pytań.

– W tej chwili pakować się i wyjeżdżać! Za pół godziny ma tu śladu po was nie być!

Oczywiście nie miała prawa podejmować takiej decyzji samodzielnie, bez porozumienia z dyrektorką i przełożoną domu. Ale była tak pewna swego, że nie wahała się ani chwili: dziewczyny dopuściły się bluźnierstwa!

Był kwiecień, o letnim czasie nikt wtedy nie słyszał, szybko zapadał zmierzch. Do stacji 6 kilometrów. I w dodatku za trzy tygodnie matura…

Dziewczyny nie próbowały dyskutować ani nikogo przekonywać. Pośpiesznie spakowały rzeczy i pieszo ruszyły w drogę.

Na stacji przyczepiły się do nich jakieś miejscowe męty. Zobaczył to mój ojciec, który akurat wracał z odwiedzin u mnie, i próbował stanąć w ich obronie. Napastników rozjuszyło to do tego stopnia, że zrzucili go na tory. W ostatniej chwili zdołał uciec przed nadjeżdżającym pociągiem…

Ania mieszkała w Warszawie, Iza w Podkowie Leśnej. Nikt się ich w domu nie spodziewał, a łączność telefoniczna w owych czasach praktycznie nie istniała – na połączenie czekało się godzinami. Dziewczyny uznały, że najpierw pojadą do Ani, a potem się zobaczy, tym bardziej że matka Ani była znana z liberalnego podejścia do wychowania. Skończyło się na tym, że siedziały w Warszawie tydzień i – jak wspominają – świetnie się bawiły. W końcu jednak wszystko się wydało. Matka Izy nie szczędziła siostrom gorzkich słów. No i zaczęły się kłopoty. Kuratorium nie wyraziło zgody na wydalenie ze szkoły dwóch najlepszych uczennic na trzy tygodnie przed maturą, więc siostry musiały ustąpić. Ale pozwoliły im przyjechać dopiero na same egzaminy, bez prawa powrotu do internatu.

 

photo cc by Gianfranco Goria

Tak dramatycznych skutków 4459966085_f6e606d571_onie miała równie absurdalna „afera z ogonami”, w której brała udział nie tylko s. Anuncjata, ale przede wszystkim dyrektorka szkoły i przełożona. W owych latach na ekranach kin królowała Brigitte Bardot i w związku z tym wśród dziewcząt panowała moda na „końskie ogony”. Po dziś dzień nikt w zgromadzeniu nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tę twarzową i wygodną fryzurkę siostry uznały za niedozwoloną, ale tak właśnie było. W dodatku ogony dzieliły się na „słuszne” i „niesłuszne”. Słuszne – to te wiązane na karku, niesłuszne – na czubku głowy, jak u Bardotki. Ba – ale jeśli wiązało się taki ogon „w połowie drogi”? Oto pytanie godne filozofów. A trochę wyżej albo niżej? Toteż prowadziło się wojnę podjazdową, walcząc o każdy centymetr.

Kiedyś jednak przelała się czara goryczy. Moja przyjaciółka Ewa, której matka uważała koński ogon za całkiem sensowną fryzurę, w końcu się zbuntowała przeciw temu absurdowi. Zaraz też wypatrzyło ją na apelu czujne oko siostry Matei – dyrektorki.

– Ewa, idź do sypialni. Wrócisz, jak się przeczeszesz.

Ewa siedziała w sypialni trzy dni. Czwartego przyjechała jej mama i dowiedziała się, że córka wylatuje ze szkoły. Był marzec, a w maju matura! Nic nie pomogło. Rodzice umieścili ją u rodziny w Żyrardowie, gdzie pomyślnie ukończyła edukację w aureoli ofiary wrednych zakonnic, które wyrzuciły ją za koński ogon! Był to tak oczywisty przykład klęski wychowawczej, że nie ma sensu go komentować, tym bardziej że same siostry bynajmniej temu nie przeczą.

Mimo tych przykrych przeżyć, bohaterki owych skandali szybko o nich zapomniały i na równi z pozostałymi koleżankami ochoczo biorą udział w spotkaniach i zjazdach. One też uważają, że to, co je spotkało, było skutkiem źle pojętej gorliwości, a nie osobistej zemsty. Dziś, kiedy patrzę na zdjęcie uczennic niepokalańskich ze strony internetowej KZJ, widzę same „słuszne” ogony i zaraz mi się śmiać chce.

Wracając do s. Anuncjaty, muszę tu przypomnieć jej niezwykłą wielkoduszność, z którą niejedna z nas się zetknęła i podczas pobytu w internacie i później, po maturze. Pochłonięta obowiązkami przełożonej generalnej, w ustawicznych rozjazdach po Polsce i świecie, kiedy trwał proces beatyfikacyjny Matki Marceliny, zawsze miała czas dla wszystkich „swoich” dzieci. Za jej kadencji było nie do pomyślenia, żeby dziecko wychowanki nie dostało się do – obleganego zwykle – przedszkola niepokalańskiego. W stanie wojennym potrafiła bezbłędnie namierzyć wielodzietne matki i pomagała im wykorzystując wszystkie swoje możliwości. I tak jak dawniej nigdy nie wdawała się w drobiazgi… Po beatyfikacji (która zresztą nastąpiła już nie za jej kadencji) usunęła się na Ukrainę i tam doprowadziła do tego, że w Jazłowcu znów zamieszkały siostry niepokalanki.

Siostra Gizela –  dusza kipiąca energią !

List od Jeanne Taillefer w przekładzie Grażyny Kręcickiej

Trudno jest oddać w kilku słowach, kim była dla mnie Siostra Gizela.  Zawsze czułam w niej osobę płonącą  ogniem miłości Boga  i  jednocześnie miłością bliźniego.

logo-scouts-d-europePoznałam ją  na początku  lat osiemdziesiątych, podczas pielgrzymki na Jasną Górę,  w czasie stanu wojennego. W Polsce brak było  wtedy  wszystkiego, toteż grupa, do której należałam (Notre-Dame d’Europe) składająca się  z szefów i szeftenek  skautingu europejskiego, uzyskała zezwolenie na dostarczanie lub wysyłanie  z Francji  pewnych przedmiotów. Zapamiętałam lampy dla oświetlenia jednego z domów Sióstr Niepokalanego Poczęcia, samochód dla młodego  niepełnosprawnego mężczyzny  z Kłodzka, automatyczne łóżko dla sparaliżowanej osoby ze Szczecinka… To odzwierciedla śmiałe  i nieszablone miłosierdzie Siostry. Udawało się nam  zawsze zadośćuczynić jej prośbom.

Równie nieszablonową była propozycja, by zorganizować w 1983  obóz letni dla naszych najmłodszych wilczków w Dursztynie, chciała zapoznać się  z naszą pedagogią. A w ślad  za obozem – dać przełożyć na polski nasze książeczki metodyczne.

Dodam, że w tym czasie  przygotowywała do druku książkę – przewodnik po sanktuariach maryjnych w Polsce. W związku z tym, znała wszystkie historyczne miejsca w Polsce i ich duchową symbolikę.  Zaproponowała naszej grupie, by wykorzystać jej prace i kontakty.  Co roku opracowywała dla nas program –  trasę, przebieg, osoby  mówiące po francusku na granicy oraz te, z którymi trzeba się skontaktować. To  pozwoliło nam  zwiedzić wzdłuż i wszerz  oraz ze wschodu na zachód całą Polskę.

Co za zmysł organizacji!  Wszystko było  zaplanowane w najmniejszych szczegółach !  Żadne biuro podróży nie wywiązałoby się lepiej z takiego zadania  ! Pozwoliło to nam poznać dokładnie Polskę « od podszewki ». W 1986 zawiodła nas do  rodziców księdza Popiełuszki, to wzruszające spotkanie na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Odwiedziliśmy również wtedy,  położone niedaleko miejscowości Święta Lipka,  miejsce, gdzie więziony był prymas Wyszyński…

Oczywiście  podstawą  naszych pobytów były domy  i szkoły  zgromadzenia. Goszczono nas w Szymanowie, Kościerzynie, Szczecinku, Łomiankach, Warszawie, Wałbrzychu, Jarosławiu, Nowym Sączu i Dursztynie !  Przyjęcie było zawsze rewelacyjne !  Szczególnie mile wspominam Wałbrzych. Przyjazd miał miejsce  zaraz po  bardzo nieprzyjemnym przekroczeniu granicy Czechosłowacji, powitanie dało nam wrażenie wielkiej wolności!  Dziś jeszcze  mam przed oczami, słyszę wałbrzyskie  uczennice  witające nas  na schodach śpiewem  – « Radość, miłość ».

Po upadku muru berlińskiego, klimat społeczny zmienił się. Widziałam, że było to wielką troską  Siostry Gizeli. Martwiła się, że tylu młodych odwróciło się od  wiary i dało pociągnąć otaczającemu  materializmowi. Bardzo troszczyła się również  o los  wychowanek  zgromadzenia. Wiem, że wielu z nich dyskretnie  pomagała w dorosłym życiu. Modliła się również  za Francuzów i Francuzki,  z którymi zetknęła się  podczas pielgrzymek . Zawsze prosiła o nowiny od nich.

Żal mi tylko jednego. Nie potrafiłam  zrobić użytku   z  listów, które pisała do mnie, szczególnie   tych o okazji ślubów.  Tak bardzo jej  styl, bardzo osobisty, był niezrozumiały dla mnie.

Miałam okazję śledzić postępy  budowy szkoły w Konstancinie, nic nie było puszczone na żywioł, wszystko podporządkowane  korzyści przyszłych uczniów. Drzewo ustawione w holu wejściowym  z nazwiskami wszystkich dobrodziejów, to  konkretne tego świadectwo, które mnie bardzo ujęło. Co za delikatność !

W kwietniu 2010, zaraz po katastrofie w Smoleńsku, odwiedziłam Łomianki. Wybrałyśmy się  do centrum, by  pomodlić się  przed pałacem prezydenckim. Byłam pod wrażeniem klimatu wiary, smutku i patriotyzmu, który nas tam otoczył. Odkryłam w  nim nieco  klimatu lat stanu wojennego.

Siostra Gizela zostawiła w moim życiu (a wiem, że nie jestem w tym osamotniona)  promienny ślad, wołanie, by iść  w kierunku,  który wskazuje.

Bardzo wiele jej zawdzięczam !

 

Dzieciaki z Wałbrzycha pojadą na wakacje!

Kochani

wakacjeDzieciaki  z Wałbrzycha pojadą na wakacje! Dzięki grupie darczyńców z całej Polski mamy już całą potrzebną kwotę! Wpłaty przyszły od 57 osób/firm z Warszawy i okolic, Trójmiasta, Białegostoku, Świnoujścia, Skierniewic, Krakowa, Wrocławia, Radomia, Dąbrowy Górniczej, Siemianowic Śląskich, Bielska – Białej, Bełchowa, Łowicza, Zgorzelca, Wałbrzycha i jeszcze kilku innych miejsc. A do tego z USA, Niemiec i WB. Siostra Daniela patrzyła z niedowierzaniem na wpłaty. Jesteście WSPANIALI!

Dziękuję! Dzieciaki cieszą się ogromnie– bo obserwują internetową zrzutkę i widzą moje i Wasze wpisy. Obiecuję relację z wakacji. Jeśli chcecie ją dostać na maila – podajcie mi swojego na beatar077(at)gmail.com (Beata Rudnicka, woluntariuszka). Wasz adres będzie tylko do mojej wiadomości.

Motocross

(photo by johnthescone)

ALE- Siostra Daniela (główny motor świetlicy dla dzieciaków) też usiłuje zarabiać. Prowadzi hostel. W pierwszy majowy weekend po raz kolejny gościła uczestników zawodów motocrossowych. W sumie 13 osób, z Gdańska, Poznania i Śląska. Tym razem zgarnęli 6 i 9 miejsce, a Siostra zarobiła na czysto 500 zł. Ugościła ich noclegami, jajecznicą na śniadanie i pierogami, krokietami i klasztorną zupą na obiad. Taka nasza Siostra- Oberżystka;)

12366165_1000676463322299_3450029840465774964_oPoza tym- dzieciaki chcą jeszcze przed wakacjami wystartować w turnieju piłkarskim Toyota Mini Euro Cup. Damian (II gimnazjum) tworzy drużyne z 10 dzieciaków w wieku 7-10 lat , uczy je grać w piłkę i wyjaśnia zasady, itp. Na bramce stanął mały Dawid vel Kaczorek i radzi sobie rewelacyjnie! Turniej odbędzie się w niedzielę, 12 czerwca!  Trzymajcie kciuki!

No i oczywiście dzieciaki baaardzo wyczekują wakacji. To będzie już ich czwarte (Ustronie Morskie, Międzywodzie, Dźwirzyno i teraz Szczecinek) fundacyjne, wyjazdowe lato!

Dziękuję! Beata Rudnicka (woluntariusz fundacji), 535 41 22 97, beatar077(at)gmail.com

Dane fundacji:

Fundacja Edukacyjna im. Siostry Wandy Garczyńskiej, Pl. Marceliny Darowskiej 1A, 58-305 Wałbrzych,

Konto fundacji: PKO B.P. 55102050950000500201522549

Dla datków spoza Polski: SWIFT Banku PKO B.P.: BPKOPLPW,

IBAN: PL 55 1020 5095 0000 5002 0152 2549

E-MAIL: fundacja(at)niepokalanki.plTEL+48 603 669 556

NIP: 8862977814
KRS: 0000424484

 

https://fundacjagarczynskiej.wordpress.com

https://www.facebook.com/FundacjaEdukacyjna