Nasze mistrzynie

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie 1957

Wychowując całe pokolenia dziewcząt, siostry opierały się na systemie i wskazówkach bł. Matki Marceliny Darowskiej, która obdarzona była niepospolitą intuicją i charyzmą, chociaż nie posiadała formalnego wykształcenia (w jej czasach dziewczęta kończyły co najwyżej pensję). System wychowawczy Matki Marceliny stał się później tematem niejednej pracy naukowej, ale jej następczyniom w II połowie XX wieku nie zawsze wystarczał. Nasi rodzice, oddając nas pod opiekę sióstr, wierzyli jednak w ich doświadczenie i dobrą wolę. Z doświadczeniem różnie bywało, ale z pewnością nie brakowało serca. Tylko dlatego umiałyśmy po latach wybaczyć siostrom nawet rażące błędy wychowawcze – dobrze wiedziałyśmy, że chciały jak najlepiej i kierowały się – we własnym pojęciu – naszym dobrem, tak jak to czynią kochający rodzice.

Wspomniana na początku s. Ena była naszą mistrzynią tylko do końca VIII klasy. Jako wychowawczyni wywarła na nas wpływ o tyle, że to jej przypadło niewdzięczne zadanie wdrażania nas do klasztornych rygorów, co nie wszystkim się podobało. Uczyła nas też religii. W VIII klasie program obejmował rozwinięcie katechizmu (oczywiście według zasad przedsoborowych). Na resztę życia zapadły mi w pamięć nauki s. Eny o przykazaniach Boskich, o sumieniu i tym podobnych zagadnieniach. Mniej więcej w połowie roku szkolnego popadłam z nią w ostry konflikt: niesłusznie zarzuciła mi kłamstwo i od tej chwili ją znielubiłam, zresztą nie ja jedna. Po wakacjach nie zastałyśmy już s. Eny w Szymanowie i spotkałam ją dopiero po wielu latach, kiedy byłam już babcią. Ponieważ sama mnie zagadnęła, wyjaśniłam jej tę sprawę z przeszłości, ona zaś przyznała, że popełniła błąd. Odtąd aż do końca jej życia pozostawałyśmy w serdecznym kontakcie, przy czym niebagatelną rolę odegrał mój podziw dla wielkiego talentu literackiego s. Eny.

Anuncjata – wielka indywidualność zarówno jako mistrzyni, jak i nauczycielka religii (w tym historii kościoła, dogmatyki i etyki) – przejęła nas po ósmej klasie i doprowadziła do samej matury. Żadna z nas nie może powiedzieć, że była wolna od jej wpływu, bez względu na to, czy darzyła ją sympatią czy też nie. Jak każda nieprzeciętna postać – „Onuca” (ta ksywka pochodziła od uproszczonej wersji imienia: Anuncjata – Anuca – Onuca) wyzwalała skrajne uczucia: jedne ją uwielbiały, inne wręcz przeciwnie. Wszystkie jednak doceniały jej niezwykłe walory, które z czasem wyniosły ją do godności przełożonej najpierw domu, potem całego zgromadzenia.

Przejmując władzę nad internatem, była młodsza, niż nam się wówczas zdawało, ale autorytet dosłownie z niej promieniował. Mało co umykało jej przenikliwym niebieskim oczom, kontrastującym z zawsze rumianą twarzą, która pod wpływem gniewu przybierała ciemnoczerwoną barwę. Z oczu biły wówczas prawdziwe błyskawice, a stentorowy głos niemal wbijał nas w ziemię. Spontaniczna w gniewie, potrafiła także wybuchać zaraźliwym śmiechem, odsłaniając przy tym galerię białych zębów. Bardzo muzykalna, z pasją grała na fortepianie, obdarzona też była pięknym, niskim głosem, którym wtórowała sopranom, włączając się do chóru.

Niczym urodzony wódz, potrafiła dokonać błyskawicznej oceny sytuacji i równie błyskawicznie podjąć decyzję. Niestety nie zawsze trafną. A kiedy już wyrobiła sobie zdanie w jakiejś sprawie – to koniec, żadna siła nie mogła jej przekonać. Tak mocno stąpała po ziemi, że czasem dawało to efekt słonia w składzie porcelany. Ale z drugiej strony, trzeźwe podejście do życia pozwalało nawiązać jej znakomity kontakt z dziewczynkami ze wsi, a już najlepiej czuła się wśród „sądeckich dziopek”. Nigdy też nie przeszło nam przez myśl, by snuć na jej temat jakieś romantyczne mrzonki, jak w przypadku s. Ireny.

Nie była drobiazgowa i napotkawszy jakiś problem, z miejsca przechodziła do istoty rzeczy, nie wdając się w zbędne – jej zdaniem – szczegóły. Miało to złe i dobre strony – czasem szkoda jej było czasu na wysłuchiwanie rozwlekłych i nieporadnych tłumaczeń.

Kochała koty, bała się żab. Już jako przełożona Szymanowa, trzymała w celi kotkę, która okociła się jej na łóżku. Naprawdę, sama mi o tym opowiadała. Jako matka generalna uratowała przez relegowaniem z terenu klasztoru wilczura Wektora, podarowanego s. Marcie przez jej wychowanki, na co stanowczo nalegała ówczesna przełożona domu. Pokażcie mi drugą taką zakonnicę!

Po śmierci s. Anuncjaty napisano wiele pochlebnych słów na temat jej metod wychowawczych i tego, jak umiała zjednać sobie serca uczennic. Wtedy jednak – w latach pięćdziesiątych – ona także nie ustrzegła się od błędów, a niektóre z nich miały poważne konsekwencje. Muszę tu o nich napisać, gwoli prawdy historycznej, chociaż dziś to wszystko brzmi dość absurdalnie. Sama s. Anuncjata zresztą wyznała po latach, że nie rozumie, jak mogła postąpić w tak nieodpowiedzialny sposób.

Była Palmowa Niedziela. Na popołudniowej rekreacji Iza i Ania – dwie najlepsze uczennice naszej maturalnej już klasy zapuściły się na popołudniowej rekreacji w stronę gospodarstwa. Pech chciał, że po drodze spotkały jednego z osiołków. Niewiele myśląc, Iza, która trzymała w ręku jakiś badyl, usiadła mu na grzbiecie. Ania szła obok, prowadząc osiołka za uzdę. Cały ten malowniczy orszak posuwał się z wolna alejką, kiedy nagle u jej wylotu ukazała się krępa sylwetka s. Anuncjaty. Nietrudno sobie wyobrazić, co jej przyszło na myśl: oto dwie smarkate naigrawają się z Pana Jezusa. I pomyśleć, że dziś tego typu inscenizacje są nie tylko dozwolone, ale wręcz organizowane przez niektórych proboszczów…

Ta scenka jednak – jak zaklinają się po dziś dzień obie bohaterki – absolutnie nie była zamierzona. Po prostu Iza usiadła sobie na osiołku, a że akurat miała w ręku ów nieszczęsny badyl, to już jej pech. Niemniej, w s. Anuncjatę na ten widok jakby piorun strzelił. Nawet nie próbowała zadawać żadnych pytań.

– W tej chwili pakować się i wyjeżdżać! Za pół godziny ma tu śladu po was nie być!

Oczywiście nie miała prawa podejmować takiej decyzji samodzielnie, bez porozumienia z dyrektorką i przełożoną domu. Ale była tak pewna swego, że nie wahała się ani chwili: dziewczyny dopuściły się bluźnierstwa!

Był kwiecień, o letnim czasie nikt wtedy nie słyszał, szybko zapadał zmierzch. Do stacji 6 kilometrów. I w dodatku za trzy tygodnie matura…

Dziewczyny nie próbowały dyskutować ani nikogo przekonywać. Pośpiesznie spakowały rzeczy i pieszo ruszyły w drogę.

Na stacji przyczepiły się do nich jakieś miejscowe męty. Zobaczył to mój ojciec, który akurat wracał z odwiedzin u mnie, i próbował stanąć w ich obronie. Napastników rozjuszyło to do tego stopnia, że zrzucili go na tory. W ostatniej chwili zdołał uciec przed nadjeżdżającym pociągiem…

Ania mieszkała w Warszawie, Iza w Podkowie Leśnej. Nikt się ich w domu nie spodziewał, a łączność telefoniczna w owych czasach praktycznie nie istniała – na połączenie czekało się godzinami. Dziewczyny uznały, że najpierw pojadą do Ani, a potem się zobaczy, tym bardziej że matka Ani była znana z liberalnego podejścia do wychowania. Skończyło się na tym, że siedziały w Warszawie tydzień i – jak wspominają – świetnie się bawiły. W końcu jednak wszystko się wydało. Matka Izy nie szczędziła siostrom gorzkich słów. No i zaczęły się kłopoty. Kuratorium nie wyraziło zgody na wydalenie ze szkoły dwóch najlepszych uczennic na trzy tygodnie przed maturą, więc siostry musiały ustąpić. Ale pozwoliły im przyjechać dopiero na same egzaminy, bez prawa powrotu do internatu.

 

photo cc by Gianfranco Goria

Tak dramatycznych skutków 4459966085_f6e606d571_onie miała równie absurdalna „afera z ogonami”, w której brała udział nie tylko s. Anuncjata, ale przede wszystkim dyrektorka szkoły i przełożona. W owych latach na ekranach kin królowała Brigitte Bardot i w związku z tym wśród dziewcząt panowała moda na „końskie ogony”. Po dziś dzień nikt w zgromadzeniu nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tę twarzową i wygodną fryzurkę siostry uznały za niedozwoloną, ale tak właśnie było. W dodatku ogony dzieliły się na „słuszne” i „niesłuszne”. Słuszne – to te wiązane na karku, niesłuszne – na czubku głowy, jak u Bardotki. Ba – ale jeśli wiązało się taki ogon „w połowie drogi”? Oto pytanie godne filozofów. A trochę wyżej albo niżej? Toteż prowadziło się wojnę podjazdową, walcząc o każdy centymetr.

Kiedyś jednak przelała się czara goryczy. Moja przyjaciółka Ewa, której matka uważała koński ogon za całkiem sensowną fryzurę, w końcu się zbuntowała przeciw temu absurdowi. Zaraz też wypatrzyło ją na apelu czujne oko siostry Matei – dyrektorki.

– Ewa, idź do sypialni. Wrócisz, jak się przeczeszesz.

Ewa siedziała w sypialni trzy dni. Czwartego przyjechała jej mama i dowiedziała się, że córka wylatuje ze szkoły. Był marzec, a w maju matura! Nic nie pomogło. Rodzice umieścili ją u rodziny w Żyrardowie, gdzie pomyślnie ukończyła edukację w aureoli ofiary wrednych zakonnic, które wyrzuciły ją za koński ogon! Był to tak oczywisty przykład klęski wychowawczej, że nie ma sensu go komentować, tym bardziej że same siostry bynajmniej temu nie przeczą.

Mimo tych przykrych przeżyć, bohaterki owych skandali szybko o nich zapomniały i na równi z pozostałymi koleżankami ochoczo biorą udział w spotkaniach i zjazdach. One też uważają, że to, co je spotkało, było skutkiem źle pojętej gorliwości, a nie osobistej zemsty. Dziś, kiedy patrzę na zdjęcie uczennic niepokalańskich ze strony internetowej KZJ, widzę same „słuszne” ogony i zaraz mi się śmiać chce.

Wracając do s. Anuncjaty, muszę tu przypomnieć jej niezwykłą wielkoduszność, z którą niejedna z nas się zetknęła i podczas pobytu w internacie i później, po maturze. Pochłonięta obowiązkami przełożonej generalnej, w ustawicznych rozjazdach po Polsce i świecie, kiedy trwał proces beatyfikacyjny Matki Marceliny, zawsze miała czas dla wszystkich „swoich” dzieci. Za jej kadencji było nie do pomyślenia, żeby dziecko wychowanki nie dostało się do – obleganego zwykle – przedszkola niepokalańskiego. W stanie wojennym potrafiła bezbłędnie namierzyć wielodzietne matki i pomagała im wykorzystując wszystkie swoje możliwości. I tak jak dawniej nigdy nie wdawała się w drobiazgi… Po beatyfikacji (która zresztą nastąpiła już nie za jej kadencji) usunęła się na Ukrainę i tam doprowadziła do tego, że w Jazłowcu znów zamieszkały siostry niepokalanki.

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s