Kurierek z wiadomościami z października czeka na Czytelników

jazlowiecA w nim:

  • o tym co robi Zarząd KZJ
  • o świętowaniu działalności Sióstr Niepokalanej w Jazłowcu
  • o 70 leciu szkoły w Wałbrzychu

Zapraszamy do lektury. Aby pobrać kurierek, kliknij tutaj: kurier-kzj-nr26_pazdziernik2016

Reklamy

FINAŁ Konkursu o tradycjach szkół niepokalańskich

Do redakcji ‘Kurierka KZJ’ wpłynęły niezwykłe opowieści. Autorki pokazały nam obraz i szkół i Sióstr i tego jak się żyło w Polsce lat 50siątych, 60siątych i 80siątych. Nie sposób było wybrać, która praca konkursowa jest najlepsza. Każda dostarcza wzruszeń, wspomnień i refleksji. Dlatego – każda z Autorek otrzyma nagrodę. Każdej się ona słusznie należy.  Nagrody-niespodzianki dla Pań piszących o latach 80siątych zostaną wręczone podczas wrześniowego (9-10.09) 30-stolecia matury w Szymanowie (Pani Agnieszce Nagalskiej, Dance Zdrojewskiej, Monice Rakusie, Gosi Najuch).

pan-cogito-b-iext33691900Nagrodą dla pozostałych Autorek będą ślicznie wydane tomiki poezji Zbigniewa Herberta ‘Pan Cogito’. Autorkami tymi są:

  • Anna Bańkowska,
  • Grażyna Goreckia,
  • Marii (Marychny) Baraniecka-Witkowska ,
  • Klaudia Wiertiuchow.

Bardzo dziękujemy Autorkom za wspaniałe teksty. Gratulujemy i pamięci i talentu pisarskiego! Oczywiście- mimo, że konkurs się skończył- prosimy o więcej!

Lata 50-siąte

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), dla koleżanek Hanka (matura 1957): Na nowej drodze życia, Dom szymanowski w moich wspomnieniach, Uroczystości. Nasze Mistrzynie, Nasze Siostry, (Pani Anna przysłała nam wiele więcej opowieści- będziemy je publikować w kolejnych Kurierkach. I serdecznie za te niebanalne opowieści dziękujemy )

Lata 60-siąte

Grażyna Gorecka, Szymanów 1965-1969: PORZĄDKI SZKOLNE-(z pamiętnika ósmoklasistki)Andrzejki, Mikołajki

Maria (Marychna) Baraniecka-Witkowska, matura Szymanów1964: Nasza Siostra GizelaWspomnienie o Siostrze Pauli.

Lata 80-siąte

Agnieszka Nagalska: Spacer, Przypis

Klaudia Michalik( Wiertiuchow): Pani Kozłowa

Małgosia Najuch: Dziwne nazwy, przezwiska, listy po-maturalne i zespół Genesis- czyli wspomnienia z Szymanowa sprzed 30 lat,

Monika Rakusa (Dworakowska): Szymanów- przedstawienie- 1981 rok

Danka Zdrojewska (z d. Sadowska): Setna wydanie Listy przebojów Programu Trzeciego, Fermi na lekcjach fizyki

Czekamy na Wasze opowieści z czasów SZKOLNYCH

Konkurs na opowieści ze szkół niepokalańskich już się skończył. Ale- wciąż prosimy o Wasze wspomnienia: o siostrach, koleżankach, zwyczajach, wydarzeniach. Ocalmy te wspomnienia! Poniżej znajdziecie kolejne niezwykłe opowieści. Czytajcie i … zabierajcie się do pisania.  Czekam i zapraszam!

Beata Rudnicka

Siostry klasowe, siostry nauczycielki

 Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

265Miałyśmy to szczęście, że zajmowały się nami naprawdę niezwykłe siostry, które przeszły do historii Zgromadzenia, zajmując w niej poczesne miejsce. Większość z nich już nie żyje, a ich imiona noszą już nowe niepokalanki, z czym trudno mi się pogodzić. Wyznaczona na naszą pierwszą klasową s. Irena nie mogła z początku objąć swych obowiązków, ponieważ przygotowywała się do ślubów wieczystych. Do ferii świątecznych zastępowała ją starsza wiekiem siostra Alma, jednak wtedy nie wiedziałyśmy, że to tylko zastępstwo. Co zapamiętałam z tych pierwszych dni? Głęboko osadzone niebieskie oczy za nieproporcjonalnie wielkimi okularami w brązowych oprawkach, pochyloną do przodu kruchą postać i pełen dobroci uśmiech. Mawiała do nas: „Moje dziewczynki złote”, co trochę nas wzruszało, a trochę śmieszyło, zwłaszcza przy częstym powtarzaniu. Potem się okazało, że niebieskie oczy potrafią w razie potrzeby zmienić się w okruchy lodu, a szczęka, podobnie jak u słynnego „Znaczy Kapitana”, przesuwać się na sztorm. Jak każde zbiorowisko obcych sobie dziewcząt, skazanych przez 24 godziny na dobę na swoje towarzystwo, musiałyśmy się dotrzeć i szło nam to wyjątkowo opornie. Złożyło się na to wiele czynników, takich jak różnice poziomu naszych poprzednich szkół, różnice charakterów oraz problemy wynikłe z tego, w jakich czasach przyszło nam żyć. Siostra Alma – człowiek przedobry, ale bezkompromisowy – usiłowała wdrożyć nas do regulaminu, my zaś nie umiałyśmy jeszcze wyzbyć się przyzwyczajeń ze świeckich szkół, w których nauczyciele i dzieci stali po dwóch stronach niewidzialnej barykady. Byłyśmy nieposłuszne, nagminnie łamałyśmy zakazy, tym bardziej, że nie rozumiałyśmy ich sensu. Co to za szkoła, w której się nie ściąga i nie podpowiada? Dlaczego nie wolno jeść poza refektarzem? I co komu szkodzi, jeśli się będzie gadało przy myciu? Poza tym siostra Alma niczego nas nie uczyła (bo miała pod opieką alumnat, ale myśmy nawet nie znały tego słowa), pojawiała się w klasie podczas studium, kiedy nie było wolno rozmawiać, a pierwsze klasowe zebrania poświęcone były siłą rzeczy różnym naszym grzeszkom. Już łatwiej przychodziło nam zżyć się z siostrami nauczycielkami, zwłaszcza z matematyczką siostrą Ireną (która wiedząc, że niebawem zostanie naszą klasową, przyglądała się nam szczególnie uważnie,) i z polonistką siostrą Izabelą, naszą podklasową (strasznie chodziłyśmy jej po głowie). Lubiłyśmy też przedobrą siostrę Herminę (geografia), która śmiesznie przekręcała nasze nazwiska i panią Wandę Stabrowską od rosyjskiego, która urządzała „niezapowiedziane sprawdziany”, zawsze niby przypadkiem wyjawiając ich termin. Taki stan rzeczy trwał mniej więcej przez pierwsze dwa tygodnie. Pod koniec września zapowiedziano nam, że wieczorem odbędzie się kominek. W Szymanowie – jak w każdym szanującym się pałacu – kominków było kilka, ale nie miałyśmy pojęcia,  że czasem naprawdę rozpala się w nich ogień i że jest to swego rodzaju uroczystość. Ten pierwszy kominek, na górnym hallu, poświęcony był zapoznaniu ósmej klasy z historią Zgromadzenia i szkół niepokalańskich. Po raz pierwszy wtedy usłyszałam o Matce Marcelinie, Matce Józefie, o Jazłowcu, ułanach z 14. pułku i Pani Jazłowieckiej. Tego wieczoru dotarło do mnie, że oto przyjęto mnie do pewnej społeczności i poczułam się tym zaszczycona. A wszystko to za sprawą siostry Almy, która opowiadała nam to wszystko tak, jak dobra babcia opowiada dziecku historie z dzieciństwa jego rodziców. Zrozumiałam wtedy,  że zyskałam nową rodzinę, a ponieważ w mojej własnej nie za dobrze się czułam, przylgnęłam do niej z całego serca, i to na wiele lat. Od tej pory także inaczej patrzyłam na samą siostrę Almę. Z czasem nauczyłam się cenić jej ogromną erudycję, z którą nigdy się nie afiszowała, poczucie humoru, inteligencję, wreszcie talent poetycki. Do dziś potrafię recytować z pamięci całe fragmenty jej wierszy, które krążyły po klasie w odpisach.

Nadeszło Boże Narodzenie, a kiedy po feriach wróciłyśmy do Szymanowa, powitała nas nowa klasowa – siostra Irena. W styczniu umarła przełożona domu siostra Wanda, zaś do celi przy kaplicy wprowadziła się siostra Alma. Nasza klasa puchła z dumy: wychowałyśmy sobie własną przełożoną! I Siostra także o nas nie zapomniała; może nam się wydawało, ale uważałyśmy już do matury, że mamy do niej szczególne prawa. Byłyśmy zresztą jej ostatnią klasą.

Z wielką mądrością potrafiła łagodzić konflikty, szczególnie te, które nieuchronnie wybuchały między nami a młodymi, nadgorliwymi siostrami. Pamiętam, jak pod koniec dziewiątej klasy wydało się, że Iza, moja koleżanka z Podkowy, nie je mięsa (zresztą za wiedzą i zgodą swojej matki). Przez ponad rok udawało się jej to ukryć, ale w końcu siostra Irena ją dopadła i postawiła sprawę na ostrzu noża: jak to nie zje? Tu nie ma żadnych grymasów. Nieszczęsna Iza, która we wczesnym dzieciństwie widziała zarzynanego kurczaka, miała dotąd siedzieć przy stole, aż zje. I nie wiadomo, czym by się skończyła cała sprawa, gdyby przez refektarz nie przechodziła właśnie siostra Alma. Tylko rzuciła okiem i od razu wiedziała, o co naprawdę chodzi. Odwołała na bok siostrę Irenę, coś tam jej powiedziała, i  naszej wegetariance uchylono wyrok. Co więcej, nikt jej odtąd nie zmuszał do jedzenia mięsa.

Żałuję, że mając blisko siebie tę niezwykłą osobę, nie potrafiłyśmy jej docenić. Że była perłą, rzuconą nie tyle przed wieprze, co przed cielęta.

Ilekroć – już jako dorosła –  przyjeżdżałam do domu, w którym przebywała (przeważnie Szymanów albo Sącz), witały mnie jej wyciągnięte ramiona i promienny uśmiech, który urzekł także moją wówczas kilkuletnią, a dziś dorosłą córkę. Z tego okresu pamiętam długie rozmowy na tematy polityczne, podczas których zdumiewała mnie trafność jej osądu, umiejętność wzniesienia się ponad wszelkie podziały i wielka tolerancja.

S. Irena, budziła w nas od początku zupełnie inne uczucia. Przede wszystkim – jako młoda osoba, obdarzona wielkim osobistym urokiem, działała na naszą wyobraźnię, toteż fantazjowałyśmy na jej temat ile wlezie. Taka śliczna! Dlaczego wstąpiła? Pewnie narzeczony zginął na wojnie… Pewnie to był ułan jazłowiecki… O tak, już do końca będzie nam się kojarzyć z ułanami. Wytropiłyśmy, że „w cywilu” miała na imię Krystyna (w tamtych czasach imiona świeckie sióstr były dla nas tajemnicą i z zapałem godnym lepszej sprawy starałyśmy się je wyśledzić) i od tej pory stała się dla nas panną Krysią z „Ostatniego mazura”. „Czy pozwoli panna Krysia – młody ułan pyta” – podśpiewywałyśmy na jej widok, strojąc małpie miny. Kiedyś, sprowokowana naszą niezdarnością – pokazała nam, jak naprawdę powinno się go tańczyć.

– Co wy tak skaczecie! To ma być mazur?! W mazurze powinno się płynąć, o tak!

Gapiłyśmy się na nią z otwartymi buziami, bo rzeczywiście płynęła.

Miała też piękny głos – sopran. Słuchając jej w kaplicy miało się wrażenie, że za chwilę uleci do nieba w swym szafirowym płaszczu. Niestety niedługo mogłyśmy się nim cieszyć; z powodu nadmiernej eksploatacji szybko go straciła i przez jakiś czas nawet mówienie sprawiało jej trudność.

Nasza „Panna Krysia” bynajmniej nie była chodzącą łagodnością, jak można by się spodziewać po jej anielskiej urodzie. Przeciwnie, trzymała nas twardą ręką, nie szczędząc złośliwych uwag tym, które na nie zasłużyły. Matematyki uczyła wspaniale, nawet największy tuman rozumiał jej klarowne wywody, ale wymagała naprawdę bardzo dużo. Już po pierwszych paru lekcjach zorientowała się w naszych brakach i na początek kazała nam opanować pamięciowo tabliczkę mnożenia w zakresie 20. Zalety jej nauczania doceniałyśmy na końcowych egzaminach, które obowiązywały wtedy w IX i X klasie, a także na maturze.

Oczywiście wszystkie siostry były pobożne, ale z s. Ireny umiłowanie Boga po prostu promieniowało. Tak bardzo starała się w nas także je zaszczepić, wpoić nam właściwe zasady moralne, że – idąc „na skróty” nie uchroniła się przed kilkoma poważnymi błędami wychowawczymi. Jednym z nich była tzw. sprawa ekierki, którą przedstawiam tu tak, jak ją zapamiętałam, chociaż moja wersja różni się nieco od wersji niektórych koleżanek, a nawet samej s. Ireny.

Przy okazji lekcji matematyki s. Irena chciała nauczyć nas porządku, dlatego specjalny nacisk kładła na to, aby każda miała zawczasu przygotowane przybory geometryczne: linijkę, ekierkę, cyrkiel, kątomierz. Wiele nam brakowało do ideału – jak to w młodym wieku, ciągle coś się gubiło, potem się tego szukało, pożyczało itd. Kto by tam przywiązywał wagę do takich drobiazgów… No i kiedyś miarka się przebrała.

– Mirka, co ty się tak kręcisz?

– Ja tylko, proszę siostry, chciałam pożyczyć ekierkę.

– Nie masz swojej?

– Miałam… ale gdzieś mi zginęła.

– Jak to zginęła?! Przecież wszystkie przybory macie w klasie?

– Ale…

– Pożyczyłaś komuś?

– Nieee…

Śledztwo zaczynało nabierać rozmachu.

– Dziewczynki, kto wziął ekierkę Mirki?

Cisza.

– Niech każda sprawdzi u siebie.

Trzaskanie pulpitami. Nikt nie ma.

– No więc co się stało z ekierką Mirki? Przecież nie wyszła z klasy? Nie wyjdziemy, póki się nie znajdzie. Proszę szukać.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać. Już nikt się nie cieszył, że matma się urywa. Jakoś głupio…

Ekierka się nie znalazła. Minęła lekcja, po niej następna, potem – normalnym trybem – mycie rąk, obiad, rekreacja, studium. Zamiast wieczornej rekreacji – zebranie z s. Ireną.

– Dziewczynki przejdę teraz do „językowego”. – Był to mały pokoik połączony drzwiami z naszą klasą, niemający już nic wspólnego ze swoją nazwą. – Każda po kolei będzie wchodzić i patrząc mi w oczy odpowie na pytanie, czy wzięła ekierkę Mirki.

Nikt się jednak nie przyznał. S. Irena ze ściągniętą smutkiem twarzą wyszła z „pokoju przesłuchań”.

– Przykro mi, ale trzeba nazwać rzecz po imieniu: któraś z was ukradła ekierkę i w dodatku kłamie. Pójdziemy do kaplicy, żeby się za nią pomodlić.

Ten koszmar ciągnął się trzy dni. Codziennie powtarzała się scena w „językowym” i modlitwy w kaplicy. Czułyśmy się okropnie, patrzyłyśmy na siebie spode łba, ale nic nie pomagało. Pamiętam taki moment, kiedy patrząc siostrze w oczy podczas kolejnego przesłuchania, nie byłam już na sto procent pewna swojej niewinności. Czy aby na pewno nie ruszałam tej wstrętnej ekierki? W internacie też już zaczynało być głośno o naszych kłopotach.

W końcu siostra – wykończona całą tą historią, a pewnie przerażona tym, co rozpętała – zwróciła się do nas raz jeszcze z gorącym apelem: Niech to się wreszcie skończy. Ona rozumie, że każdy może zbłądzić. Ze swej strony uroczyście przyrzeka, że nigdy, ale to nigdy nikomu nie powie nazwiska winowajczyni. Niech Pani Jazłowiecka doda jej sił…

Tym razem się udało.

– Dziewczynki, chodźmy podziękować Matce Bożej. Przyznała się…

Huk kamieni, jakie spadły wtedy z naszych serc, musiał chyba dotrzeć aż do nieba. Rocznica tego dnia – 14 marca – była potem uroczyście obchodzona jako klasowe święto, a sama ekierka zawisła jako wotum przy posągu Pani Jazłowieckiej z napisem: Naszej Pani 3790 perełek do diademu kl.VIII. Rok Maryjny 1954.

Jak już wspomniałam, nie wszystkie z nas zapamiętały tę historię w taki sam sposób. Sama s. Irena po latach twierdziła, że nie chodziło o kradzież ekierki, ale o jej zniszczenie dziurkaczem. Podobno była to plastikowa – a więc wówczas cenna – ekierka, przysłana Mirce z Ameryki. Odnotowuję to z obowiązku, ale wersji tej zaprzecza dziś sama Mirka: nikogo w Ameryce nie miała. A poza tym kto wtedy miał dziurkacz? Wystarczyłoby znaleźć posiadaczkę dziurkacza i wszystko było jasne… Tak czy inaczej, nazwisko winowajczyni na zawsze pozostało tajne. S. Irena zabrała je z sobą do grobu.

Cała afera – chociaż stanowi jaskrawy przykład tego, jak nie należy rozwiązywać podobnych problemów – przyczyniła się paradoksalnie do skonsolidowania klasy (przynajmniej na jakiś czas). Gorliwość s. Ireny jednak nie wszystkim trafiała do przekonania, a jej skłonności do nadmiernego drążenia różnych tematów niektóre z nas złościły. Mało co umknęło jej przenikliwemu oku, a nie każda z nas lubiła, gdy jej duszę poddawano obróbce. Najwięcej szkody jednak wyrządziło w naszej klasie powołanie przez s. Irenę tak zwanego „kółka”. Kółko to był… że odwołam się do terminologii peerelowskiej – AKTYW. Aktyw religijny. Nie można było się do niego zwyczajnie zapisać – członkinie – same najpobożniejsze i najgrzeczniejsze – przyjmowano „w uznaniu zasług”. W ten sposób zamiast niwelować różnice, zaczęto je podkreślać, tworząc jeszcze jedną elitę. Oczywiście reszta klasy, z miejsca poczuła się „gorsza”, co odbiło się na wzajemnych stosunkach. Kółko miało swoje tajemnicze rytuały – jakieś dodatkowe modlitwy w różnych intencjach, jakieś zebrania, jakieś palenie świec itp. Wszystko to ad maiorem Dei gloriam, ale owoce niestety okazały się fatalne. Chodziły te „kółkowe” po klasie ze świętoszkowatymi minami, patrząc z wyższością na resztę, która posądzała je – niesłusznie zresztą – o specjalne względy u s. Ireny.

Cała sprawa wygasła po X klasie, kiedy to naszą klasę objęła s. Klara. Klasową XI klasy była tradycyjnie s. Matea, zwana nie bez powodu „Kulą”, słynna z talentów dydaktycznych i charyzmy wychowawczej polonistka starszych klas. My jednak nie miałyśmy szczęścia trafić pod jej skrzydła: s. Matea zamiast naszą klasową została dyrektorką szkoły. Natomiast polskiego zaczęła nas uczyć w X klasie i były to lekcje niezapomniane. Osobiście najbardziej lubiłam wykłady s. Matei – było to dla mnie prawdziwe święto, niestety rzadkie. Mówiła jasnym, klarownym językiem, bez żadnej kartki i słuchałam jej jak zaczarowana. Zapamiętałam szczególnie dwa: o „Lalce” Prusa i o symbolizmie. W spisie lektur znajdowały się wówczas utwory potępiane przez Kościół i takie, których, zdaniem sióstr, nie powinnyśmy czytać. Ponieważ jednak były obowiązkowe, siostra Matea nam je dokładnie streszczała i sama przeprowadzała analizę. Dużą wagę przywiązywała do gramatyki, a ponieważ była osobą krewką, zdarzały się sytuacje, kiedy dosłownie pół klasy dostawało dwóje. Pamiętam takie jedno zdanie: „Wsiadając do powozu, zaczął padać deszcz”. Siostra zapytała, na czym polega błąd. Ta, która odpowiadała pierwsza, nie wiedziała, kilka następnych także. W oczach siostry  pojawiły się znajome niebezpieczne błyski. Wyciągnęła dziennik i zaczęła pytać według listy, a wtedy poooszło! Dwója, dwója, dwója… i tak gdzieś do litery M. Na klasę padł blady strach, po prostu straciłyśmy zdolność myślenia, a to już był najcięższy z grzechów.

Mało która z nas, nawet po latach, potrafiła docenić walory s. Klary. Dawna wychowanka jazłowiecka, uczyła nas łaciny i historii, a dodatkowo – dla chętnych – prowadziła zajęcia z historii sztuki na bardzo wysokim poziomie. Wiedza wyniesiona z tych zajęć niejedną uczestniczkę doprowadziła na uniwersyteckie wydziały historii sztuki, a naszej koleżance Teresie przydała się do prowadzenia z powodzeniem własnej galerii sztuki w Londynie. Do matury s. Klara przygotowywała nas rzetelnie, starannie rozdzielając wiedzę oficjalną, wymaganą przez władze, od tego, „co każda Polka wiedzieć powinna”. Jako dawna mieszkanka kresów wschodnich, bardzo emocjonalnie podchodziła do tej swojej misji. Pamiętam, z jakim żalem mówiła o najeździe bolszewickim: „…i te wojska szły na nas, a paląc i mordując, śpiewały „Katiuszę”, a wy teraz podśpiewujecie to sobie pod nosem jak gdyby nigdy nic…”. Rzeczywiście się to zdarzało, ale od czasu tej lekcji ilekroć usłyszałam tę wpadającą w ucho piosenkę, przypominała mi się s. Klara. Sama nigdy już jej nawet nie zanuciłam.

Z wielkim zainteresowaniem śledziła bieżące wypadki, a powstanie na Węgrzech (1956) i polski październik niemal odchorowała. O bohaterstwie Węgrów napisała wiersz, zadedykowała go naszej klasie („Napisałam dla moich dzieci”). Prawie żadna z koleżanek po latach o tym nie pamiętała. Czy to nie dziwne, że dwie z naszych klasowych były poetkami?

Osobiście byłam ogromnie przywiązana do s. Klary, ale większość klasy jakoś nie umiała się z nią dogadać i obdarzyć prawdziwym zaufaniem. Mimo popełnionych błędów to s. Irena została w naszej pamięci jako ta najwspanialsza wychowawczyni, która niemal do ostatnich swoich dni uczestniczyła w klasowych spotkaniach. S. Klara – już wtedy schorowana, cierpiąca na straszliwe migreny (dowiedziałam się o nich dopiero po jej śmierci), po prostu nie miała do nas siły. Począwszy od przedmaturalnego półrocza wzajemne stosunki zaczęły układać się coraz gorzej. Za jakieś przewinienie, którego dziś już nie pamiętam, zostałyśmy pozbawione studniówki. Potem, na wiosnę, na ostrzu noża stanęła sprawa kapci. Nasza klasa mieściła się na parterze, o parę kroków od głównego wejścia. Kiedy przygrzało słońce, zaczęłyśmy podczas przerw wybiegać na podjazd, co było zabronione – należało najpierw zmienić buty na skośniaku. Zakaz wydawał się nam absurdalny: wychodząc na betonowy podjazd nie sposób przecież nanieść błota? Ale siostrze chodziło o zasadę, więc zrobiła się wielka afera. Doszło do tego parę innych pretensji – wzajemnych – tak że przed maturą atmosfera w klasie stała się dość nieprzyjemna, choć inne siostry nauczycielki nie bardzo się w tym orientowały. Istniał w Szymanowie zwyczaj, że kolejne roczniki maturzystek zostawiały siostrom swoje legitymacyjne fotografie do albumu absolwentek. Nam powiedziano, że naszych zdjęć siostry sobie nie życzą. Okazało się jednak po latach, że kilka fotografii znalazło się jednak w owym albumie, a siostry nie mają pojęcia, dlaczego brakuje innych, ponieważ dawno o tych sporach zapomniały… Z niedowierzaniem przyjęły też informację, że nie miałyśmy za karę nie tylko studniówki, ale także balu maturalnego (ta tradycyjna impreza w rzeczywistości nie zasługiwała na swą szumną nazwę; nie brali w niej udziału żadni goście z zewnątrz, każdemu rocznikowi urządzały ją koleżanki z przedmaturalnej klasy, bardzo starannie się do tego przygotowując).

Ja sama też czuję się winna wobec s. Klary, już Ona wie dlaczego… Tak się złożyło, że przez kilkanaście lat nie pokazywałam się w Szymanowie, a gdy w końcu przyjechałam, s. Klara już nie żyła. Ale przynajmniej nie mogę powiedzieć, że jej nie kochałam.

Siostrom klasowym – szczególnie w młodszych klasach – pomagały podklasowe, młode stażem zakonnym alumnatki, niekiedy nawet postulantki. Czasem okropnie wykorzystywałyśmy ich brak doświadczenia i dobre serce – tak było np. z siostrami Izabelą i Elizą, ale raz zdarzyło się, że trafiła kosa na kamień. W IX klasie naszą podklasową i zarazem nauczycielką historii została – zaraz po pierwszych ślubach – s. Ewa*, nawiasem mówiąc, krewna znanego komunisty, późniejszego przewodniczącego Rady Państwa. Bardzo wymagająca, wzniosła niemal na szczyty poziom naszej wiedzy historycznej, zmuszając nas do systematycznej nauki. Ponieważ byłam wtedy wielkim leniem, lawirowałam, jak tylko mogłam, wpadając ciągle w chytrze przez s. Ewę zastawiane zasadzki. Jedna z nich polegała na tym, że po odpytaniu i postawieniu piątki wywoływała mnie do odpowiedzi na następnej lekcji, co zwykle kończyło się dwóją. I tak właśnie wyglądały moje stopnie z historii: albo piątka, albo dwója. Oczywiście pracując w ten sposób, nie mogłam marzyć o czwórce na świadectwie. S. Ewa – uważając, że stać mnie na dobry stopień – bardzo nad tym bolała, toteż często padałam ofiarą jej słynnych ataków złości, których bała się zresztą cała klasa. Ale mimo wszystko – jak ofiarę do kata – coś mnie do niej przyciągało: działałam w prowadzonym przez nią kółku bibliotecznym (bardzo mi się później to przydało) i nasza współpraca na tym akurat gruncie układała się doskonale. Kiedy wskutek choroby trafiła do sanatorium, pisywałyśmy nawet do siebie listy. Chyba byłam jedyną osobą w klasie, która podjęła jakiś wysiłek, aby się z nią zaprzyjaźnić, bo naprawdę nikt jej nie lubił. Nazywana Szczurem, siała prawdziwy postrach i niejedna łza się polała z jej powodu. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nikt nie żałował, kiedy opuściła zgromadzenie. Dowiedziałam się o tym pierwsza: s. Anuncjata wezwała mnie na rozmowę i wręczając list byłej już s. Ewy, poinformowała krótko o sprawie. Odtąd s. Ewa stała się najpierw dla mnie, a potem dla całej swojej (jedynej zresztą) klasy – po prostu Ewą. Kilka razy spotkałam się z nią już na gruncie neutralnym, potem jednak te kontakty ustały.

Po wystąpieniu Ewa zrobiła doktorat (pisała o dziele Matki Marceliny), a z czasem doczekała się tytułu profesora. Założyła rodzinę, była też gorliwą działaczką Solidarności, co przypłaciła pobytem w słynnym obozie internowania w Gołdapi i ciężką chorobą. Jest autorką wielu książek na temat zgromadzenia, w tym znakomitego dzieła „Niepokalanki w polskim trwaniu”. Ostatnio na zamówienie ss. franciszkanek z Lasek napisała biografię Matki Elżbiety Czackiej. Kontaktów z naszą klasą – także ze mną – konsekwentnie unika i trudno mieć o to pretensję.

* Jabłońska, później Deptułowa.

Nasze mistrzynie

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie 1957

Wychowując całe pokolenia dziewcząt, siostry opierały się na systemie i wskazówkach bł. Matki Marceliny Darowskiej, która obdarzona była niepospolitą intuicją i charyzmą, chociaż nie posiadała formalnego wykształcenia (w jej czasach dziewczęta kończyły co najwyżej pensję). System wychowawczy Matki Marceliny stał się później tematem niejednej pracy naukowej, ale jej następczyniom w II połowie XX wieku nie zawsze wystarczał. Nasi rodzice, oddając nas pod opiekę sióstr, wierzyli jednak w ich doświadczenie i dobrą wolę. Z doświadczeniem różnie bywało, ale z pewnością nie brakowało serca. Tylko dlatego umiałyśmy po latach wybaczyć siostrom nawet rażące błędy wychowawcze – dobrze wiedziałyśmy, że chciały jak najlepiej i kierowały się – we własnym pojęciu – naszym dobrem, tak jak to czynią kochający rodzice.

Wspomniana na początku s. Ena była naszą mistrzynią tylko do końca VIII klasy. Jako wychowawczyni wywarła na nas wpływ o tyle, że to jej przypadło niewdzięczne zadanie wdrażania nas do klasztornych rygorów, co nie wszystkim się podobało. Uczyła nas też religii. W VIII klasie program obejmował rozwinięcie katechizmu (oczywiście według zasad przedsoborowych). Na resztę życia zapadły mi w pamięć nauki s. Eny o przykazaniach Boskich, o sumieniu i tym podobnych zagadnieniach. Mniej więcej w połowie roku szkolnego popadłam z nią w ostry konflikt: niesłusznie zarzuciła mi kłamstwo i od tej chwili ją znielubiłam, zresztą nie ja jedna. Po wakacjach nie zastałyśmy już s. Eny w Szymanowie i spotkałam ją dopiero po wielu latach, kiedy byłam już babcią. Ponieważ sama mnie zagadnęła, wyjaśniłam jej tę sprawę z przeszłości, ona zaś przyznała, że popełniła błąd. Odtąd aż do końca jej życia pozostawałyśmy w serdecznym kontakcie, przy czym niebagatelną rolę odegrał mój podziw dla wielkiego talentu literackiego s. Eny.

Anuncjata – wielka indywidualność zarówno jako mistrzyni, jak i nauczycielka religii (w tym historii kościoła, dogmatyki i etyki) – przejęła nas po ósmej klasie i doprowadziła do samej matury. Żadna z nas nie może powiedzieć, że była wolna od jej wpływu, bez względu na to, czy darzyła ją sympatią czy też nie. Jak każda nieprzeciętna postać – „Onuca” (ta ksywka pochodziła od uproszczonej wersji imienia: Anuncjata – Anuca – Onuca) wyzwalała skrajne uczucia: jedne ją uwielbiały, inne wręcz przeciwnie. Wszystkie jednak doceniały jej niezwykłe walory, które z czasem wyniosły ją do godności przełożonej najpierw domu, potem całego zgromadzenia.

Przejmując władzę nad internatem, była młodsza, niż nam się wówczas zdawało, ale autorytet dosłownie z niej promieniował. Mało co umykało jej przenikliwym niebieskim oczom, kontrastującym z zawsze rumianą twarzą, która pod wpływem gniewu przybierała ciemnoczerwoną barwę. Z oczu biły wówczas prawdziwe błyskawice, a stentorowy głos niemal wbijał nas w ziemię. Spontaniczna w gniewie, potrafiła także wybuchać zaraźliwym śmiechem, odsłaniając przy tym galerię białych zębów. Bardzo muzykalna, z pasją grała na fortepianie, obdarzona też była pięknym, niskim głosem, którym wtórowała sopranom, włączając się do chóru.

Niczym urodzony wódz, potrafiła dokonać błyskawicznej oceny sytuacji i równie błyskawicznie podjąć decyzję. Niestety nie zawsze trafną. A kiedy już wyrobiła sobie zdanie w jakiejś sprawie – to koniec, żadna siła nie mogła jej przekonać. Tak mocno stąpała po ziemi, że czasem dawało to efekt słonia w składzie porcelany. Ale z drugiej strony, trzeźwe podejście do życia pozwalało nawiązać jej znakomity kontakt z dziewczynkami ze wsi, a już najlepiej czuła się wśród „sądeckich dziopek”. Nigdy też nie przeszło nam przez myśl, by snuć na jej temat jakieś romantyczne mrzonki, jak w przypadku s. Ireny.

Nie była drobiazgowa i napotkawszy jakiś problem, z miejsca przechodziła do istoty rzeczy, nie wdając się w zbędne – jej zdaniem – szczegóły. Miało to złe i dobre strony – czasem szkoda jej było czasu na wysłuchiwanie rozwlekłych i nieporadnych tłumaczeń.

Kochała koty, bała się żab. Już jako przełożona Szymanowa, trzymała w celi kotkę, która okociła się jej na łóżku. Naprawdę, sama mi o tym opowiadała. Jako matka generalna uratowała przez relegowaniem z terenu klasztoru wilczura Wektora, podarowanego s. Marcie przez jej wychowanki, na co stanowczo nalegała ówczesna przełożona domu. Pokażcie mi drugą taką zakonnicę!

Po śmierci s. Anuncjaty napisano wiele pochlebnych słów na temat jej metod wychowawczych i tego, jak umiała zjednać sobie serca uczennic. Wtedy jednak – w latach pięćdziesiątych – ona także nie ustrzegła się od błędów, a niektóre z nich miały poważne konsekwencje. Muszę tu o nich napisać, gwoli prawdy historycznej, chociaż dziś to wszystko brzmi dość absurdalnie. Sama s. Anuncjata zresztą wyznała po latach, że nie rozumie, jak mogła postąpić w tak nieodpowiedzialny sposób.

Była Palmowa Niedziela. Na popołudniowej rekreacji Iza i Ania – dwie najlepsze uczennice naszej maturalnej już klasy zapuściły się na popołudniowej rekreacji w stronę gospodarstwa. Pech chciał, że po drodze spotkały jednego z osiołków. Niewiele myśląc, Iza, która trzymała w ręku jakiś badyl, usiadła mu na grzbiecie. Ania szła obok, prowadząc osiołka za uzdę. Cały ten malowniczy orszak posuwał się z wolna alejką, kiedy nagle u jej wylotu ukazała się krępa sylwetka s. Anuncjaty. Nietrudno sobie wyobrazić, co jej przyszło na myśl: oto dwie smarkate naigrawają się z Pana Jezusa. I pomyśleć, że dziś tego typu inscenizacje są nie tylko dozwolone, ale wręcz organizowane przez niektórych proboszczów…

Ta scenka jednak – jak zaklinają się po dziś dzień obie bohaterki – absolutnie nie była zamierzona. Po prostu Iza usiadła sobie na osiołku, a że akurat miała w ręku ów nieszczęsny badyl, to już jej pech. Niemniej, w s. Anuncjatę na ten widok jakby piorun strzelił. Nawet nie próbowała zadawać żadnych pytań.

– W tej chwili pakować się i wyjeżdżać! Za pół godziny ma tu śladu po was nie być!

Oczywiście nie miała prawa podejmować takiej decyzji samodzielnie, bez porozumienia z dyrektorką i przełożoną domu. Ale była tak pewna swego, że nie wahała się ani chwili: dziewczyny dopuściły się bluźnierstwa!

Był kwiecień, o letnim czasie nikt wtedy nie słyszał, szybko zapadał zmierzch. Do stacji 6 kilometrów. I w dodatku za trzy tygodnie matura…

Dziewczyny nie próbowały dyskutować ani nikogo przekonywać. Pośpiesznie spakowały rzeczy i pieszo ruszyły w drogę.

Na stacji przyczepiły się do nich jakieś miejscowe męty. Zobaczył to mój ojciec, który akurat wracał z odwiedzin u mnie, i próbował stanąć w ich obronie. Napastników rozjuszyło to do tego stopnia, że zrzucili go na tory. W ostatniej chwili zdołał uciec przed nadjeżdżającym pociągiem…

Ania mieszkała w Warszawie, Iza w Podkowie Leśnej. Nikt się ich w domu nie spodziewał, a łączność telefoniczna w owych czasach praktycznie nie istniała – na połączenie czekało się godzinami. Dziewczyny uznały, że najpierw pojadą do Ani, a potem się zobaczy, tym bardziej że matka Ani była znana z liberalnego podejścia do wychowania. Skończyło się na tym, że siedziały w Warszawie tydzień i – jak wspominają – świetnie się bawiły. W końcu jednak wszystko się wydało. Matka Izy nie szczędziła siostrom gorzkich słów. No i zaczęły się kłopoty. Kuratorium nie wyraziło zgody na wydalenie ze szkoły dwóch najlepszych uczennic na trzy tygodnie przed maturą, więc siostry musiały ustąpić. Ale pozwoliły im przyjechać dopiero na same egzaminy, bez prawa powrotu do internatu.

 

photo cc by Gianfranco Goria

Tak dramatycznych skutków 4459966085_f6e606d571_onie miała równie absurdalna „afera z ogonami”, w której brała udział nie tylko s. Anuncjata, ale przede wszystkim dyrektorka szkoły i przełożona. W owych latach na ekranach kin królowała Brigitte Bardot i w związku z tym wśród dziewcząt panowała moda na „końskie ogony”. Po dziś dzień nikt w zgromadzeniu nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tę twarzową i wygodną fryzurkę siostry uznały za niedozwoloną, ale tak właśnie było. W dodatku ogony dzieliły się na „słuszne” i „niesłuszne”. Słuszne – to te wiązane na karku, niesłuszne – na czubku głowy, jak u Bardotki. Ba – ale jeśli wiązało się taki ogon „w połowie drogi”? Oto pytanie godne filozofów. A trochę wyżej albo niżej? Toteż prowadziło się wojnę podjazdową, walcząc o każdy centymetr.

Kiedyś jednak przelała się czara goryczy. Moja przyjaciółka Ewa, której matka uważała koński ogon za całkiem sensowną fryzurę, w końcu się zbuntowała przeciw temu absurdowi. Zaraz też wypatrzyło ją na apelu czujne oko siostry Matei – dyrektorki.

– Ewa, idź do sypialni. Wrócisz, jak się przeczeszesz.

Ewa siedziała w sypialni trzy dni. Czwartego przyjechała jej mama i dowiedziała się, że córka wylatuje ze szkoły. Był marzec, a w maju matura! Nic nie pomogło. Rodzice umieścili ją u rodziny w Żyrardowie, gdzie pomyślnie ukończyła edukację w aureoli ofiary wrednych zakonnic, które wyrzuciły ją za koński ogon! Był to tak oczywisty przykład klęski wychowawczej, że nie ma sensu go komentować, tym bardziej że same siostry bynajmniej temu nie przeczą.

Mimo tych przykrych przeżyć, bohaterki owych skandali szybko o nich zapomniały i na równi z pozostałymi koleżankami ochoczo biorą udział w spotkaniach i zjazdach. One też uważają, że to, co je spotkało, było skutkiem źle pojętej gorliwości, a nie osobistej zemsty. Dziś, kiedy patrzę na zdjęcie uczennic niepokalańskich ze strony internetowej KZJ, widzę same „słuszne” ogony i zaraz mi się śmiać chce.

Wracając do s. Anuncjaty, muszę tu przypomnieć jej niezwykłą wielkoduszność, z którą niejedna z nas się zetknęła i podczas pobytu w internacie i później, po maturze. Pochłonięta obowiązkami przełożonej generalnej, w ustawicznych rozjazdach po Polsce i świecie, kiedy trwał proces beatyfikacyjny Matki Marceliny, zawsze miała czas dla wszystkich „swoich” dzieci. Za jej kadencji było nie do pomyślenia, żeby dziecko wychowanki nie dostało się do – obleganego zwykle – przedszkola niepokalańskiego. W stanie wojennym potrafiła bezbłędnie namierzyć wielodzietne matki i pomagała im wykorzystując wszystkie swoje możliwości. I tak jak dawniej nigdy nie wdawała się w drobiazgi… Po beatyfikacji (która zresztą nastąpiła już nie za jej kadencji) usunęła się na Ukrainę i tam doprowadziła do tego, że w Jazłowcu znów zamieszkały siostry niepokalanki.

Siostra Gizela –  dusza kipiąca energią !

List od Jeanne Taillefer w przekładzie Grażyny Kręcickiej

Trudno jest oddać w kilku słowach, kim była dla mnie Siostra Gizela.  Zawsze czułam w niej osobę płonącą  ogniem miłości Boga  i  jednocześnie miłością bliźniego.

logo-scouts-d-europePoznałam ją  na początku  lat osiemdziesiątych, podczas pielgrzymki na Jasną Górę,  w czasie stanu wojennego. W Polsce brak było  wtedy  wszystkiego, toteż grupa, do której należałam (Notre-Dame d’Europe) składająca się  z szefów i szeftenek  skautingu europejskiego, uzyskała zezwolenie na dostarczanie lub wysyłanie  z Francji  pewnych przedmiotów. Zapamiętałam lampy dla oświetlenia jednego z domów Sióstr Niepokalanego Poczęcia, samochód dla młodego  niepełnosprawnego mężczyzny  z Kłodzka, automatyczne łóżko dla sparaliżowanej osoby ze Szczecinka… To odzwierciedla śmiałe  i nieszablone miłosierdzie Siostry. Udawało się nam  zawsze zadośćuczynić jej prośbom.

Równie nieszablonową była propozycja, by zorganizować w 1983  obóz letni dla naszych najmłodszych wilczków w Dursztynie, chciała zapoznać się  z naszą pedagogią. A w ślad  za obozem – dać przełożyć na polski nasze książeczki metodyczne.

Dodam, że w tym czasie  przygotowywała do druku książkę – przewodnik po sanktuariach maryjnych w Polsce. W związku z tym, znała wszystkie historyczne miejsca w Polsce i ich duchową symbolikę.  Zaproponowała naszej grupie, by wykorzystać jej prace i kontakty.  Co roku opracowywała dla nas program –  trasę, przebieg, osoby  mówiące po francusku na granicy oraz te, z którymi trzeba się skontaktować. To  pozwoliło nam  zwiedzić wzdłuż i wszerz  oraz ze wschodu na zachód całą Polskę.

Co za zmysł organizacji!  Wszystko było  zaplanowane w najmniejszych szczegółach !  Żadne biuro podróży nie wywiązałoby się lepiej z takiego zadania  ! Pozwoliło to nam poznać dokładnie Polskę « od podszewki ». W 1986 zawiodła nas do  rodziców księdza Popiełuszki, to wzruszające spotkanie na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Odwiedziliśmy również wtedy,  położone niedaleko miejscowości Święta Lipka,  miejsce, gdzie więziony był prymas Wyszyński…

Oczywiście  podstawą  naszych pobytów były domy  i szkoły  zgromadzenia. Goszczono nas w Szymanowie, Kościerzynie, Szczecinku, Łomiankach, Warszawie, Wałbrzychu, Jarosławiu, Nowym Sączu i Dursztynie !  Przyjęcie było zawsze rewelacyjne !  Szczególnie mile wspominam Wałbrzych. Przyjazd miał miejsce  zaraz po  bardzo nieprzyjemnym przekroczeniu granicy Czechosłowacji, powitanie dało nam wrażenie wielkiej wolności!  Dziś jeszcze  mam przed oczami, słyszę wałbrzyskie  uczennice  witające nas  na schodach śpiewem  – « Radość, miłość ».

Po upadku muru berlińskiego, klimat społeczny zmienił się. Widziałam, że było to wielką troską  Siostry Gizeli. Martwiła się, że tylu młodych odwróciło się od  wiary i dało pociągnąć otaczającemu  materializmowi. Bardzo troszczyła się również  o los  wychowanek  zgromadzenia. Wiem, że wielu z nich dyskretnie  pomagała w dorosłym życiu. Modliła się również  za Francuzów i Francuzki,  z którymi zetknęła się  podczas pielgrzymek . Zawsze prosiła o nowiny od nich.

Żal mi tylko jednego. Nie potrafiłam  zrobić użytku   z  listów, które pisała do mnie, szczególnie   tych o okazji ślubów.  Tak bardzo jej  styl, bardzo osobisty, był niezrozumiały dla mnie.

Miałam okazję śledzić postępy  budowy szkoły w Konstancinie, nic nie było puszczone na żywioł, wszystko podporządkowane  korzyści przyszłych uczniów. Drzewo ustawione w holu wejściowym  z nazwiskami wszystkich dobrodziejów, to  konkretne tego świadectwo, które mnie bardzo ujęło. Co za delikatność !

W kwietniu 2010, zaraz po katastrofie w Smoleńsku, odwiedziłam Łomianki. Wybrałyśmy się  do centrum, by  pomodlić się  przed pałacem prezydenckim. Byłam pod wrażeniem klimatu wiary, smutku i patriotyzmu, który nas tam otoczył. Odkryłam w  nim nieco  klimatu lat stanu wojennego.

Siostra Gizela zostawiła w moim życiu (a wiem, że nie jestem w tym osamotniona)  promienny ślad, wołanie, by iść  w kierunku,  który wskazuje.

Bardzo wiele jej zawdzięczam !

 

Uroczystości, święta, przedstawienia

Anna Bańkowska (z d. Suchocka), matura w Szymanowie r. 1957

Pisałam już, jak bardzo zachwycił mnie pierwszy szymanowski „kominek”. Imprezy takie, przypominające swym charakterem harcerskie ogniska, urządzało się dość często, gdy tylko nadarzała się okazja w postaci ważnej rocznicy czy święta narodowego (także zniesionego przez reżim).  Organizowały je poszczególne klasy (trzon przygotowań spoczywał na sekcji kulturalnej), pod okiem sióstr przygotowując program. Mnie najbardziej zapadł w pamięć kominek poświęcony Kasprowiczowi z deklamacją „Hymnów” i „Pieśniami bez słów” Mendelsohna, granymi na fortepianie przez jedną z koleżanek.

Większym świętom kościelnym i rocznicom powstań narodowych towarzyszyły „misteria”. Były to już poważniejsze przedstawienia, wymagające dłuższych przygotowań, ze zbiorowymi deklamacjami i występami chóru w stosownych dekoracjach. Pierwsze misterium, jakie widziałam, zorganizowano z okazji święta Chrystusa Króla, które w owych czasach wypadało w ostatnią niedzielę października. Wywarło na mnie ogromne wrażenie, szczególnie dekoracja z jesiennych liści i Bożena Luc z XI klasy w cierniowej koronie jako Chrystus Król.

Już w lutym, w rocznicę objawień w Lourdes, w przedstawieniu poświęconym Bernadetcie Soubirous (chyba wg tekstu s. Gertrudy) wzięła udział nasza klasa, a główne role – Bernadetty i jej siostry przypadły Elżbiecie Turowicz i drobniutkiej Urszuli Olizar. Ta ostatnia nie mogła jakoś wyzbyć się nieznacznego defektu wymowy i pewnie dlatego, że ciągle ją poprawiano, zapadły mi w pamięć słowa jej kwestii: „A za te piniądze będzie można kupić dużą białą bułkę… Lub kostkę lodowatego cukru”.

W r. 1954 przypadała setna rocznica dogmatu o Niepokalanym Poczęciu i zarazem setna rocznica założenia Zgromadzenia. Z tej okazji odbyło się piękne misterium, na które złożyły się nieznane mi wcześniej wiersze i pieśni (w tym „Niepokalana” do słów s. Almy z muzyką s. Benvenuty). Jako Matka Boska wystąpiła Maryla Milewska. Zapamiętałam chór śpiewający na melodię s. Benvenuty słowa Matki Marceliny: „Bóg wzbudził Zgromadzenie Sióstr Niepokalanek z wielkiego miłosierdzia dla naszego kraju, ażeby wśród młodzieży wiarę umacniało. By nadziei moc zwycięską w duszach krzewiły i by miłość w młodych sercach rozpłomieniły, a w Królestwo Twoje, Panie, świat przemieniły”

Z innych przedstawień miło wspominam wieczór ku czci powstania listopadowego z fragmentami „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego, może dlatego, że sama grałam w nim Goszczyńskiego, ale także ze względu na cudowny duet Tereski Kamińskiej i Marysi Osterwianki, które śpiewały „Za Niemen”.

Kiedy byłam w X klasie, przypadło nam w udziale podjęcie w Szymanowie wycieczki niewidomych dzieci z Lasek. Należało zorganizować stosowną imprezę, taką, która pozwoliłaby gościom zapoznać się z Panią Jazłowiecką bez konieczności posługiwania się wzrokiem. I któraś z sióstr wymyśliła, że powinna to być audycja – wyimaginowana transmisja radiowa z koronacji posągu w roku 1939. Siostry wynalazły w archiwum stare reportaże prasowe, przemówienia dostojnych gości – wszystko jak najbardziej autentyczne. A mnie przypadła zaszczytna rola kardynała Hlonda. Miałam wygłosić formułę koronacyjną. Wszystko wypadło wspaniale i nigdy nie zapomnę wzruszenia, jakie ściskało mnie za gardło, gdy starałam się sztucznie pogrubić mój piskliwy głos, żeby brzmiał jak męski. Był i szczęk szabel ułanów, i stosowne komendy wojskowe, i śpiewy, nawet trzaśnięcie drzwiczek samochodu, z którego wysiadł kardynał.

Największym jednak dorocznym przedsięwzięciem był tzw. „wielki teatr”. Szaleństwo to zaczynało się zaraz po powrocie z ferii świątecznych i trwało około miesiąca. Najpierw były emocje związane z wyborem odpowiedniej sztuki, potem z obsadą. Decyzje w obu tych sprawach zapadały „na górze”, ale oczywiście poprzedzały je różne przecieki i plotki. Wreszcie bomba pękała i ogłaszano listę „aktorek”. Wezwane na specjalne zebranie, z biciem serca czekały na przydział roli. Pominięcie kogoś bynajmniej nie oznaczało wyłączenia z Wielkiego Misterium Sztuki. Tworzono zespoły zajmujące się przygotowywaniem kostiumów, dekoracji, rekwizytów itp. Każda z aktorek zawczasu wiedziała, kto ją ubiera. Wszystkie te informacje wieszano na specjalnej tablicy. Prawie każda z dziewcząt znajdowała jakieś zatrudnienie, w każdej siostry potrafiły doszukać się jakichś uzdolnień, czasem zresztą wystarczały tylko dobre chęci. W końcu ktoś musiał po prostu machać pędzlem przy malowaniu tła, ustawiać ławki, podawać szpilki przy miarach. W teatrze brały udział głównie dwie „środkowe” klasy. Ósma jeszcze się przyglądała (choć zdarzały się wyjątki), maturzystki miały na głowie ważniejsze sprawy. Czasem ktoś tracił prawo uczestnictwa za karę, bo np. nałapał dwój. Te, które spotkało takie nieszczęście, czuły się jak wyrzucone z raju, choć oczywiście nadrabiały minami.

Gdy dokonano już wyboru sztuki, zaczynało się jej omawianie, analizowanie koncepcji reżyserskiej, indywidualna praca nad budowaniem roli. Potem pierwsze próby: czytane, pamięciowe, na koniec kostiumowe – żmudna praca nad kolejnymi scenami. Zajęcia szkolne schodziły na dalszy plan, wszystko odsuwało się na „po teatrze”, narastało ogólne podniecenie. Różne pomieszczenia zamieniały się stopniowo w garderoby i pracownie krawieckie. Ze strychów zjeżdżały wielkie kufry pełne starych, niemodnych strojów i przedwojennych pantofli. Wszystko to dopasowywano do aktorek, które coraz częściej wywoływano nawet z lekcji do przymiarek. Sala gimnastyczna zmieniała się w pracownię dekoracji, pełną rozpostartych na podłodze kartonów, farb i innych akcesoriów. Ekipą scenograficzną dowodziła s. Tadea, bardzo kompetentna i bardzo apodyktyczna, prawdziwa artystka z wykształceniem plastycznym. W końcu – mniej więcej po dwóch tygodniach – zaczynały się próby całego zespołu.

Miałam szczęście uczestniczyć w inscenizacji Dziadów – II i III części. Zamierzenie było o tyle ambitne, że II część miała być śpiewana – według Widm Moniuszki. Tak się złożyło, że w internacie nie brakowało wówczas dobrych głosów, żyła też jeszcze s. Benvenuta, absolwentka konserwatorium, która objęła ogólne kierownictwo muzyczne i osobiście przygotowywała solistki: Bożenę Szarlak do roli Guślarza, Wiesię Warszadę – Zosię oraz śpiewającą z nią w duecie Krysię Brzywcz. W chórze kierowanym przez s. Anuncjatę i wspomaganym jej pięknym, silnym głosem śpiewały wszystkie uczennice. Oddzielnie ćwiczono menueta do sceny balu u Senatora. Ogólną opiekę reżyserską sprawowała s. Zofia, dawna aktorka. Pamiętam, jak silnie przeżywałyśmy to wszystko, wchłaniając niepostrzeżenie ogromny ładunek wiedzy o teatrze. Takie choćby efekty sceniczne. Okazało się, że kula sportowa, kiedy się ją przetoczy po zwykłej blaszanej tarze do prania (kto dziś wie, co to jest tara?), wydaje dźwięk  przypominający uderzenie pioruna (tego, który zabił Doktora), a rytmiczne bębnienie dłońmi o pokryty skórą gimnastyczny kozioł naśladuje tętent konia? Pod koniec prób cała szkoła mówiła tekstem Dziadów. Gdy któraś z koleżanek zbiegała ze schodów, zaraz ktoś wołał słowami Lokaja: „Widzi, patrz jak sadzi po schodach…”. Słyszało się też pogróżki: „A kto prośby nie posłucha w imię Ojca, Syna Ducha…”

Senatora grała Marysia Pruszyńska (córka Ksawerego), wybrana do tej roli m.in. ze względu na znakomitą znajomość francuskiego (chociaż niektóre kwestie zostały przetłumaczone). Odniosła wielki sukces. Bajkowem była Ula Gawlik, Pelikanem – Mika Dmochowska, Doktorem – Ela Popławska, Narzeczoną Bajkowa – Jola Donay, znakomitą Panią Rolison – Basia Daszkiewicz, Księdzem Piotrem – Marta Kubalska. W scenie więziennej Madzia Zan grała Zana, Maryna Sobolewska Sobolewskiego. Mnie przypadła w udziale rola Justyna Pola, a jako Bestużew partnerowała mi Teresa Modelska. Pamiętam, jakie szczęście mnie ogarnęło, gdy wyczytano moje nazwisko w ekipie aktorskiej, i leciutkie ukłucie zawodu, że wyznaczono mi męską rolę: a więc nie będę występować w balowej sukni i atłasowych pantofelkach… Szybko jednak polubiłam postać krewkiego studenta i z prawdziwą pasją deklamowałam: „Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić lub zamalować w pysk!”. Zamalować w pysk! Któżby posądził wieszcza o takie słowa?

W następnym roku grałyśmy Wesele, w którym znów otrzymałam męską rolę – Wernyhory. Ta dość ważna rola dała mi jeszcze więcej satysfakcji, tym bardziej, że w pełnej charakteryzacji (peruka, broda, ciężka delia, pokaźna tusza) nikt mnie nie poznawał. W tych dwóch spektaklach moja klasa brała pełny udział, ale pamiętam też Ifigenię w Aulidzie, graną, kiedy byłyśmy w VIII klasie, i Gościa oczekiwanego Kossak-Szczuckiej, wystawianego przed naszą maturą. Tego ostatniego spektaklu nie widziałam niestety na scenie, uniemożliwiła mi to choroba.

Zwykle dawałyśmy cztery przedstawienia: dla sióstr i szkoły, dla rodziców, dla mieszkańców Szymanowa i dla oo. franciszkanów z Niepokalanowa. Przed każdym spektaklem s. Matea wygłaszała wstępną prelekcję.

Musiały być jakieś wpadki – ale nic takiego nie pamiętam! Pozostało tylko wspomnienie absolutnie niezwykłego przeżycia. Do dziś, kiedy oglądam w prawdziwym teatrze Wesele (a widziałam wszystkie warszawskie inscenizacje) mam przed oczami Hankę Zacharską jako Czepca, moją partnerkę Alę Smoter – Gospodarza, drobniutką Anię Kocięcką – Pannę Młodą, Jagę Wróblewską – Stańczyka i wiele innych. Natomiast Dziady – pamiętna inscenizacja z 1956 roku w Teatrze Polskim z Jasiukiewiczem w roli Konrada – wręcz raziły mnie brakiem muzyki Moniuszki. Te melodie zostały mi w głowie na zawsze.

Wagi tego całego porywania się z motyką na słońce – bo jak inaczej nazwać wciskanie wielkiego repertuaru w ramy amatorskiego, szkolnego teatru – nie sposób przecenić. Poza praktyczną wiedzą o funkcjonowaniu teatru, poza przyswojeniem sobie mnóstwa terminów i szczegółów zyskiwałyśmy gruntowną znajomość odgrywanych dramatów, taką, jakiej nie mogły nam zapewnić nawet znakomite lekcje s. Matei. Uczyłyśmy się dykcji, ruchu scenicznego – np. chodzenia w długich sukniach. Do dziś mogę recytować z pamięci całe fragmenty Dziadów i Wesela. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa chóru greckiego z Ifigenii. Uczyłyśmy się przy tym zespołowej pracy, której owoce dawały satysfakcję całej szkolnej społeczności. Każdy trybik w tej machinie znał swoje miejsce. Zdarzało się, że przy tej okazji „szare myszy” i gorsze uczennice mogły błysnąć niedocenianym na co dzień talentem, poczuć się kimś ważnym, jak np. skromna Hania Rowińska, świetnie obsadzona w roli Ifigenii, oraz solistki z II części Dziadów.

Gdy milkły oklaski po ostatnim przedstawieniu, nic już nie mogło powstrzymać skrzeczącej pospolitości (no proszę: znów to Wesele). Gwiazdy sceny szybko spadały na ziemię i brały się do odrabiania zaległości w nauce, oddawania dyżurów, z których je pozwalniano na czas prób itp.

To wielka szkoda, że w Szymanowie zanikła tradycja „wielkich teatrów”, zwłaszcza teraz, kiedy jest tyle możliwości i technika tak bardzo poszła naprzód. Ale może same uczennice także się zmieniły i przestało je to interesować?

Raz w miesiącu odbywały się koncerty w wykonaniu warszawskich artystów (nieraz bardzo wybitnych), którzy odwiedzali prowincjonalne szkoły, popularyzując muzykę. Każdy taki koncert poprzedzony był prelekcją na temat np. poszczególnych instrumentów, kompozytorów itp. Zawsze słuchałyśmy ich z dużym zainteresowaniem, zapamiętałam zwłaszcza jeden, poświęcony fugom Bacha.

Pod koniec maja, wyjeżdżałyśmy zwykle na kilkudniowe wycieczki. Oczywiście nie żadnym autokarem tylko zwykłym pociągiem. Siostry starały się urządzić wszystko jak najtańszym kosztem, toteż nocowałyśmy bądź w klasztorach (np. w schronisku ss. norbertanek na krakowskim Zwierzyńcu – nota bene warunki tam były po prostu koszmarne) albo rozparcelowane po domach dawnych wychowanek. W VIII klasie trasa wiodła do Poznania, Gniezna i Biskupina – pamiętam, jak zachwyciła mnie prasłowiańska osada nad jeziorem w promieniach zachodzącego słońca, w IX – do Lublina, Puław i Majdanka, w X – część klasy pojechała do Krakowa (w tym Tyniec i klasztor cystersów w Mogile), a część na Mazowsze (nie pamiętam dokąd konkretnie, bo sama wybrałam Kraków). Maturalna klasa tradycyjnie wybierała się na pielgrzymkę do Częstochowy. Nam przypadło z tej okazji wziąć udział w zlocie maturzystek wszystkich szkół zakonnych z okazji odnowienia ślubów Jana Kazimierza. Niestety pod względem zewnętrznym nie zaprezentowałyśmy się najlepiej – mało która miała granatowy płaszcz, który obowiązywał uczennice szkół innych zgromadzeń. Oprócz Częstochowy zwiedziłyśmy też Wrocław – tam nocowałyśmy u starszych koleżanek-studentek, po kilka. Razem z Ewą i Małgosią wylądowałyśmy u Isi Grzesiuk – ach, jak nam było wesoło! Potem jeszcze krótka podróż do Wałbrzycha, gdzie zatrzymałyśmy się u naszych sióstr, podejmowane przez tamtejsze uczennice.

Każdy taki wyjazd wymagał żmudnych przygotowań – zabierało się górę kanapek (mówiłyśmy na nie „składki”) oraz produkty do przygotowania na miejscu skromnego posiłku. To wszystko trzeba było nosić, pilnować, żeby nikt nie był głodny, zwłaszcza, że apetyty dopisywały. Dodatkowa atrakcja polegała na tym, że jadły z nami siostry – w klasztorze to się nie zdarzało, ponieważ przedsoborowa konstytucja zabraniała im jedzenia poza klauzurą. Sióstr nie wolno też było fotografować, ale tutaj nie zawsze okazywałyśmy posłuszeństwo. W pociągu niemal zawsze śpiewałyśmy – teraz to się prawie nie zdarza, zdaje się, że młodzież nie umie już śpiewać.

Przy okazji wycieczek miałyśmy możność zapoznać się z działaniem swoistej „mafii niepokalańskiej”. Gdziekolwiek jechałyśmy, zawsze czekały na nas jakieś dawne wychowanki czy osoby z rodzin sióstr. Były wśród nich studentki historii sztuki i pracownice muzeów, które oprowadzały nas po zabytkach, wpuszczając nas po cichu tam, gdzie wstęp dla innych wycieczek był wzbroniony. Umiałyśmy to docenić, toteż w niczym nie przypominałyśmy znudzonych szkolnych wycieczek, które jednym uchem słuchają przewodnika. Zapamiętałam zwiedzanie Lublina w towarzystwie Luli (Urszuli) Czartoryskiej – wówczas studentki, później znanej profesor historii sztuki, i Krakowa pod opieką przeuroczej pani Zadurowicz, siostry s. Matei.

Po powrocie z wycieczki – przeważnie po nocnej podróży – wolno nam było iść spać. To także uważałyśmy za atrakcję, gdyż zwykle do sypialni w dzień się nie wchodziło.

Do szymanowskich, a właściwie niepokalańskich tradycji należały też obchody świąt Zgromadzenia. 4 listopada 1863 roku w Jazłowcu została odprawiona pierwsza msza św. i rocznica tego dnia zawsze jest uroczyście obchodzona. Lekcje tego dnia zawsze były skrócone i raczej „przyjemnościowe”, potem klasę przerabiało się na salon. Ławki odsuwało się pod ścianę, ściągało się z sypialni materace, z których powstawały wygodne kanapy, przykrywane czym tylko się dało i do tak urządzonych wnętrz zapraszało się siostry. Po południu zwykle odbywały się stosowne misteria albo kominki – przygotowywane wcześniej ze szczególną pieczołowitością. Traktowałyśmy ten dzień jak coś w rodzaju urodzin wszystkich sióstr.

Następne – znacznie poważniejsze święto – przypadało 8 grudnia, w dniu Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny. W wigilię tego dnia odbywały się uroczyści zakonne – obłóczyny, roczne i wieczyste śluby. Zwykle zjeżdżało się mnóstwo gości – rodzin sióstr i już wcześniej trwały przygotowania do ich przyjęcia. To, że wolno nam było w tym uczestniczyć, traktowałyśmy jak zaszczyt. Z biciem serca wyczekiwałyśmy na ogłoszenie imion nowych sióstr, które dotąd znałyśmy jako postulantki w czarnych fartuchach i „kapustach”. Jak też będą wyglądały w habitach? Czy bardzo się zmienią? Wieczorne uroczystości w kaplicy – szczególnie te przeżywane po raz pierwszy – wywarły na mnie niesamowite wprost wrażenie. Wchodziły kolejno, bardzo wzruszone przy śpiewie „Veni sponsa Christi”. W tym moim pierwszym roku habity otrzymały m.in. s. Gizella (panna Iza z naszych egzaminów) i s. Jadwiga – Jadwiga Nowakowska, przedwojenna aktorka i siostra znanego aktora Zbyszka Sawana (później Jaga wystąpiła ze Zgromadzenia i była moją sąsiadką). Śluby wieczyste składały s. Irena i s. Michalina, późniejsza przełożona generalna.

W sam dzień 8 grudnia nie odbywały się żadne lekcje. Wystrojone w galowe mundurki (biała bluzka z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica) uczestniczyłyśmy najpierw w uroczystej, śpiewanej mszy św., potem – tak jak na Karola Boromeusza – przerabiałyśmy klasy na saloniki i wszystko przebiegało według świątecznego, opracowanego wcześniej rozkładu. Samorząd przejmował pieczę nad internatem, ponieważ 8 grudnia to było przede wszystkim święto sióstr i zależało nam na tym, by nie sprawiać im żadnych kłopotów.

W sam dzień 8 grudnia nie odbywały się żadne lekcje. Wystrojone w galowe mundurki (biała bluzka z marynarskim kołnierzem, granatowa spódnica) uczestniczyłyśmy najpierw w uroczystej, śpiewanej mszy św., potem – tak jak na Karola Boromeusza – przerabiałyśmy klasy na saloniki i wszystko przebiegało według świątecznego, opracowanego wcześniej rozkładu. Samorząd przejmował pieczę nad internatem, ponieważ 8 grudnia to było przede wszystkim święto sióstr i zależało nam na tym, by nie sprawiać im żadnych kłopotów.

Andrzejki (z pamiętnika ósmoklasistki)

Grażyna Górecka, Szymanów 1965-1969, 26. listopad 1965 r. piątek

8234617362_5a76e59198_zDzisiaj wcześnie mamy studium i tylko godzinę, bo potem obchodzimy Andrzejki. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądać, bo nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Podobno mają być jakieś wróżby i jeszcze „coś”. Zresztą ciekawość to pierwszy stopień do piekła, niedługo dowiem się co i jak…

Na studium wszystkie dziewczyny kręciły się, wierciły, nikt się nie uczył. Wreszcie nadeszła upragniona chwila. O 16.30 zadzwonił dzwonek. Wszystkie z wrzaskiem wyleciały z klasy.    W umywalni dziewczęta z „grupy kulturalnej” przebierały się do występów artystycznych.

Ela Csapai przebrała się za donnę z XVI w., wyglądała naprawdę śmiesznie. Po paru minutach zaczęłyśmy – wg języka siostry Dominiki – kąpać. Rozsiadałyśmy się wygodnie na ławkach wysłanych kocami, w sali rekreacyjnej. Pośrodku stał długi stół. Przy nim siedziała siostra Dominika. Pierwsza część wróżb rozpoczęła się od tego, że spośród trzech talerzy wybierałyśmy jeden. Pod każdym leżał albo różaniec (zakonnica), albo zwiędły kwiat (stara panna), albo pierścień (mężatka). Kolejno podchodziłyśmy, pełne obawy żeby nie zostać zakonnicą czy starą panną. Ale los różnie wróżył. Mnie przytrafiło się zostać zakonnicą. Coś potwornego – ja i zakonnica !

Ciekawa teraz jestem jak mi będzie na imię i w jakim będę zgromadzeniu ? Z jednego końca sali na drugi przeprowadzona była linia. Wszystkie „zakonnice” zdjęły ze swoich prawych stóp pantofle i poustawiały na linii. Papcie „wędrowały” jeden za drugim. Pierwszy do celu dotarł but Kasi Parylak. Czyli wg wróżby pierwsza wstąpi do klasztoru. Ja wstąpię jako piąta.

W międzyczasie wpadła do sali siostra Irena i nakazała bezwzględną ciszę. Zaczęła nas częstować pączkami, aż dwoma ! Siostra kazała nam jeść ostrożnie, żeby nie połknąć swojego szczęścia. W sali zaległa grobowa cisza, słychać było tylko mlaskanie przy jedzeniu pysznych pączków. Trzeba przyznać, że były wspaniałe, jeszcze ciepłe. Nagle któraś krzyknęła – MAM ! W sali znów zrobiło się gwarno. Co masz? pytają wszystkie naraz. Okazało się, że znalazła w pączku listek. – Będziesz starą panną – przepowiada siostra Dominika. Jedna przez drugą wołają, że nic nie ma w pączku, inne znów, że mają i tak bez końca. Z trudem siostra Dominika zdołała uciszyć rozkrzyczane dziewczęta. Po jakimś czasie znów przyszła siostra Irena, pytając się o skutki pałaszowania pączków. Powiedziała, że te dziewczyny, które nic nie znalazły będą miały słodkie życie…

– Szczególnie w zakonie – dopowiedziałam w myśli. Potem drogą losowania szukałyśmy dalszych kolei życia. Najpierw stare panny – czy życie ich będzie ponure, czy może grozi im dziwactwo. Mężatki – jakich będą miały mężów. Wreszcie nadeszła kolej na zakonnice. Uśmiałyśmy się do łez, gdy Zosi Bladowskiej wyszło, że będzie matką generalną w zgromadzeniu Urszulanek. No i teraz przyszła kolej na mnie. Wybrałam kopertę. Siostra Dominika czyta : „Grażyna Górecka – siostra Waleria – Urszulanka szara – katechetka. Cechuje ją miłość, dobroć, wyrozumiałość”.  Myślałam, że pęknę, nie chcę być zakonnicą, zresztą na pewno to się nie sprawdzi.

Potem kulturalna rozkręciła butelkę, która po zatrzymaniu się wskazywała na którąś z nas. Siostra zaś czytała jakąś szkolną wadę. Mnie np. przypadło „kto uczy się tylko na stopnie”. Co do tego zdania buntuję się. Nie uczę się tylko dla stopni ! Potem lałyśmy wosk. Mnie ulał się piękny wielki kwiat, czyli będę starą panną. Nie wierzę już we wróżby. Raz jestem zakonnicą, innym razem starą panną, chyba będę mężatką !

 A oto bajka, którą czytała Maluki :

Królewna

Codziennie od świtu do zmierzchu mała królewna – w oknie czeka… Czy naprawdę – jak mówiła niania przyjedzie rycerz – skądś – z daleka. W bajce była szklana góra i smok i potwory czyhały straszliwe -a jednak znalazł się ktoś i skończyło się wszystko szczęśliwie…

Może rycerz każe konia kuc zanim ruszy w tak daleką drogę ? Może złamał czarodziejski miecz, albo zgubił złocistą podkowę ? Uprzykrzyło się czekać królewnie – wdziała sandałki kolorowe, najpiękniejszą  sukienkę z muślinu i koronę włożyła na głowę. Rozpachniały kwiatami ogrody -słoneczko się uśmiechało – królewna szła szukać rycerza odważnie, radośnie i śmiało.  Nie nadjechał  w zbroję żelazną okuty – na rumaku z rozwichrzoną grzywą- nie miał ostróg złocistych ni miecza – na kolana nie padł przed królewną…

Spotkała go  niespodziewanie i najzwyklej na zwyczajnej – prostej – wiejskiej drodze – opalony, w płóciennym ubranku nadjechał – na hulajnodze !

Wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Siostra Dominika myśląc, że nie zrozumiałyśmy treści, zaczęła nam tłumaczyć, że nie powinnyśmy marzyc o nie wiem czym, lecz chodzić po ziemi…

photo cc by Dawid Cedler