Siostry klasowe, siostry nauczycielki

 Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

265Miałyśmy to szczęście, że zajmowały się nami naprawdę niezwykłe siostry, które przeszły do historii Zgromadzenia, zajmując w niej poczesne miejsce. Większość z nich już nie żyje, a ich imiona noszą już nowe niepokalanki, z czym trudno mi się pogodzić. Wyznaczona na naszą pierwszą klasową s. Irena nie mogła z początku objąć swych obowiązków, ponieważ przygotowywała się do ślubów wieczystych. Do ferii świątecznych zastępowała ją starsza wiekiem siostra Alma, jednak wtedy nie wiedziałyśmy, że to tylko zastępstwo. Co zapamiętałam z tych pierwszych dni? Głęboko osadzone niebieskie oczy za nieproporcjonalnie wielkimi okularami w brązowych oprawkach, pochyloną do przodu kruchą postać i pełen dobroci uśmiech. Mawiała do nas: „Moje dziewczynki złote”, co trochę nas wzruszało, a trochę śmieszyło, zwłaszcza przy częstym powtarzaniu. Potem się okazało, że niebieskie oczy potrafią w razie potrzeby zmienić się w okruchy lodu, a szczęka, podobnie jak u słynnego „Znaczy Kapitana”, przesuwać się na sztorm. Jak każde zbiorowisko obcych sobie dziewcząt, skazanych przez 24 godziny na dobę na swoje towarzystwo, musiałyśmy się dotrzeć i szło nam to wyjątkowo opornie. Złożyło się na to wiele czynników, takich jak różnice poziomu naszych poprzednich szkół, różnice charakterów oraz problemy wynikłe z tego, w jakich czasach przyszło nam żyć. Siostra Alma – człowiek przedobry, ale bezkompromisowy – usiłowała wdrożyć nas do regulaminu, my zaś nie umiałyśmy jeszcze wyzbyć się przyzwyczajeń ze świeckich szkół, w których nauczyciele i dzieci stali po dwóch stronach niewidzialnej barykady. Byłyśmy nieposłuszne, nagminnie łamałyśmy zakazy, tym bardziej, że nie rozumiałyśmy ich sensu. Co to za szkoła, w której się nie ściąga i nie podpowiada? Dlaczego nie wolno jeść poza refektarzem? I co komu szkodzi, jeśli się będzie gadało przy myciu? Poza tym siostra Alma niczego nas nie uczyła (bo miała pod opieką alumnat, ale myśmy nawet nie znały tego słowa), pojawiała się w klasie podczas studium, kiedy nie było wolno rozmawiać, a pierwsze klasowe zebrania poświęcone były siłą rzeczy różnym naszym grzeszkom. Już łatwiej przychodziło nam zżyć się z siostrami nauczycielkami, zwłaszcza z matematyczką siostrą Ireną (która wiedząc, że niebawem zostanie naszą klasową, przyglądała się nam szczególnie uważnie,) i z polonistką siostrą Izabelą, naszą podklasową (strasznie chodziłyśmy jej po głowie). Lubiłyśmy też przedobrą siostrę Herminę (geografia), która śmiesznie przekręcała nasze nazwiska i panią Wandę Stabrowską od rosyjskiego, która urządzała „niezapowiedziane sprawdziany”, zawsze niby przypadkiem wyjawiając ich termin. Taki stan rzeczy trwał mniej więcej przez pierwsze dwa tygodnie. Pod koniec września zapowiedziano nam, że wieczorem odbędzie się kominek. W Szymanowie – jak w każdym szanującym się pałacu – kominków było kilka, ale nie miałyśmy pojęcia,  że czasem naprawdę rozpala się w nich ogień i że jest to swego rodzaju uroczystość. Ten pierwszy kominek, na górnym hallu, poświęcony był zapoznaniu ósmej klasy z historią Zgromadzenia i szkół niepokalańskich. Po raz pierwszy wtedy usłyszałam o Matce Marcelinie, Matce Józefie, o Jazłowcu, ułanach z 14. pułku i Pani Jazłowieckiej. Tego wieczoru dotarło do mnie, że oto przyjęto mnie do pewnej społeczności i poczułam się tym zaszczycona. A wszystko to za sprawą siostry Almy, która opowiadała nam to wszystko tak, jak dobra babcia opowiada dziecku historie z dzieciństwa jego rodziców. Zrozumiałam wtedy,  że zyskałam nową rodzinę, a ponieważ w mojej własnej nie za dobrze się czułam, przylgnęłam do niej z całego serca, i to na wiele lat. Od tej pory także inaczej patrzyłam na samą siostrę Almę. Z czasem nauczyłam się cenić jej ogromną erudycję, z którą nigdy się nie afiszowała, poczucie humoru, inteligencję, wreszcie talent poetycki. Do dziś potrafię recytować z pamięci całe fragmenty jej wierszy, które krążyły po klasie w odpisach.

Nadeszło Boże Narodzenie, a kiedy po feriach wróciłyśmy do Szymanowa, powitała nas nowa klasowa – siostra Irena. W styczniu umarła przełożona domu siostra Wanda, zaś do celi przy kaplicy wprowadziła się siostra Alma. Nasza klasa puchła z dumy: wychowałyśmy sobie własną przełożoną! I Siostra także o nas nie zapomniała; może nam się wydawało, ale uważałyśmy już do matury, że mamy do niej szczególne prawa. Byłyśmy zresztą jej ostatnią klasą.

Z wielką mądrością potrafiła łagodzić konflikty, szczególnie te, które nieuchronnie wybuchały między nami a młodymi, nadgorliwymi siostrami. Pamiętam, jak pod koniec dziewiątej klasy wydało się, że Iza, moja koleżanka z Podkowy, nie je mięsa (zresztą za wiedzą i zgodą swojej matki). Przez ponad rok udawało się jej to ukryć, ale w końcu siostra Irena ją dopadła i postawiła sprawę na ostrzu noża: jak to nie zje? Tu nie ma żadnych grymasów. Nieszczęsna Iza, która we wczesnym dzieciństwie widziała zarzynanego kurczaka, miała dotąd siedzieć przy stole, aż zje. I nie wiadomo, czym by się skończyła cała sprawa, gdyby przez refektarz nie przechodziła właśnie siostra Alma. Tylko rzuciła okiem i od razu wiedziała, o co naprawdę chodzi. Odwołała na bok siostrę Irenę, coś tam jej powiedziała, i  naszej wegetariance uchylono wyrok. Co więcej, nikt jej odtąd nie zmuszał do jedzenia mięsa.

Żałuję, że mając blisko siebie tę niezwykłą osobę, nie potrafiłyśmy jej docenić. Że była perłą, rzuconą nie tyle przed wieprze, co przed cielęta.

Ilekroć – już jako dorosła –  przyjeżdżałam do domu, w którym przebywała (przeważnie Szymanów albo Sącz), witały mnie jej wyciągnięte ramiona i promienny uśmiech, który urzekł także moją wówczas kilkuletnią, a dziś dorosłą córkę. Z tego okresu pamiętam długie rozmowy na tematy polityczne, podczas których zdumiewała mnie trafność jej osądu, umiejętność wzniesienia się ponad wszelkie podziały i wielka tolerancja.

S. Irena, budziła w nas od początku zupełnie inne uczucia. Przede wszystkim – jako młoda osoba, obdarzona wielkim osobistym urokiem, działała na naszą wyobraźnię, toteż fantazjowałyśmy na jej temat ile wlezie. Taka śliczna! Dlaczego wstąpiła? Pewnie narzeczony zginął na wojnie… Pewnie to był ułan jazłowiecki… O tak, już do końca będzie nam się kojarzyć z ułanami. Wytropiłyśmy, że „w cywilu” miała na imię Krystyna (w tamtych czasach imiona świeckie sióstr były dla nas tajemnicą i z zapałem godnym lepszej sprawy starałyśmy się je wyśledzić) i od tej pory stała się dla nas panną Krysią z „Ostatniego mazura”. „Czy pozwoli panna Krysia – młody ułan pyta” – podśpiewywałyśmy na jej widok, strojąc małpie miny. Kiedyś, sprowokowana naszą niezdarnością – pokazała nam, jak naprawdę powinno się go tańczyć.

– Co wy tak skaczecie! To ma być mazur?! W mazurze powinno się płynąć, o tak!

Gapiłyśmy się na nią z otwartymi buziami, bo rzeczywiście płynęła.

Miała też piękny głos – sopran. Słuchając jej w kaplicy miało się wrażenie, że za chwilę uleci do nieba w swym szafirowym płaszczu. Niestety niedługo mogłyśmy się nim cieszyć; z powodu nadmiernej eksploatacji szybko go straciła i przez jakiś czas nawet mówienie sprawiało jej trudność.

Nasza „Panna Krysia” bynajmniej nie była chodzącą łagodnością, jak można by się spodziewać po jej anielskiej urodzie. Przeciwnie, trzymała nas twardą ręką, nie szczędząc złośliwych uwag tym, które na nie zasłużyły. Matematyki uczyła wspaniale, nawet największy tuman rozumiał jej klarowne wywody, ale wymagała naprawdę bardzo dużo. Już po pierwszych paru lekcjach zorientowała się w naszych brakach i na początek kazała nam opanować pamięciowo tabliczkę mnożenia w zakresie 20. Zalety jej nauczania doceniałyśmy na końcowych egzaminach, które obowiązywały wtedy w IX i X klasie, a także na maturze.

Oczywiście wszystkie siostry były pobożne, ale z s. Ireny umiłowanie Boga po prostu promieniowało. Tak bardzo starała się w nas także je zaszczepić, wpoić nam właściwe zasady moralne, że – idąc „na skróty” nie uchroniła się przed kilkoma poważnymi błędami wychowawczymi. Jednym z nich była tzw. sprawa ekierki, którą przedstawiam tu tak, jak ją zapamiętałam, chociaż moja wersja różni się nieco od wersji niektórych koleżanek, a nawet samej s. Ireny.

Przy okazji lekcji matematyki s. Irena chciała nauczyć nas porządku, dlatego specjalny nacisk kładła na to, aby każda miała zawczasu przygotowane przybory geometryczne: linijkę, ekierkę, cyrkiel, kątomierz. Wiele nam brakowało do ideału – jak to w młodym wieku, ciągle coś się gubiło, potem się tego szukało, pożyczało itd. Kto by tam przywiązywał wagę do takich drobiazgów… No i kiedyś miarka się przebrała.

– Mirka, co ty się tak kręcisz?

– Ja tylko, proszę siostry, chciałam pożyczyć ekierkę.

– Nie masz swojej?

– Miałam… ale gdzieś mi zginęła.

– Jak to zginęła?! Przecież wszystkie przybory macie w klasie?

– Ale…

– Pożyczyłaś komuś?

– Nieee…

Śledztwo zaczynało nabierać rozmachu.

– Dziewczynki, kto wziął ekierkę Mirki?

Cisza.

– Niech każda sprawdzi u siebie.

Trzaskanie pulpitami. Nikt nie ma.

– No więc co się stało z ekierką Mirki? Przecież nie wyszła z klasy? Nie wyjdziemy, póki się nie znajdzie. Proszę szukać.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać. Już nikt się nie cieszył, że matma się urywa. Jakoś głupio…

Ekierka się nie znalazła. Minęła lekcja, po niej następna, potem – normalnym trybem – mycie rąk, obiad, rekreacja, studium. Zamiast wieczornej rekreacji – zebranie z s. Ireną.

– Dziewczynki przejdę teraz do „językowego”. – Był to mały pokoik połączony drzwiami z naszą klasą, niemający już nic wspólnego ze swoją nazwą. – Każda po kolei będzie wchodzić i patrząc mi w oczy odpowie na pytanie, czy wzięła ekierkę Mirki.

Nikt się jednak nie przyznał. S. Irena ze ściągniętą smutkiem twarzą wyszła z „pokoju przesłuchań”.

– Przykro mi, ale trzeba nazwać rzecz po imieniu: któraś z was ukradła ekierkę i w dodatku kłamie. Pójdziemy do kaplicy, żeby się za nią pomodlić.

Ten koszmar ciągnął się trzy dni. Codziennie powtarzała się scena w „językowym” i modlitwy w kaplicy. Czułyśmy się okropnie, patrzyłyśmy na siebie spode łba, ale nic nie pomagało. Pamiętam taki moment, kiedy patrząc siostrze w oczy podczas kolejnego przesłuchania, nie byłam już na sto procent pewna swojej niewinności. Czy aby na pewno nie ruszałam tej wstrętnej ekierki? W internacie też już zaczynało być głośno o naszych kłopotach.

W końcu siostra – wykończona całą tą historią, a pewnie przerażona tym, co rozpętała – zwróciła się do nas raz jeszcze z gorącym apelem: Niech to się wreszcie skończy. Ona rozumie, że każdy może zbłądzić. Ze swej strony uroczyście przyrzeka, że nigdy, ale to nigdy nikomu nie powie nazwiska winowajczyni. Niech Pani Jazłowiecka doda jej sił…

Tym razem się udało.

– Dziewczynki, chodźmy podziękować Matce Bożej. Przyznała się…

Huk kamieni, jakie spadły wtedy z naszych serc, musiał chyba dotrzeć aż do nieba. Rocznica tego dnia – 14 marca – była potem uroczyście obchodzona jako klasowe święto, a sama ekierka zawisła jako wotum przy posągu Pani Jazłowieckiej z napisem: Naszej Pani 3790 perełek do diademu kl.VIII. Rok Maryjny 1954.

Jak już wspomniałam, nie wszystkie z nas zapamiętały tę historię w taki sam sposób. Sama s. Irena po latach twierdziła, że nie chodziło o kradzież ekierki, ale o jej zniszczenie dziurkaczem. Podobno była to plastikowa – a więc wówczas cenna – ekierka, przysłana Mirce z Ameryki. Odnotowuję to z obowiązku, ale wersji tej zaprzecza dziś sama Mirka: nikogo w Ameryce nie miała. A poza tym kto wtedy miał dziurkacz? Wystarczyłoby znaleźć posiadaczkę dziurkacza i wszystko było jasne… Tak czy inaczej, nazwisko winowajczyni na zawsze pozostało tajne. S. Irena zabrała je z sobą do grobu.

Cała afera – chociaż stanowi jaskrawy przykład tego, jak nie należy rozwiązywać podobnych problemów – przyczyniła się paradoksalnie do skonsolidowania klasy (przynajmniej na jakiś czas). Gorliwość s. Ireny jednak nie wszystkim trafiała do przekonania, a jej skłonności do nadmiernego drążenia różnych tematów niektóre z nas złościły. Mało co umknęło jej przenikliwemu oku, a nie każda z nas lubiła, gdy jej duszę poddawano obróbce. Najwięcej szkody jednak wyrządziło w naszej klasie powołanie przez s. Irenę tak zwanego „kółka”. Kółko to był… że odwołam się do terminologii peerelowskiej – AKTYW. Aktyw religijny. Nie można było się do niego zwyczajnie zapisać – członkinie – same najpobożniejsze i najgrzeczniejsze – przyjmowano „w uznaniu zasług”. W ten sposób zamiast niwelować różnice, zaczęto je podkreślać, tworząc jeszcze jedną elitę. Oczywiście reszta klasy, z miejsca poczuła się „gorsza”, co odbiło się na wzajemnych stosunkach. Kółko miało swoje tajemnicze rytuały – jakieś dodatkowe modlitwy w różnych intencjach, jakieś zebrania, jakieś palenie świec itp. Wszystko to ad maiorem Dei gloriam, ale owoce niestety okazały się fatalne. Chodziły te „kółkowe” po klasie ze świętoszkowatymi minami, patrząc z wyższością na resztę, która posądzała je – niesłusznie zresztą – o specjalne względy u s. Ireny.

Cała sprawa wygasła po X klasie, kiedy to naszą klasę objęła s. Klara. Klasową XI klasy była tradycyjnie s. Matea, zwana nie bez powodu „Kulą”, słynna z talentów dydaktycznych i charyzmy wychowawczej polonistka starszych klas. My jednak nie miałyśmy szczęścia trafić pod jej skrzydła: s. Matea zamiast naszą klasową została dyrektorką szkoły. Natomiast polskiego zaczęła nas uczyć w X klasie i były to lekcje niezapomniane. Osobiście najbardziej lubiłam wykłady s. Matei – było to dla mnie prawdziwe święto, niestety rzadkie. Mówiła jasnym, klarownym językiem, bez żadnej kartki i słuchałam jej jak zaczarowana. Zapamiętałam szczególnie dwa: o „Lalce” Prusa i o symbolizmie. W spisie lektur znajdowały się wówczas utwory potępiane przez Kościół i takie, których, zdaniem sióstr, nie powinnyśmy czytać. Ponieważ jednak były obowiązkowe, siostra Matea nam je dokładnie streszczała i sama przeprowadzała analizę. Dużą wagę przywiązywała do gramatyki, a ponieważ była osobą krewką, zdarzały się sytuacje, kiedy dosłownie pół klasy dostawało dwóje. Pamiętam takie jedno zdanie: „Wsiadając do powozu, zaczął padać deszcz”. Siostra zapytała, na czym polega błąd. Ta, która odpowiadała pierwsza, nie wiedziała, kilka następnych także. W oczach siostry  pojawiły się znajome niebezpieczne błyski. Wyciągnęła dziennik i zaczęła pytać według listy, a wtedy poooszło! Dwója, dwója, dwója… i tak gdzieś do litery M. Na klasę padł blady strach, po prostu straciłyśmy zdolność myślenia, a to już był najcięższy z grzechów.

Mało która z nas, nawet po latach, potrafiła docenić walory s. Klary. Dawna wychowanka jazłowiecka, uczyła nas łaciny i historii, a dodatkowo – dla chętnych – prowadziła zajęcia z historii sztuki na bardzo wysokim poziomie. Wiedza wyniesiona z tych zajęć niejedną uczestniczkę doprowadziła na uniwersyteckie wydziały historii sztuki, a naszej koleżance Teresie przydała się do prowadzenia z powodzeniem własnej galerii sztuki w Londynie. Do matury s. Klara przygotowywała nas rzetelnie, starannie rozdzielając wiedzę oficjalną, wymaganą przez władze, od tego, „co każda Polka wiedzieć powinna”. Jako dawna mieszkanka kresów wschodnich, bardzo emocjonalnie podchodziła do tej swojej misji. Pamiętam, z jakim żalem mówiła o najeździe bolszewickim: „…i te wojska szły na nas, a paląc i mordując, śpiewały „Katiuszę”, a wy teraz podśpiewujecie to sobie pod nosem jak gdyby nigdy nic…”. Rzeczywiście się to zdarzało, ale od czasu tej lekcji ilekroć usłyszałam tę wpadającą w ucho piosenkę, przypominała mi się s. Klara. Sama nigdy już jej nawet nie zanuciłam.

Z wielkim zainteresowaniem śledziła bieżące wypadki, a powstanie na Węgrzech (1956) i polski październik niemal odchorowała. O bohaterstwie Węgrów napisała wiersz, zadedykowała go naszej klasie („Napisałam dla moich dzieci”). Prawie żadna z koleżanek po latach o tym nie pamiętała. Czy to nie dziwne, że dwie z naszych klasowych były poetkami?

Osobiście byłam ogromnie przywiązana do s. Klary, ale większość klasy jakoś nie umiała się z nią dogadać i obdarzyć prawdziwym zaufaniem. Mimo popełnionych błędów to s. Irena została w naszej pamięci jako ta najwspanialsza wychowawczyni, która niemal do ostatnich swoich dni uczestniczyła w klasowych spotkaniach. S. Klara – już wtedy schorowana, cierpiąca na straszliwe migreny (dowiedziałam się o nich dopiero po jej śmierci), po prostu nie miała do nas siły. Począwszy od przedmaturalnego półrocza wzajemne stosunki zaczęły układać się coraz gorzej. Za jakieś przewinienie, którego dziś już nie pamiętam, zostałyśmy pozbawione studniówki. Potem, na wiosnę, na ostrzu noża stanęła sprawa kapci. Nasza klasa mieściła się na parterze, o parę kroków od głównego wejścia. Kiedy przygrzało słońce, zaczęłyśmy podczas przerw wybiegać na podjazd, co było zabronione – należało najpierw zmienić buty na skośniaku. Zakaz wydawał się nam absurdalny: wychodząc na betonowy podjazd nie sposób przecież nanieść błota? Ale siostrze chodziło o zasadę, więc zrobiła się wielka afera. Doszło do tego parę innych pretensji – wzajemnych – tak że przed maturą atmosfera w klasie stała się dość nieprzyjemna, choć inne siostry nauczycielki nie bardzo się w tym orientowały. Istniał w Szymanowie zwyczaj, że kolejne roczniki maturzystek zostawiały siostrom swoje legitymacyjne fotografie do albumu absolwentek. Nam powiedziano, że naszych zdjęć siostry sobie nie życzą. Okazało się jednak po latach, że kilka fotografii znalazło się jednak w owym albumie, a siostry nie mają pojęcia, dlaczego brakuje innych, ponieważ dawno o tych sporach zapomniały… Z niedowierzaniem przyjęły też informację, że nie miałyśmy za karę nie tylko studniówki, ale także balu maturalnego (ta tradycyjna impreza w rzeczywistości nie zasługiwała na swą szumną nazwę; nie brali w niej udziału żadni goście z zewnątrz, każdemu rocznikowi urządzały ją koleżanki z przedmaturalnej klasy, bardzo starannie się do tego przygotowując).

Ja sama też czuję się winna wobec s. Klary, już Ona wie dlaczego… Tak się złożyło, że przez kilkanaście lat nie pokazywałam się w Szymanowie, a gdy w końcu przyjechałam, s. Klara już nie żyła. Ale przynajmniej nie mogę powiedzieć, że jej nie kochałam.

Siostrom klasowym – szczególnie w młodszych klasach – pomagały podklasowe, młode stażem zakonnym alumnatki, niekiedy nawet postulantki. Czasem okropnie wykorzystywałyśmy ich brak doświadczenia i dobre serce – tak było np. z siostrami Izabelą i Elizą, ale raz zdarzyło się, że trafiła kosa na kamień. W IX klasie naszą podklasową i zarazem nauczycielką historii została – zaraz po pierwszych ślubach – s. Ewa*, nawiasem mówiąc, krewna znanego komunisty, późniejszego przewodniczącego Rady Państwa. Bardzo wymagająca, wzniosła niemal na szczyty poziom naszej wiedzy historycznej, zmuszając nas do systematycznej nauki. Ponieważ byłam wtedy wielkim leniem, lawirowałam, jak tylko mogłam, wpadając ciągle w chytrze przez s. Ewę zastawiane zasadzki. Jedna z nich polegała na tym, że po odpytaniu i postawieniu piątki wywoływała mnie do odpowiedzi na następnej lekcji, co zwykle kończyło się dwóją. I tak właśnie wyglądały moje stopnie z historii: albo piątka, albo dwója. Oczywiście pracując w ten sposób, nie mogłam marzyć o czwórce na świadectwie. S. Ewa – uważając, że stać mnie na dobry stopień – bardzo nad tym bolała, toteż często padałam ofiarą jej słynnych ataków złości, których bała się zresztą cała klasa. Ale mimo wszystko – jak ofiarę do kata – coś mnie do niej przyciągało: działałam w prowadzonym przez nią kółku bibliotecznym (bardzo mi się później to przydało) i nasza współpraca na tym akurat gruncie układała się doskonale. Kiedy wskutek choroby trafiła do sanatorium, pisywałyśmy nawet do siebie listy. Chyba byłam jedyną osobą w klasie, która podjęła jakiś wysiłek, aby się z nią zaprzyjaźnić, bo naprawdę nikt jej nie lubił. Nazywana Szczurem, siała prawdziwy postrach i niejedna łza się polała z jej powodu. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nikt nie żałował, kiedy opuściła zgromadzenie. Dowiedziałam się o tym pierwsza: s. Anuncjata wezwała mnie na rozmowę i wręczając list byłej już s. Ewy, poinformowała krótko o sprawie. Odtąd s. Ewa stała się najpierw dla mnie, a potem dla całej swojej (jedynej zresztą) klasy – po prostu Ewą. Kilka razy spotkałam się z nią już na gruncie neutralnym, potem jednak te kontakty ustały.

Po wystąpieniu Ewa zrobiła doktorat (pisała o dziele Matki Marceliny), a z czasem doczekała się tytułu profesora. Założyła rodzinę, była też gorliwą działaczką Solidarności, co przypłaciła pobytem w słynnym obozie internowania w Gołdapi i ciężką chorobą. Jest autorką wielu książek na temat zgromadzenia, w tym znakomitego dzieła „Niepokalanki w polskim trwaniu”. Ostatnio na zamówienie ss. franciszkanek z Lasek napisała biografię Matki Elżbiety Czackiej. Kontaktów z naszą klasą – także ze mną – konsekwentnie unika i trudno mieć o to pretensję.

* Jabłońska, później Deptułowa.

Reklamy

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s